Rychtalska (VI)

0
29

Rychtalska (VI)

Po opłaceniu komornego, niewielkich zakupach produktów żywnościowych i tych do higieny osobistej, po kilku piwkach wypitych z kolegą Maniem grosza znowu miałem tyle, co kot napłakał, więc teraz, zbierając się na Popowice, intensywnie myślałem jak zaradzić zbliżającemu się kryzysowi, gdy tymczasem, dla odmiany, jakby telepatycznie zbliżył się do mnie kolega Rudy i zadał mi szyku.

Rychtalska (VI)

Po opłaceniu komornego, niewielkich zakupach produktów żywnościowych i tych do higieny osobistej, po kilku piwkach wypitych z kolegą Maniem grosza znowu miałem tyle, co kot napłakał, więc teraz, zbierając się na Popowice, intensywnie myślałem jak zaradzić zbliżającemu się kryzysowi, gdy tymczasem, dla odmiany, jakby telepatycznie zbliżył się do mnie kolega Rudy i zadał mi szyku. Kolego, długo nad tym myślałem, przemówił, i wiem już jak zarobić grubszą forsę. Oczywiście nie odezwałem się, bo znałem już kilka pomysłów kolegi Rudego na to jak w krótkim czasie i przy niewielkim nakładzie sił znaleźć się na Bermudzie czy Kajmanie, ale kolega Mariano nie dał się wywieźć w pole i po nieco dłuższym spojrzeniu kontynuował, że otóż, drogi przyjacielu, wracałem wczoraj do domu po naszym spotkaniu trochę na okrętkę, tak żeby nieco przetrzeźwieć i tak sobie szedłem oglądając nasze piękne wrocławskie kamienice, patrzyłem sobie na fasady i nagle głos z nieba przemówił do mnie. Głos z nieba? zdziwiłem się, bo było to coś nowego i owszem, to musiał być głos z wysokości, bo przemówił do mnie, żebym założył interes produkujący bramy do naszych wrocławskich kamienic, a w każdej z bram, tuż na drzwiami stałaby gipsowa Matka Boska, w zależności od potrzeb z dzieciątkiem Jezus na ręce, albo bez i co? jestem pewien, złoty interes! pieniążki jak gołąbki do rączki przyfruną, a potem Karaiby albo Hawaje i melodia Rysia Rynkowskiego ze świeżym piwkiem w cieniu pitym, drogi kolego, to musi być głos z samego nieba!
Rudy fantazjował, a w radio na okrągło trąbili o wyborach, które miały być już w tym tygodniu, cała ta gówniana machina mediów już mi bokiem wychodziła, już nie mogłem tego słuchać, a oni nadawali, wałkowali, produkowali do bólu, bo i tak to właśnie działa, że w końcu człowiek zaczyna mieć problem, że zaczyna się zajmować problemami, których właściwie nie ma bo są nierozwiązywalne, bo w tym kraju ostatnie elity polityczne, ostatni tacy, którym zależało na Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, wybici zostali przez hitlerowców i stalinowców, więc czerwoni, zieloni czy niebiescy, których mieliśmy do wyboru, to tylko różne nazwy takich samych degeneratów i złodziei w ich opus dei, a w ciągu dwunastu lat polskiej demokracji okazało się, że Polak nie nadaje się do tego systemu, więc jedyny ciekawy element tej kampanii, czyli kiedy te dziady doprowadzą do wejścia Polski do Unii Europejskiej, był jeszcze bardziej przerażający, bo w końcu jak może wyglądać zachodnia demokracja w polskim wydaniu? to musi się skończyć katastrofą! jak może wyglądać połączenie mafijnego systemu rozwoju – z pominięciem skorumpowanego wymiaru sprawiedliwości – w stylu amerykańskim z niezrównoważeniem umysłowym i emocjonalnym  tego narodu, to już wiemy, a cóż dopiero demokracja Europy w polskim wykonaniu. Polak, drogi kolego, pewnego dnia powiedział do mnie kolega Rudy, musi być wiecznie wkurwiony, stale zły, w innym razie popada w lenistwo i niewolę, a ja, choć mnie często do szału doprowadzała polska rzeczywistość z jej nienormalnością, normalności bałem się jak diabeł święconej wody i wcale nie dlatego, że taką miałem ideologię, anarchistyczną czy antyglobalistyczną, ale dlatego, że już próbowałem być normalny i to nie było dla mnie, nie miałem szans na życie według planu. I może dlatego później kolega Rudy i pani doktor Karinia stali mi się tacy bliscy, bo kiedy spytałem panią doktor Karinę dlaczego nie kupiła mieszkania na jakimś nowym osiedlu, tylko w tej dzielnicy z chodnikami pokrytymi psim gównem, z menelami w bramach kamienic o zapachu siuśków, to otrzymałem odpowiedź, że w odróżnieniu od tych osiedli, tutaj, przy ulicy Elizy Orzeszkowej jest akcja, coś się dzieje. I ja sam dobrze się czułem w tym nienormalnym kraju, tylko mnie złościło, że ktoś mi stale udowadnia jeszcze tą normalność.

