Szczeliny

7
28

Szczeliny
Wciąż jeszcze powraca do mnie bolesna tęsknota za tym moim rajem utraconym intelektualizmu, za niedorzeczną mrzonką intelektu jako najwyższej instancji człowieczeństwa, absurdalną utopią umysłowości jako pola głębokich duchowych doświadczeń, w której tkwiłem lat zgoła dwadzieścia pięć. Przez tyle mniej więcej czasu tkałem ażurową konstrukcję własnej osobowości. Wierzyłem, że mój intelektualizm to jakiś rodzaj duchowości stanowiący ścieżkę do zbawienia. Wierzyłem, że poznanie, że zrozumienie uczyni mnie szczęśliwym…

Szczeliny

Wciąż jeszcze powraca do mnie bolesna tęsknota za tym moim rajem utraconym intelektualizmu, za niedorzeczną mrzonką intelektu jako najwyższej instancji człowieczeństwa, absurdalną utopią umysłowości jako pola głębokich duchowych doświadczeń, w której tkwiłem lat zgoła dwadzieścia pięć. Przez tyle mniej więcej czasu tkałem ażurową konstrukcję własnej osobowości. Wierzyłem, że mój intelektualizm to jakiś rodzaj duchowości stanowiący ścieżkę do zbawienia. Wierzyłem, że poznanie, że zrozumienie uczyni mnie szczęśliwym… Nic bardziej mylnego. Istnieje bowiem kres poznawczy naszych intelektualnych możliwości. W końcu pewnego dnia doznajesz dramatycznego olśnienia: wszystko, co robisz i myślisz zamyka się kuli powtórzeń. Odkrywasz, że intelekt dawno już przestał rozszerzać swoje granice. Cofnąłeś go, zawróciłeś do jego jądra, później pozwoliłeś mu pójść w odwrotną, w drugą stronę, potem wypuszczasz go na wertykale, po przekątnych, spiralnie… i tak już bez końca. Żałosne jak wiele czasu potrzeba dla zrozumienia tej oczywistości, jak wiele bezsensownych zabiegów trzeba uczynić, by z nagła – pod wpływem człowieka innego, lektury, dramatycznego wydarzenia – spojrzeć na wszystko z boku i przekonać się, że jego dziedzina już się nie poszerza w żaden sposób, że jedyne efekty twego działania to namnażanie powtórzeń.

Groteskowy komizm mojej sytuacji pogłębiony był o koszty szczególnej roboty, którą wykonałem. Nigdy nie miałem przecież wątpliwości, że moja rodzina, środowisko, traumatyczne doświadczenia dzieciństwa i wczesnej młodości, a nade wszystko liche uposażenie umysłowe sytuowały mnie w miejscu, z którego powinienem odbić się najwyżej do pensji nauczyciela w jakiejś szkole zawodowej. Zadziwia więc, w jaki sposób pojawiły się u mnie tak silne pretensje do twórczości artystycznej i do intelektualizmu. Dlaczego z maniakalnym wprost uporem chciałem się włączyć w – jak wówczas sądziłem – magiczny krąg ludzi twórczych, ludzi myślących i komunikujących efekty owego myślenia.
Szykany, zasieki, barykady ja i z niego również wyrastający nieznośny upór, w jakim tkwiłem przekonując siebie i otoczenie, że jednak mam coś do powiedzenia, do pokazania. Dobrze pamiętam ten szesnasty, może siedemnasty rok życia i utratę poczucia tożsamości społecznej i kulturowej. Jakże byłem infantylny i szczeniacko głupi.
Pochłaniała nas młodzieńcza rapsodia życia, mnie i moich rówieśników. Pełni spontanicznej, cudownie naiwnej energii penetrowaliśmy rozliczne zakamarki doświadczeń, dawaliśmy się uwodzić każdej możliwości nowego, nieznanego świata. Dla mnie jednak to było zbyt mało, w odróżnieniu od nich stale byłem spragniony. Kto wie, może to i prawda, że z natury jestem bardziej nienasycony od większości ludzi których znam, a może po prostu w ramach kompensacji moich rozlicznych kompleksów, chciałem wszystkim – w tym także sobie – udowodnić, że jestem lepszy od nich? Nie dojdę dzisiaj prawdy, zostały tylko poszlaki, tropy, wypaczone wspomnienia, ledwie powidoki moich motywów, ambicji, wizji przyszłości… A może jednak, może najlepszy pośród ludzi byłem w tym, że miałem największe kompleksy?
Towarzysząc igraszkom pokolenia, tkwiłem jednocześnie w rosnącym rozdarciu. Zanim się zorientowałem, byłem wyobcowany z rodzinnej kolebki robociarstwa, wyrodziłem się w tym samym momencie z robotniczego środowiska. Chyba chciałem przeskoczyć, przedrzeć się jakoś do inteligencji, ale w dwójnasób nie było to prawdopodobne. Po pierwsze istniała bariera obyczajowa, sieć wyssanych z mlekiem matki robotniczych nawyków i zachowań, których przełamanie w dojściu do swoistej etykiety inteligenta wymagało lat pracy. Było to jednak możliwe. Drugi powód był już nie do przekroczenia: w gruncie rzeczy brzydziłem się tą etykietą. Wyszedłszy przez obrzydzenie z jednego środowiska, miałem oto utożsamiać się z drugim obrzydliwym środowiskiem? Utknąłem tedy w zawieszeniu pomiędzy jedynymi światami, jakie wówczas znałem, skuliłem się w sobie w bolesnym poczuciu osamotnienia, w przekonaniu niemożności odnalezienia tożsamości grupowej, tej mojej plemiennej wspólnoty. I nie ma w tym cienia przesady, nie byłem w stanie porozumieć się w pełni ani z robotnikiem żadnym, ani z inteligentem. Miałem szesnaście, może siedemnaście lat.

