I na co mi to zadupie moje?

0
31

Byłem ostatnio na bankiecie u naukowców. Ot, zbierają się raz do roku w Starej Morawie i kilka dni debatują. Na przykład o teoremacie dyspersji strukturalnej w komunikacji medialnej. Albo dyskursie końca dziennikarstwa. Ewentualnie o rytualnej konstrukcji autorytetu radiowego…

Byłem ostatnio na bankiecie u naukowców. Ot, zbierają się raz do roku w Starej Morawie i kilka dni debatują. Na przykład o teoremacie dyspersji strukturalnej w komunikacji medialnej. Albo dyskursie końca dziennikarstwa. Ewentualnie o rytualnej konstrukcji autorytetu radiowego… Nie biorę w tym udziału. Ale żałuję. Po prostu nie mam czasu w godzinach ich urzędowania. Jestem jednak każdego roku przez jeden wieczór z nimi, bo przyjaciele, znajomi. Dobra okazja do spotkania i pogadania o życiu i różnych jego przejawach.
W tym roku, podobnie  jak w poprzednim, zaszedłem do nich przy kolacji. I podobnie jak ostatnio, Karina podkręcała sytuację w kierunku „spotkania z ciekawym człowiekiem”. Tego ironicznego sformułowania używaliśmy z kolegą Rudym, kiedy zdarzało nam się usiąść w jakimś towarzystwie i snuć bez końca opowieści, paplać bez umiaru o tych wszystkich historiach, które wspólnie przeżyliśmy, lub które przeżyli nasi znajomi. Tym razem Kariśce się nie udało, ale jeszcze od czasu do czasu daję się wkręcić.

Czuję się wówczas jak Hrabalowski wujaszek Pepin, dochodzę do takich faz, że jest mi obojętne czy jeszcze ktoś mnie słucha, czy już nie.

Bo weźmy choćby tę historię o Reksiu, który mieszka naprzeciwko Grześków, czyli zaraz za ulicą, słowem, u rodziny M., znanej i jeśli nawet czasami kontrowersyjnej, to szanowanej, bo on był urzędnik starościany, a ona jest lekarka i choć rozpolitykowani i patriotyczni bardzo, to poczciwi zarazem, po plebejsku zabawni, więc oni wcześniej jakiegoś owczarka mieli rasowego, wielkiego, co po pańsku po tej ich uliczce malutkiej na skraju Lądka położonej spacerował, obwąchując i szczając gdzie popadnie, ale zdechł biedaczysko będzie z rok temu i państwo M. nowego czworonoga do domu przywlekli – Reksia, psa rasy mocno dyskusyjnej, który zapowiadał się na husky syberyjskiego, a wyszło karykaturalne skrzyżowanie silnego psa pociągowego z krótkonogim kundlem, śmieszne stworzenie, pełne spontaniczności, niepohamowanego wigoru, a zatem zupełnie nie do opanowania, nie do ułożenia, nie do wychowania, co się prócz skakania na gości objawia głównie skłonnością do dawania dyla i wędrówek po miasteczku i okolicy; przypomina w tym Lampo, bohatera opowiadania „O psie, który jeździł koleją”, tyle, że Reksio koleją nie jeździ – zapewne przez to, że u nas kolej nie doczekała Reksia, zamknięto ją kilka lat temu – ale nie znaczy to, że jest gorszy – jeździ samochodami: wielokrotnie ten młody cwaniak był już podwożony do domu – policyjnym radiowozem, tyle że państwo M. kiepsko na tym wychodzili, bo za każdym razem za tę taksówkę musieli bulić 50 złociszów, więc w końcu doszli do wniosku, że Reksio taryfą jeździć z miasta nie będzie, bo nawet ostatni ochlaptus nie da się naciągnąć na takie pieniądze za tak krótki kurs, więc skończyły się żarty i pies otrzymał obrożę z jakimś elektrycznym dżinglem, który zamiast wydawania dźwięku, poraża nieboraka prądem, gdy ten chce przekroczyć zonę domowego aresztu i oto nie dalej jak wczoraj ja sam włączyłem się w przygody psa, który jeździł radiowozem: już po zmroku wyszedłem od Grześków, by wsiąść na rower i popedałować spokojnie do Stronia i wszystko zapowiadało się pięknie, świat stał przede mną otworem, w końcu nie ma nic piękniejszego niż rowerowa przejażdżka, jakkolwiek za dużo nie jeżdżę, więc na trasie raczej się oszczędzam, raczej tak rekreacyjnie pedałuję, słowem, wsiadłem na welocyped i zacząłem zjeżdżać ostro w dół, ale asekuracyjnie, niezbyt prędko, stale na hamulcach jechałem sobie koło Jubilata, koło dyrekcji, Adama i kiedy zbliżyłem się do zakrętu w lewo, pod Wojciecha, pojawiła się ta krępa bestia, a co gorsza, rozpoznał mnie jak kogoś z rodziny, zaczął obskakiwać i takie tam inne psie rzeczy robić, więc nawet do niego zagadałem, ale zorientowałem się zaraz, że ten czworonogi eskapista, ten psi szubrawiec nie odpuści i już poleci za mną te sześć czy osiem kilometrów, no, było nie było, postanowiłem dać nogę, nawiać mu, przycisnąłem pedały do dechy, na prostej od Mariańskiego Orlą do Ostrowicza, ale panie! gdzieżby tam bydlakowi zdołał kto na rowerze nawiać, nie dość, że nie znikł, to jeszcze mnie wyprzedzał, a co gorsza biegł w najlepsze po lewej, ulicą samą pod samochody jadące z przeciwka, gadzina! może w dół gnając go jeszcze wezmę, pomyślałem, tyle że bruk był mokry i o wywrotkę było łatwo, więc na dole już nie zdzierżyłem i zadzwoniłem do Grzegorza, że nie wiem, co robić, bo zmęczony jestem jakbym trzy krucjaty przeszedł i nie chcę czekać teraz z tym łotrem, aż ktoś po niego przyjedzie… ale Grzesiek nie odebrał telefonu i nie było innego wyjścia, jak dalsza ucieczka, słowem, na przestrzeni kolejnego kilometra zrobiłem czas godny kolarza torowego – psu na budę! szybki był jak hart, aż przy mostku do Stajni pod Dębami nie wytrzymałem i postanowiłem obrzucić gnoja kamieniami, i ledwo zsiadłem z roweru, zziajany jak maratończyk, a ten hyc, skoczył przez rów i do lasu pobiegł, kiedy ja nawet do ziemi się nie schyliłem, ale już ja wiedziałem, że bydle łowne jest, więc siup! z powrotem na rower i w długą; obracałem się za siebie jeszcze przez następne trzy kilometry, ale Reksio znikł, dalej już pojechałem swobodnie, spokojnie… spocony jak szczur, ale zadowolony, no bo gdzie można taką przygodę przeżyć, na Marszałkowskiej lub Piłsudskiego? tylko na tym zadupiu moim i zresztą na każdym innym zadupiu ma się takie właśnie piękne przygody, ale jak to gdzieś tutaj już napisałem, rzecz nie w tym, że się takie przygody miewa, lecz w tym, że trzeba je zauważać i podziwiać.

Co zaś do naukowców, może w przyszłym roku zbierzemy się z kolegą Rudym i zrobimy za niewielką odpłatnością spotkanie z ciekawym człowiekiem. Z dwoma ciekawymi ludźmi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here