*

I życie znowu mnie zaskoczyło, bo pod wpływem mistycznych uniesień kolegi Rudego oraz drogą freudowskich skojarzeń sam sobie wymyśliłem nowy interes, wykombinowałem sobie, że prócz teksów do prasy brukowej, wezmę się za coś jeszcze innego, dodatkowego, bo mi się przypomniało, że nie tak dawno, w ramach psychoterapii po urazie, o jaki przyprawiła mnie była żona, parałem się dobry rok numerologią, więc zadzwoniłem do Kocurka, który swego czasu sugerował mi możliwość zarabiania na tworzeniu portretów numerologicznych, tyle, że wówczas byłem jeszcze w permanentnym kryzysie i ani mi do głowy przyszło zając się kimś innym prócz mnie samego i mojej żony, więc zadzwoniłem i wyjaśniłem mu w czym rzecz, a ten już nazajutrz przesłał mi dane trzech osób, które w swej kołtuńskiej próżności chciały się dowiedzieć, że będą mistrzami świata, ale tak mnie to ucieszyło, że wyjąłem z kieszeni komórkowy aparat telefoniczny i zadzwoniłem zaraz do Kasi i zaproponowałem jej wyprawę w góry w najbliższy weekend, a Kasia zgodziła się nawet bez wahań, więc potem zaklejałem szpachlą w krzesłach te maluśkie otworki po robalach ze świętym zapałem, bo sobie pomyślałem, żeby tak może w tej Kasi zakochać się na amen, wystarczyłoby tylko jeszcze bliżej ją poznać, a musiałoby się udać, więc wieczorem wróciłem do pokoiku na Popkach, zjadłem trochę suchego prowiantu z gorącym vietkongiem i zabrałem się za robotę, a na pierwszy ogień wybrałem jakąś dziewczynę i zacząłem raźno wyliczać te wszystkie numerologiczne dane. A kiedy miałem wstępne wyniki, to zatrzymałem się na chwilkę, żeby pomyśleć o mojej mamuni, która miała sporą smykałkę do wróżenia z kart, czego nauczyła się od jakiejś Cyganki w zamierzchłej przeszłości, miała tę intuicję, ale od lat wypędzała wszystkich żądnych wiedzy o swej przyszłości gdzie pieprz rośnie, bo się nawróciła na katolicyzm i z dnia na dzień stawała się coraz radykalniejszą papistką, ale dla mnie jej intuicja wciąż była niedościgniona i w ostatnich latach nabierałem ją wielokrotnie na interpretacje moich snów, jako argumentu używając starego testamentu i przygód niejakiego Józefa, który, jako psychoanalityk, zrobił zawrotną karierę na dworze wielkiego faraona. A kiedy już pomyślałem o mojej mamuńce, to zajrzałem w te cyferki, a w mojej wyobraźni ujrzałem osobę z krwi i kości, osobę, którą znałem od dawna i wiedziałem, że właśnie połączyłem się z intuicją mojej mamuni, bo przecież nigdy nie spotkałem osoby o takim imieniu i nazwisku jak ta dziewczyna, której dane miałem przed sobą, ale teraz miałem ją samą przed sobą, a raczej w sobie, ale przecież dokładnie tak, jak mamy wszystkie znane nam osoby. Trochę zaskoczyła mnie ta intuicja, ta wizja, a nawet na początku