Dzisiaj wyznanie to brzmi, jak jakaś licha praca archeologiczna. Sny mamuta, wspomnienia starca, sentymenty pogrobowca epoki peerelu. Ale w gruncie rzeczy podział na tamte światy wciąż istnieje. Został przykryty zmyślnie siatką innych znaczeń, społecznych relacji i zależności, ale tak naprawdę pod kolejnymi warstwami gier indywidualnych i społecznych, kryje się to samo: dzielimy się na tych którzy chcą rozumieć i w końcu rozumieją oraz na tych, którzy rozumieniem nie są w żaden sposób zainteresowani. Chciałbym rzec, iż ten ukryty podział stracił na znaczeniu, ale w gruncie rzeczy to tylko nasza epoka nakłada inne filtry wartościujące. Te filtry to realna demokracja, realizm demokratyczny, czy jak tam nazwiemy to, co nam się wbija do głów od II wojny światowej. Dzisiejsza, epokowa prawda jest taka: społeczeństwo to system, a system nie ma celu samodoskonalenia innego od tego, który pozwala mu „właściwie” funkcjonować. Doskonałość systemu opiera się na jego idealnej, niejako automatycznej funkcjonalności, ta zaś może być osiągnięta jedynie przez normalizację poszczególnych jego podsystemów, sektorów, operatów zgodnie z ich funkcjonalnym przeznaczeniem. Marzenia o społeczeństwie jako idealnej maszynie, swoistym perpetuum mobile cywilizacji, realizują się na naszych oczach. Tak się nam przynajmniej zdaje, bo pod tą wspaniałą wizją wspaniałości już nie znajdziecie.

Ni pies ni wydra. Może nie byłoby tak źle, gdybym był młodzieńcem przystojnym i przebojowym, w ogóle posiadającym jakikolwiek talent. Ale ja nic. Stanąłem na tym gatunkowym rozdrożu i popadłem w stupor zupełny. Byłem jak mój ulubiony bohater z książeczek Johna Bartha, ta postać pozbawiona władzy decydowania. Jak choćby ten żałosny Ebenezer Cook, który tyle niezwykłych talentów posiadał (rzecz oczywista we własnym tylko mniemaniu), że na żaden nie mógł był się zdecydować. W istocie mój bezruch wynikał z mojej niedojrzałości, słabości, niewiary, tchórzostwa.
Dzisiaj chwalę Los, Fortunę, Opatrzność, Pana Boga i koślawe rządy generała Jaruzelskiego, że decyzji żadnej nie podjąłem, że tak zostałem na tym rozdrożu gatunkowym i jestem tam po dziś dzień. Wtedy jednak czułem się diabelnie osamotniony, rozdarty, niezaspokojony. Nie byłem ani naturalnie przyporządkowany, ani nie mogłem wybrać swojej przynależności plemiennej, więc pozostawało tylko jedno: działać bez zastanowienia, iść bez zastanowienia gdziekolwiek oczy poniosą i zobaczyć kiedyś, co z tego wyniknie.

Taka zdaje się być geneza, takie były warunki powstania tego, z czym zmagałem się przez kolejne dwadzieścia lat. Z takim to nędznym majątkiem przystąpiłem do ślubu i małżeństwa z intelektualizmem, który też z miłości za mnie nie szedł. Ach! Gdybym ja był gołodupiec, gdybym ja był tabula rasa! O ileż byłoby łatwiej! Tymczasem latami musiałem się zmagać z rekonstrukcją siebie, z przekształceniem siebie, z ułomnościami wstydliwymi, z nieuctwem swoim, z desperacjami zachowań, z żałosnym tupeciarstwem profana, z cichymi i głośnymi szyderstwami prawdziwych wyznawców literatury i sztuki, naukowości, akademii i intelektu.
Ale i tutaj objawia się moja natura pełna paradoksów, sprzeczności, antynomii, ambiwalentnych uczuć, emocji, dążeń, bo za tymi latami przecież tęsknię, te lata z przyjemnością wspominam, nimi sycę wyobraźnię i wreszcie na nich osnuwam wszelkie opowieści.

7 KOMENTARZE

  1. Partytura rapsodii „Nienasycenie” nie ma w sobie nic oryginalnego, chyba, że dopiszesz do niej glissando na klarnet pt. „Raj odzyskany”. Wówczas mogłoby być to interesujące.

    Wierzę w funkcjonowanie Wysp Możliwych. Wysp zlokalizowanych – Gdzieś Dalej, Gdzieś Indziej. Znam Kogoś, kto tam był. Powtarzał zawsze: „żyć w PEŁNI – albo wcale!”. Twoje „kresy poznawcze” Tomek, „powidoki” i „etykiety” – wszystko to związane jest z przenikliwością OKA i umiejętnością patrzenia. Nie chodzi mi o samo odkrywanie „nieodkrytych”, zapomnianych, prowincjonalnych miejsc, ani też o przełamywanie konwencjonalnego spojrzenia kolekcjonera wrażeń; spojrzenia, które PATRZY, a nie WIDZI. Mówię teraz o szukaniu utraconej PEŁNI życia (utopii – raju – duchowości) tam, gdzie świat się kończy, bo Centrum świata wypełniają już tylko kulturowe protezy, fantomy istnienia, hołdujące duchowi pragmatyzmu. Wówczas może ze spotykanych fragmentów rzeczy wyłaniają się „niewidzialne” i niezmiennie obecne? Może łączą w sobie pozornie odrębne rejestry i unieważniają dwubiegunową konstrukcję świata „odczarowanego”, opartą na zasadzie racjonalnego wykluczenia? Dziadek powtarzał mi: „pozwól ukąsić się, pozwól być ukąszoną przez RZECZYWISTOŚĆ. Znajdź swoją terra incognita i zaakceptuj życie w jego nieusuwalnych sprzecznościach.

    W poszukiwaniu „istnienia-w-pełni” Dziadek zabrał mnie kiedyś do Copertino. Szukaliśmy tu śladów obecności Giuseppe Desy, żyjącego w XVII wieku świętego. Ten ociężały umysłowo franciszkanin znany był z tego, że „fruwał”! Pokrzykiwał radośnie i – jak gdyby nigdy nic – unosił się w powietrzu. To musiało być przerażająco piękne! I niewiarygodne! Znaleźli się jednak ci co widzieli i chcieli zaświadczyć. Dzięki nim i my możemy przebić się przez warstwę paru stuleci i spojrzeć w NIEMOŻLIWE. 🙂

    Tyle, że Copertino to przestrzeń PUSTKI. Południowy stupor splata się tu z ekstazą brudu. Miasteczko jawi się jako ziemia zgryzoty i brzydoty. Istna kloaka maxima. W takim właśnie pejzażu otwiera się rejestr rzeczywistości, który pragmatyzmowi i sceptycyzmowi ratio zamknął drzwi. Fenomen podniebnego lotu w wymiarze realnego, ziemskiego ucieleśnienia przekraczający wyobraźnię poetycką. Tu obserwować można PIĘKNO, które jest przerażenia początkiem.

    W ciasnych i brudnych uliczkach archaicznego locus, w nagłym „prześwicie” – ekstaza wieczności, unieważniająca racjonalne granice poznania. Zaproszenie, aby percypować świat głębiej, pełniej, by przejść „na drugą stronę widzenia”, przebić zasłonę ILUZJI. Lubię ten spacer po linie, tą Dziadkową OPOWIEŚĆ, która (łączy i) oddziela możliwe od niemożliwego, racjonalne od szalonego.