przestraszyłem się swojej pewności co do wiedzy na temat tej dziewczyny, ale zdołałem się opanować i niewiele rozleciało mi się tych wszystkich ujrzanych detali, więc mogłem zabrać się do napisania pierwszych uwag, a potem do dalszego analizowania całej tej numerologicznej psychologii statystycznej. A potem, kiedy już padłem na swój materacyk, kiedy wsunąłem się w objęcia śpiwora firmy Campus, to sobie przypomniałem własny portret i te czasy, kiedy uczyłem się numerologii, kiedy czytałem książki Crowley’a, Levi’ego i inne książki o magii, przypomniałem sobie mojego astrologa i to, że spytałem go kiedyś czy może mi powiedzieć kim byłem we wcześniejszym wcieleniu, a on mnie zbył, powiedział mi, że nie chce mu się sprawdzać, ale o ile dobrze pamięta, to ostatnia taka konstelacja, ostatnie takie ustawienie gwiazd, jakie miało miejsce w chwili mojego urodzenia, było nie później jak w czasach Ptolomeuszów i kiedy usłyszał to Kocurek, to stwierdził, że pewnie nieźle narozrabiałem, skoro nie wracałem na ziemię przez piętnaście wieków, na co odparłem, że nic nie narozrabiałem, tylko czekałem na właściwy moment, ale co ja mam za plan, na co właściwy moment, myślałem, skoro od dwóch miesięcy pożywiam się vietkongami i wielkimi ilościami miejskiego powietrza, skoro teraz leżę jak nieboga na podłodze pokoiku na Popkach, a perspektywy na świetlaną przyszłość i dostatnią emeryturę mam co najmniej mgliste, więc jakiego mam plana? a może Kocurek miał rację, może rzeczywiście coś tam narozrabiałem i teraz prawem karmy jestem nieudacznikiem? A portret dziewczyny gotowy był następnego wieczoru i znowu sobie pomyślałem, że szybka robótka i ładne pieniążki, no i nie muszę się babrać w jakichś brudnych energiach, jak to mają na przykład tarociści czy inni macherzy od wahadełek albo aury, ale moje plany szlag trafił przy kolejnym portrecie, przy danych jakiegoś faceta, bo nie mogłem przez niego przebrnąć, nie mogłem go sobie zebrać do kupy, bo kiedy już zaczynał mi się jawić, to jakoś tak mnie dziwnie odrzucało, że przestawałem nad nim pracować i koniec końców robotę wykonałem na siłę, unikając jakiejkolwiek refleksji nad facetem, a kiedy spotkałem Kocję, to go spytałem co to za jegomość i po nieco dłuższym dochodzeniu Kocurek wyjawił mi, że w sumie, to on słyszał, że ten klient był prawdopodobnie najemnikiem w wojnie jugosłowiańskiej, więc zrozumiałem wówczas, że numerologia też nie jest wolna od grzebania w różnych energiach, że to nie jest taka sobie statystyka, taka matematyka i jeśli zamierzam na tym zarabiać, to jest pewne, że się prędzej czy później utaplam w tym gównie, a przecież mimo biedy, nie chcę się babrać w żadnych ciemnych sprawkach tego, ani żadnych innych światów.