    Historia Józefa – czempiona lewitacji jest dla nas jak test badający zdolność do łączenia obszarów, które wymykają się racjonalności ufundowanej na empirycznym dziedzictwie. Co istotne? Ten „prześwit”, to OKNO wyłaniające się z codzienności prowincji, wytrącające nas z bezpiecznego zadomowienia w świecie. Stara to reguła: aby dotknąć TAJEMNICY i NIEUCHWYTNEGO, trzeba utracić „znane” i „oswojone”. Jakie w istocie sensy niesie „Gdzieś Dalej, Gdzieś Indziej” wobec Centrum, w którym oddech prawdziwego życia wyparował? W GDZIEŚ DALEJ rzeczywistość, doświadczana i przeżyta, mocno, ontologicznie jest. Tam kultura splata się z naturą, śmierć z życiem, ruch z bezruchem, a PEŁNIA wyłania się z PUSTKI. Tam SŁOWA jeszcze odsyłają do pierwotnych znaczeń. Tam możliwa jest obecność lewitującego mnicha w realnym, surowym pejzażu. Tam skorupa CZASU pęka na chwilę, na mgnienie, otwierając „prześwit” nieskończoności. Tu dyskursywny język jeszcze nie wprowadził podziału na podmiot i przedmiot, jeszcze nie zbudował mostu, jeszcze nie zdążył go zerwać.

    Zauważyłeś Tomek? Odwieczne RYTMY są niewrażliwe na przemiany cywilizacyjne. Ludzka tęsknota za istnieniem-w-pełni dalece wykracza poza porządek mitycznej wyobraźni. Tylko widzenie uważne zagląda „pod powierzchnię”, znajduje KONTAKT z istotą rzeczy.

    Są pytania po których robi się głucho i pusto jak po bombie neutronowej. Dlatego wolę literaturę. Ten turniej garbusów, współbraci we frustracji. Tą rzeź oślepionych blaskiem PEŁNI.

  2. Co wynika z tekstu poniżej? Jedna z możliwych diagnoz? Wyspy Możliwe mogą znajdować się w SZCZELINACH przeoczonych w tkance kulturowej i społecznej.

    * * *

    W temacie „pretensji do twórczości artystycznej”… Przez ostatnie lata jesteśmy świadkami zawierania nowego PRZYMIERZA z publicznością, wspólnotą zbudowana wokół RYTUAŁÓW sztuki.

    Mieszkam w „plastrze” w którym gnieżdżą się ludzie zajmujący się transferem wiedzy. Moja sąsiadka przez ścianę,biolog śpiewająca w jidysz i po łemkowsku, popatrywała – od czasu do czasu – na moją dłubaninę nad „łupinami PAMIĘCI”. Owe ŁUPINY to rzeźbiarska forma, opowiadającą o władztwie ale i niedostatkach pamięci,powstająca na bazie szpachli samochodowej, siatki i gipsu.

    Pewnego dnia przyszła do mnie z podręcznikiem „Estetyki chińskiej” i powiedziała: „Wiesz? odnalazłam przełęcz św. Gotarda do DD, w sobie”. (Wg. filozofii chińskiej każdy z nas jest artystą, musi jedynie odgruzować, odszukać DROGĘ do „duchowego dworu” wewnątrz siebie).

    Moja towarzyszka „z termitiery” wybrała formy mało spektakularne: chwasty, sznurki konopne, pył i błoto. Jej SZTUKA oparta jest na współodczuwaniu i współczuciu. Dostraja się do naturalnych procesów (wzrostu, obumierania, etc.) Jej prace są nietrwałe, stworzone z delikatnych materiałów: wody, nasion, kurzu, rozczynu chlebowego, papieru czerpanego. Rzeżucha rośnie bardzo szybko nawet w trudnych warunkach, na słabej ziemi,a nawet poza nią.

    Co zrobiła? Na co zdecydowała się? Namoczyła swoją koszulę, powiesiła na wieszaku, obsiała rzeżuchą i uzyskała wertykalny – mini ogród. Stała się czystej wody performerką. W wyniku gestu zasiewu, stworzyła COŚ o niejasnym statusie – niefunkcjonalny, częściowo ożywiony, zmieniający się kształt. Jego ostateczna forma była nieprzewidywalna.

    Przygotowała też instalację z mułem rzecznym przypominające bozzetta. Były tam iluzjonistyczne gzymsy i sklepienia żebrowane na bazie z patyków, wyglądające jak katedra dla bakterii. Budowała również groble z błota eksponując naturalne właściwości ekosystemu, gdzie w mikroskali ścierały się siły życia i śmierci.

    Resume? Jakkolwiek. I dla ART. I dla Wysp Możliwych. Liczy się decyzja ODPOZNAWANIA locus amoenus. A kiedy je już odnajdziemy możemy założyć TAM swoje faktorie handlowe.