*

To jest, kolego, górny trapezoidalny ramiak, a to nasada, tłumaczył mi kolega Manio wskazując na poszczególne części jednego z francuskich krzeseł, to tutaj w oskrzyni, to jest zwora, albo jak wolisz narożnik, a to niewątpliwie są nogi, to co często łączy nogi i wzmacnia konstrukcję krzesła, a czego tutaj nie masz, to łęczyny, o, a te żłobki na nodze można też zwać kanelurą, rozumiemy? Rozumieliśmy. Byłem renowatorem, wskrzeszałem do życia meble, które od lat leżały na strychu albo piwnicy czyjegoś domu, te biedne, zapomniane przedmioty miały dusze, cieszyły się niegdyś sprawiedliwym życiem, ale zaniedbane i zniszczone latami użytkowania, trafiały wreszcie w cień, pokrywały się kurzem i pajęczynami, a teraz ja, wielki odnowiciel, tchnąłem w nie życie na powrót. Kolego, powiedziałem do Rudego, kiedy kończyłem snycerkę na jednej z nóg, czuję się wspaniale przywracając do życia te piękne francuskie krzesełka, tak, dzisiaj słyszałem jak jedno mruczało i coś zaczęło do mnie mamrotać. Manio spojrzał na mnie z powątpiewaniem i spytał: co mamrotało? Nie zrozumiałem, odrzekłem, mamrotało po francusku. To dziwne, odpowiedział kolega Rudy, do mnie mebelki zaczynają gadać, kiedy kończę piąte piwko, a kolega mi wygląda na zupełnie trzeźwego i przy zdrowych zmysłach, po tych słowach spojrzał na mnie wymownie i dodał, Gepetto.
Rzeźbiłem nogę krzesła i przypomniało mi się, jak kiedyś w bryle piaskowca rzeźbiłem kobiecy akt i kiedy pojawiła się pierś, to czułem ten niesłychany podziw, który odczuwam patrząc na nagą piękność, dotykając kamiennego cycka myślałem o tych wszystkich tajemniczych kształtach kobiet, o tych obłościach dobrze wyznaczonych bioder, liniach obojczyków przy lekkich ramionach i w ogóle krągłościach łydek, wszystkie te formy, których piękna nie da się zrozumieć, a które, myślałem wbijając się dłutem w drewno, już wkrótce będę odkrywać u Kasi, ale że nie mogłem się opanować, to podszedłem do kolegi Rudego i powiedziałem mu, że poznałem kiedyś pewnego rzeźbiarza, który oddał do przekucia jakąś swoją rzeźbę do jednego ze studiów we włoskiej prowincji Carrara, kolega rozumie, tłumaczyłem, przychodzi się z maluśką rzeźbą, takim, rzec można, projekcikiem i ci makaroniarscy kamieniarze wykuwają replikę tylko ileś tam razy większą, ale nie to jest ciekawe, tylko to, że we wszystkich tych studiach na ścianach wiszą marmurowe precjoza: nogi, ramiona, torsy i cycuszki, kolega sobie wyobraża taki obrazek, stopy, dłonie, głowy, krągłe tyłki wystające ze ściany? jak u Rodina, jak w tym filmie o Clodel, coś niesamowitego, kolego, jak to mauzoleum w Twierdzy Kłodzkiej, ta mogiła Finów zalanych wapnem, których hitlerowcy rozwalili przed końcem wojny.
A kiedy druga noga była już gotowa, pojechałem na Popki, zwinąłem śpiworek, zapakowałem do czeskiego plecaka Corazon jakiś sweterek, koszulki, skarpetki i przybory do utrzymania higieny osobistej, i kiedy wreszcie znalazłem się na Dworcu Centralnym PKS, to już było mi dobrze, już się cieszyłem wsiadając do autobusu, bo wiedziałem, że jadę na spotkanie mojej wielkiej miłości.
Oczywiście droga do miłości różna bywa, czasem jest pogrążona w smutku, w trwodze, a czasem jest po prostu śmieszna, tak jak ta do Kasi, zaraz po tym jak wsiadłem do autobusu jadącego z Wrocławia na Ziemię Kłodzką, który prowadził legendarny kierowca, postrach uczniów pierwszych klas zawodówek i niedołężnych staruszek, niejaki pan Chrosta, który był człowieczkiem raczej średniej postury, a z twarzy przypominał komiksową postać Kaprala z cyklu „Kajko i Kokosz”, ale w odróżnieniu od niedojdy Kaprala, kierowca Chrosta był niemożliwie upierdliwy i trudny w kontaktach Państwowa Komunikacja Samochodowa kontra zawsze nieznośny pasażer, niekiedy jednak migotanie przedsionków, o jakie przyprawiał pasażerów było wynikiem sytuacji absurdalnych do wesołości. Znałem kierowcę Chrostę z wielu podróży, a za każdym razem kiedy wsiadałem do jego autobusu czułem, że wchodzę do wehikułu czasu i odpływam w szczeniacką młodość, kiedy jakieś grzeszki zawsze obciążają sumienie nastoletniego łapserdaka, a z drugiej strony powrót do czasów gałgaństwa wzruszał mnie i oczekiwałem po nim zaskakujących doznań. O ile jednak pamiętam, raz tylko padłem ofiarą subtelności kierowcy Chrosty, tego natomiast popołudnia, a właściwie wieczoru siedział w trzecim rzędzie od strony wejścia do autobusu dystyngowany, pięćdziesięcioletni nieszczęśnik. Mężczyzna o spokojnej twarzy urzędnika administracji państwowej czytał chyba „Koszerną”, gdy zapadające ciemności zaczęły mu sprawiać problemy, więc zapomniawszy o miejscu w środku Europy, w którym się znajduje zaczął coś kręcić przy aparaturce oświetleniowej i wentylacyjnej wiszącej nad siedzeniami, która oczywiście była zepsuta, ale kiedy dojrzał to kierowca Chrosta, to nie wytrzymał i zagadał, że panie, co pan tam gmera, przy kutasie pan se pogmeraj! a podróżnik na to oniemiał zupełnie i w końcu nic nie odpowiedział.

*

Późnym wieczorem późnej jesieni wysiadłem z autobusu na ohydnym dworcu PKS w Bystrzycy Kłodzkiej, a Kasia stała po drugiej stronie ulicy, pod najohydniejszym urzędem miejskim jaki w życiu widziałem, więc pewnie dlatego wyglądała jeszcze bardziej nęcąco na tle bystrzyckiej szarzyzny i dziadostwa ziejącego z każdego kąta tego miasteczka. Uściskaliśmy się nieco stremowani i Kasia, na pewno wyczuwając, że wygląda w tej Bystrzycy jak perła w rynsztoku, zaczęła usprawiedliwiać ten cały plener, że w sumie Bystrzyca jest bardzo ładna, ale nie ma od czasów ostatniej wojny szczęścia do władz czy to komunistycznych czy demokratycznych, co na jedno wychodzi, ale naprawdę od strony Nysy, zza Nysy Kłodzkiej wygląda jak z obrazka Cezanne’a, albo jak któraś z tych nadmorskich mieścin w Grecji, choć rzeczywiście tylko w środku jesieni, bo normalnie to przez całą resztę roku brakuje jej kolorów, ale za chwilę będziemy za miastem, będziemy w Starej Bystrzycy, więc czy mam ze sobą latarkę, bo noc dzisiaj będzie bezksiężycowa i pochmurna, na co odrzekłem, że znam drogę do Sylwestrowej jak własną kieszeń, ale latarkę na wszelki wypadek mam, dodałem, wziąłem, choć nie pogniewałbym się, gdybyśmy się zgubili i przytuleni gdzieś w zagajniku zalegli na noc, powiedziałam w ramach końskich zalotów. Bo szliśmy do Sylwestrowej, do Chatki Sylwestrowej, samoobsługowego schronu turystycznego stojącego na grzebiecie góry Jagodna w Górach Bystrzyckich, kilkaset metrów od granicy z Czechami, do chatki, którą w młodości często odwiedzałem, bo Sylwestrowa była swego czasu dość modna wśród wrocławskich studentów wielbiących włóczęgi po górach oraz wśród miejscowych drwali, którzy prawdopodobnie nienawidzili gór, a już na pewno turystów, stąd mieli w zwyczaju urządzać sobie w chacie libacje, w związku z czym bardzo często była dokumentnie zdemolowana, ale od połowy dziewięćdziesiątych lat studenci stali się wyraźnie leniwi, albo potwornie zapracowani i niewielu ich chodziło jeszcze w góry, a co do lasowych, to ich szeregi znacznie przetrzebiły zmiany ustrojowe w kraju i krach korzystnej dla polskiego przemysłu drzewnego wojny jugosłowiańskiej, tak że pozostali właściwie ci, co chcieli pracować i choć pili wciąż ile wlezie, to już nie w lasach, tylko w lokalnych mordowniach, które w deszczu przemian pojawiły się jak grzyby. A my z Kasią nie spieszyliśmy się, robiliśmy sporo odpoczynków, popasów na kanapki z serem gouda i czeską salami i herbatkę z termosu z malinowym sokiem, aż po trzech godzinach wspinaczki zeszliśmy z asfaltu na leśny trakt i po kilkunastu minutach, z użytkiem latarek, żeby nie tonąć w błocie, znaleźliśmy się przed Sylwestrową i byłem zadowolony, bo w środku nie było nikogo i zarazem mało było prawdopodobne, że ktoś może jeszcze dotrzeć w to miejsce. A w chacie było czysto, było schludnie i ostatni turyści pozostawili nawet sporo drewna do palenia w kozie stojącej po prawej stronie od wejścia do chaty, opodal szerokiej pryczy, która cała była do naszej skromnej dyspozycji. Więc przygotowując sytą kolację opowiadałem Kasi, która była w Sylwestrowej pierwszy raz, że co i jak i kiedy tutaj się działo, ale ona słabo słuchała, wciąż przerywała mi, żeby ponarzekać na pracę i koleżanki z pracy, żeby ponarzekać na koleżanki sąsiadki, które zazdrościły jej tego i owego, a najwyraźniej urody, aż zjedliśmy spory talerz wyśmienitych kanapek i wypiliśmy po dużym kubku mocnej i słodkiej herbaty i właściwie nic już nam nie zostało do roboty prócz jednego.