    Ja stawiam na handel ceramicznymi arkuszami gliny.:)
    A Wy? 🙂

  3. Do: Ewa Matisse. Odpowiedź

    Obym częściej mógł czytać podobne komentarze. Dzięki.

    I jak tutaj zachować przejrzystość, by wychodząc „ze” Szczelin na tekst Twój odpowiedzieć? Rzecz w tym, że zarówno jeden jak i drugi, pojawiają się na różnych poziomach interpretacji rzeczywistości i nie-rzeczywistości. Prawdziwy problem jednak w tym, że Szczeliny nie zdążyły jeszcze nawet zahaczyć o poziom, o przestrzeń, o swoje stanowisko interpretacji (skądinąd nie wiadomo czy w ogóle zahaczą, tekst ten jest „w robocie”; tak wiele rzeczy nie udaje mi się skończyć…). W konsekwencji chciałbym uniknąć wychodzenia przed szereg, wyprzedzania życia i rozwoju tego tekstu. Czy to możliwe? Wątpię. Pewnie więc w kolejnych prześwitach Szczelin powtórzą się myśli tutaj wyrażone.

    Po pojawieniu się Twego komentarza, uznałem, że nie będę reagować: niech sobie tak leży i błyszczy. Później naszła mnie refleksja, że z Twojej strony jest to próba sprowokowania dyskusji. Byłbym więc co najmniej niegrzeczny, to błyszczenie zmilczawszy. Postanowiłem zatem szarmancko zrezygnować z gry na komputerze, oglądania filmu sensacyjnego, jazdy na nartach, a nawet otwierania butelki wina w miłym towarzystwie, by cały wieczór ślęczeć nad tropami Twojej myśli. Widzisz, co dla Ciebie robię?

    Dość żartów.

    Pewnego dnia Robert Pirsig (Zen i sztuka obsługi motocykla) natchnął mnie do rewizji myśli Platona. Wcześniej przyjmowałem jego dzieło bezkrytycznie, była to dla mnie prawdziwie aprioryczna doktryna, elementarna osnowa filozoficznych praktyk (czy filozof może być praktykiem?), która też przecież posiada wielki walor poetycki. Czytając Pirsiga, zrozumiałem jednak, jak wielkiej mistyfikacji jestem ofiarą.
    Powiada się dzisiaj, że starożytnych Greków nie możemy nazywać sodomitami, ciotami, pedałami i jak tak się zwie politycznie poprawnie, lub niepoprawnie dzisiejszych homoseksualistów. Dlaczego? Ponieważ starożytni Grecy nie mieli naszej perspektywy kulturowej. Seksualność, „urządzenie seksualności i dyskurs seksualności”, jak powiedziałby Foucault, też wtedy nie istniały, oni po prostu kopulowali, nie analizowali tej sfery swojego życia; no, może tylko odpowiadając na pytanie: jak to się robi tak, żeby było dobrze. Jak widać, skoro starożytni mieszkańcy Hellady nie mieli naszej perspektywy, to nie powinienem robić tego, co zaraz zrobię. Chcę mianowicie powiedzieć, że w moim przekonaniu Platon był pierwszym faszystą zachodniej cywilizacji; i nie zamierzam tłumaczyć go i usprawiedliwiać, że on tylko był punktem przecięcia fal, stykiem prądów, miejscem naprężeń, które wypełniały eter ówczesnej synkretycznej kultury – nic z tego. Oj! Rzecz jasna Platon nie ubierał smagłych ziomali w brunatne koszule, nie gnębił też Żydów i wprawdzie w jego Państwie znaleźlibyśmy stosowne dla tej ideologii pomysły, to mnie nie o to chodzi. Bo mam na myśli coś znacznie ważniejszego, bardziej kluczowego dla ludzkości – język.
    Wszyscy jesteśmy ofiarami totalizacji języka (a zatem i komunikacji), której autorem był Platon. Przez wieki, przez tysiąclecia, bezmyślnie, nieświadomie braliśmy i bierzemy tę faszystowską myśl za jedyny właściwy, sensowny, logiczny sposób interpretowania rzeczywistości. Brrr! Aż mnie skręca, gdy myślę o bezczelności tej uwodzicielskiej koncepcji. Promowany przez niego dualizm nie był wprawdzie żadnym odkryciem, ale świat idei, wszystkie te samodzielnie, gdzieś tam istniejące, bezwzględne idee koniowatości, dobra, stołowatości, czy miłości, do dziś mrożą mi krew w żyłach! Ileż to sam traciłem czasu tłumacząc komuś, że wolność nie jest możliwością wyboru, ale wolnością od wyboru, wolność bowiem – twierdziłem – nie rozpoznaje alternatyw, wolność widzi zawsze tylko jedną drogę, jeden kierunek: ten, który służy prawdzie, dobru, pięknu i tam zawsze wolność zmierza. Wybór zaś lub powstrzymanie się od niego, to niewola, konieczność, przymusowe chybotanie, to taniec pośród narzucających się możliwości i pognębienie w rachunkach i kalkulacjach.
    No dobrze, ale wróćmy już z tej przydługiej wycieczki po didaskaliach w nasze ryzy tematyczne: dualistyczna koncepcja człowieka i świata.

    Twój (pierwszy) komentarz jest relacją, opisem fikołków, salt, fiflaków i susów, jakie wykonujesz balansując między tym, co zewnętrzne, a tym, co wewnętrzne, między racjonalizmem a szaleństwem, naszą małą stabilizacją a istnieniem-w-pełni, poezją stukniętego Giuseppe a brzydotą Capertino. Nie sądzisz, że to ciągła kontynuacja tamtej, zmurszałej dualistycznej koncepcji świata? Sama w sobie koncepcja ta jest raczej nieszkodliwa, za to nudnawa i skąpa, uboga: tu czarne, a tu białe, tam zło, a tutaj dobro, tu niebo, tam zaś piekło. Problem jednak w tym, że skutkuje ona poważnymi konsekwencjami aksjologicznymi. Czy zatem proponuję nie wartościować rzeczy zgodnie z ich konwencjonalnymi nominałami? Nie. No przecież nie będziemy patykiem Wisły zawracać, prawda? Jeśli wpadłeś miedzy wrony, musisz krakać tak jak ony. Niech się więc pławi ta koncepcja we własnym absurdzie tak lubieżnie podtrzymywanym przez rozum naszej kultury, niech się tapla w swojej obłudzie, pielęgnowana przez kolejne ludzkie pokolenia, niech powstaje na niej i rozrasta się jedyna słuszna droga rozwoju społeczeństwa – demokracja. Chcemy czy nie, my też bierzemy udział w tej grze.

    Pragnę jedynie, byś zauważyła, że dualistyczna koncepcja interpretacji świata i człowieka jest oparta na wewnętrznym fałszu. Nie da się utrzymać nawet pomysł podziału na centrum i peryferia.

    Jakim prawem w zracjonalizowanej dualistycznej interpretacji świata pojawia się szaleństwo jako antynomia rozumu będącego racjonalności źródłem? Jakim prawem szaleństwo bierze się w obręb racjonalnej koncepcji? (I tylko proszę nie opowiadać mi o nowinkach normalizującej i dyskursywnej neurofizjologii!)

    Czy widzisz, że nasz – kulturowo nam wpojony – sposób myślenia jest błędny u samej swojej podstawy?

    Samo na usta pcha się w tej chwili pytanie: czy istnieje koncepcja, która wyzwala nas od schizofrenii dualizmu? Otóż po tragicznym blamażu omawianej teorii, który objawił się w całej okazałości za sprawą II wojny światowej i doświadczenia systemów totalitarnych, pojawiły się nowe koncepcje. Strukturaliści, dekonstrukcjoniści, konstruktywiści, systemiści i im podobni postulują reprezentację zawodników, którzy odeszli od dualnego modelu myślenia. Cóż, może i coś tam w ich myśleniu nie jest już dualistyczne i linearne, bronią się zresztą jak mogą od szuflady z napisem: koncepcje świata i człowieka, ale prawda jest taka, że chcą czy nie, same już ich stanowiska i usytuowania społeczne ugruntowane i legitymizowane są przez racjonalizm. Wszyscy oni są kolejnymi tyranami, którzy rozumem chcą zdominować wszelkie poznanie. Kolejny fałsz. Co więcej, jest coś nieopisanie strasznego w ich postawie: zupełna atrofia metafizyki i utopii. W konsekwencji umiera poezja. Nie mówię o tym, że nie czytają poezji, czytają i interpretują, a jakże, ale oni poezję rozumieją, nie czują jej, nie przeżywają, nie doświadczają, tylko rozumieją (choć to pewnie łgarstwo i generalizacja, bo niektórzy czują ją z pewnością, ale odczuwanie nie jest legitymizowane, brak mu właściwej – akademickiej, naukowej, intelektualnej – dystynkcji).

    Daleko zabrnąłem w tej kanikule o dualizmie, a wszystko tylko po to, by Ci pokazać jak błędne jest nasze myślenie i jak smutne jego konsekwencje. Zabrnąłem tak daleko, by Ci powiedzieć coś na koniec. Skowyt.

    Ostatecznie tęsknię do tamtego dualnego świata, który w wymiarze podziału na ducha i ciało kończy się powoli, umiera na naszych oczach. Duch umiera w świetle reflektorów, pod okularem naukowego mikroskopu. Tęsknię, bo niestety, ta śmierć nie oznacza wstąpienia w lepsze, pełniejsze, szczęśliwsze życie. Pragmatyzm – ten praktyczny racjonalizm – krok po kroku, dzień po dniu, minuta po minucie zagarnia, dominuje, dyscyplinuje, wyklucza i normalizuje kolejne obszary naszego życia.

    Skowyt.

    Co nie znaczy, że to koniec opowieści… Po prostu czas na spanie.

  4. Odkładam na chwilę druty. 🙂 Postanowiłam zrezygnować z robienia kaszmirowych pończoch i odpowiedzieć na Twój post. 🙂 Tomek? Usiłujesz rozkołysać starą i ociężałą łajbę DUALIZMU. 🙂

    Wyinterpretowany przez Ciebie z mojego tekstu dualizm, ma charakter bardziej WIDMOWY niż antropologiczny. 🙂 Poruszałam się na osi: „utracony RAJ” – „PEŁNIA” – „utopia”, wspierając ekskursem po Apulii. z tej dziadkowej opowieści
    wymontowałeś, szelmo, „szprychę” i usiłujesz posługiwać się nią jak fenomenologiczną wykałaczką.

    Dotykasz kwestii cienkich jak batyst. Ich analoganem mogłoby być „rzeczywistość” i „realności” u Lacana. Lub kwestia rozróżnienia „la réalité” od „la réel” u Barthsa, który z jednej strony odsuwał ZNAK od rzeczywistości, z drugiej narzucał rzeczywistości charakter ZNAKOWY.

    * * *

    Uporządkujmy. Przywołałam apulijskie miasteczko Copertino jako szczególną postać archetypu istnienia-w-pełni dokonującego się w PRZEŚWICIE, w swoistej dialektyce „widzialnego” i „niewidzialnego”. Z martwego pejzażu nieurodziwej mieściny emanuje tajemnica życia jednostkowego, życia czempiona lewitacji. Istnienie-w-pełni ucieleśnia ideę coincidencia oppositorum – życia w jego nieusuwalnych sprzecznościach.

    Status GDZIEŚ DALEJ, GDZIEŚ INDZIEJ? Zasadniczą cechą tej rzeczywistości jest jej antydualistyczna ontologia,najdalsze peryferia przechowują w sobie źródłową obecność, której nie dotknął jeszcze „odczarowujący” znak czasu, wprowadzający wyraźną DYSTYNKCJĘ między życiem a śmiercią, kulturą i naturą, rozumnością i szaleństwem, ruchem i bezruchem.Tam w pękniętej skorupie CZASU (w owym locus amoenus) dyskursywny rozum jeszcze nie wprowadził podziału …

    Takie rozpoznanie ucieleśnia też oddalona o kilkanaście kilometrów od granic Apulii Matera – pusta, wykuta w kamieniu, pierwotna przestrzeń, z której wyłania się życie. Ten surowy pejzaż mógłby obejść się bez człowieka, tymczasem krajobraz ten to dowód, że KAMIEŃ i CIAŁO, mimo uchwytnych różnic, nie należą do całkiem osobnych porządków rzeczywistości. TAM nieorganicznego od organicznego nie oddziela PRZEPAŚĆ, czasem nawet te żywioły wydają się zachodzić na siebie. Trwają w jakiejś niepojętej symbiozie. W Materze CZAS uległ zakrzywieniu. Bez żadnego trudu wyśledzić można TAM różne jego warstwy i stany skupienia. A doświadczeniem z gatunku ekstraordynaryjnych jest możliwość obserwacji TAM egzystencji światów RÓWNOLEGŁYCH. W GDZIEŚ DALEJ, GDZIEŚ INDZIEJ doświadczamy zatem CZASU symbiotycznego, koniunkcyjnego, jakby poza-czasowego, gdyż wymykającego się nowoczesnej, racjonalnie konstruowanej wizji linearności.

    * * *

    Roztrzygnij proszę Tomek,jak dualizm sytuuje się względem koincydencji?
    Odpowiedz, co stanie się, gdy REALNE zostanie oswojone przez SYMBOLICZNE?

    Czy oznacza to, że jedyne przejście od realnego do wyobrażalnego dokonuje się przez JĘZYK? Czy podmiot związany jest z rzeczywistością jedynie NITKAMI języka, dzięki którym ratuje się przed całkowitym odrzeczywistnieniem, choć za pomocą tych samych nici dowodzi nierzeczywistości świata? Czy jeśli przyjmiemy na chwilę, że DEPRESJA jest „skrajem rzeczywistości”lub „odklejeniem się od rzeczywistości”,to można z niej wydostać się, po – owej – nitce języka?

    Wspominałeś o Kancie. Z jego perspektywy umysł mapuje rzeczywistość, gdyż
    inaczej nie byłby w stanie jej poznać. Rzeczywistość jako taka NIC nie znaczy, jeśli nie zostanie nadany jej SENS, którego produkcją zajmuje się UMYSŁ. To umysł strukturalizuje rzeczywistość, a nie odwrotnie, to umysł narzuca rzeczywistości warunki znaczenia, a nie zajmuje się wyczytywaniem już istniejących, pojedynczych znaczeń. Umysł układa rzeczywistość jak mapę, z wyznaczonymi przez siebie punktami orientującymi i całą siatką współrzędnych. Na czym opiera się wobec tego fenomen kolonizacji i kolonizatora sporządzającego mapę? Czy umysł jest augurem obserwującym wędrówkę sensów i rozkwitanie kodów?

  5. Jest parę kwestii u Platona, które mnie żywo interesują. M. in. miejsce SZTUKI.

    Napisałeś: „Wszyscy jesteśmy ofiarami totalizacji JĘZYKA (a zatem i komunikacji, której autorem był Platon”.

    Nie chcę żadnej jatki retorycznej. 🙂 Otrzymujesz abonament 10-zdaniowy. 🙂 Zapodaj w nim samo sedno rzeczy w temacie, którego dotykasz. 🙂

    Tymczasem didaskalia do JĘZYKA autorstwa p. Doroty Ryst.

    * * *

    język w teorii Chomsky’ego
    jest traktowany jako pewien
    system operacyjny
    służący do generowania
    zdań

    – zaś –
    według Sapira i Whorfa
    nie ma języków mniej i bardziej doskonałych
    każdy bowiem jest wyrazem określonego
    widzenia i pojmowania świata
    tak moglibyśmy
    rozmawiać
    o różnych aspektach współczesnego językoznawstwa

    jednak
    kiedy Twój język
    dotyka miękkości mojej skóry
    kiedy mój język bada szorstkość Twojego policzka
    kiedy nasze języki
    opowiadają
    smak
    nie ma zdań
    słów
    tylko
    krzyk
    pęknięty na sylaby

    z nich
    odtwarzamy
    język
    starszy
    niż praindoeuropejski

  6. Jestem, po prostu, Was ciekawa. 🙂 Chciałabym Was poznawać. 🙂 Myślę o osobach czytających tego bloga. 🙂

    Powiedzcie, co sądzicie o rozumieniu SPRAWIEDLIWOŚCI u Platona (np. ks. IV Państwa)? Czy podoba się Wam pojmowanie jej jako ideału EGOCENTRYCZNEGO?

    Kiedy Platon mówi „bądź sprawiedliwy!”, nie oznacza to przecież u niego: „szanuj interesy innych ludzi!”. 🙂

    Bądź sprawiedliwy, u Platona, to:
    1. szanuj własną RÓWNOWAGĘ wewnętrzną
    2. dbaj o siebie samego
    3. dbaj o własny PORZĄDEK wewnętrzny
    4. dbaj o PIĘKNO swej DUSZY

    Dziewczyny, zapraszam (chłopaki też), powiedzcie jak to widzicie.

  7. Moja czkawka związana z Platonem.

    1.) Tomek? Co sądzisz o postrzeganiu przez Platona – ARTYSTY jako TRZĘSACZA? (Tego, którym trzęsie furror poeticus lub … medytacja wieloletnia)? Pisałeś, że miałeś jazdy na „bycie TRZĘSACZEM”. 🙂

    2.) Wrócę znowu do ks. V Państwa. Tomek? Co myślisz o pomyśle Platona na „wspólność kobiet i dzieci”? A o proponowanym przez niego „zniesieniu instytucji małżeństwa”, co? (VII). O przydzielaniu herosom/bohaterom, zamiast orderów, „erotycznych biletów do pań”? (IX) A o „kwitach z komendy na pocałunki (prawo całowania kolegi lub koleżanki do woli), za zasługi na polu bitwy? (XIV).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here