Więc wreszcie znowu miałem się zakochać w kobiecie, w jej brzoskwiniowym ciele, w oczach owieczki Abrahama, gdy tak na mnie patrzyła w świetle świec, miałem obłaskawić ją porywem serca rodem z romantycznych pieśni i nagle świeca zgasła, kiedy leżeliśmy koło siebie i wpatrywałem się z uśmiechem z jej jasne oczy zgasła świeca, a z nią zapadła cisza, w której miał się odegrać koncert na dwoje, więc zabrałem, wziąłem się za grę na tym muślinowym Stradivariusie i czułem na mój dotyk każdy dźwięk, każdy taniec struny, potarcie palcem wywoływało rezonanse z dwanaście w skali Bouforta, więc gromiłem plaże i klify świata jak przebudzony Posejdon, tak to morze falowało na mój rozkaz, że musiałem już ogarnąć je i wchłonąć, musiałem przez nie zostać wchłoniętym, bo taka jest rola boga. Ale kiedy wpłynąłem w nie wreszcie się poddawszy, w końcu się oddając, poczułem w pierwszej chwili, że jego temperatura spadła, że stało się trochę cierpkie w smaku, ale to normalne, myślałem, to pierwsze odczucie i rzeczywiście szybko odpuściło, cóż, bo koniec końców i ja stosunkowo szybko odpuściłem i opadłem radośnie na bok, cóż, trochę jak sprinter, no, może średniodystansowiec leżałem z przyspieszonym oddechem, aż nie wytrzymałem i spytałem czy było jej dobrze, więc odrzekła, że tak, więc dlaczego, spytałem znowu, dlaczego byłaś taka spięta, nie chciałaś? na co odrzekła, że kochanie, cóż, kochanie, widzisz, pomyliłeś dziurki, więc tak świat nie zyskał poety, a nazajutrz jak najszybciej pojechałem do domu bardzo nieszczęśliwy, tak się przeraziłem tym kochanie, tą z nagła wybuchłą poufałością wynikającą z pomylenia dziurek, że nie, już nie chciałem, już wiedziałem, że to się skończy niewolą, że nie mam do czynienia z kobietą, tylko ze służką, więc zaraz po przyjeździe do domu pożyczyłem parę groszy od ojca i poszedłem do knajpy umorusać się piwem, znieczulić, zapomnieć. Ale tam też nie dali człowiekowi żyć, ale to chyba jednak mi wtedy bardzo pasowało, że kiedy już napiłem się porządnie i wyszedłem przewietrzyć się papierosem, to jeden z młokosów pijących kilka metrów ode mnie podszedł i zasugerował, że właściwie, to ja mu z zachowania wyglądam trochę, cóż, jakby na geja bardziej, na co nie spytałem dlaczego, tylko zaraz zacząłem się usprawiedliwiać, że w sumie to mi trochę głupio, ale czy on nie uważa, że każdy facet jest trochę ciotą, więc właściwie należy sprawy postawić jasno, bo miało się kilku bliskich kolegów, a w sumie dlaczego ty sam nie spróbujesz poznać bliżej chłopców, bo kobiety, wiesz, kobieta to tragedia murowana, nudy i stale to samo. Więc kiedy on chciał jakoś odpowiedzieć, sam nie wiem co chciał odrzec, ale kiedy wykrztuszał to z siebie, to byłem już pijaniutki jak nieboskie stworzenie, ledwie na oczy widziałem i tylko język mi się jeszcze nie plątał, jak zawsze tylko on był mi posłuszny, więc wtedy wygłosiłem cały poemat, wyklepałem cały leksykon zwrotów nieprzyzwoitych i wulgarnych na temat mojego rozmówcy, jak z wiadra chlusnąłem w niego pomyjami i cofką zakrzepłą ostatnich tygodni, choć chłopak był Bogu ducha winien, ale się napatoczył, wpadł na mnie, a już godzinę później szliśmy razem w jedną stronę, do domów, ale że mnie się znowu włączyło, że przypomniała mi się Kasia, to nazad zacząłem go lżyć ile się da i chłopina nie wytrzymał, i spuścił mi manto, takie porządne, z kilkoma boksami i serią kopniaków, generalnie wytarł mną bruk tak, że sam nie wiem jak się po tym zebrałem i dotarłem do domu, gdzie stając w obliczu moich rodziców oglądających jakiś program rozrywkowy w rodzaju „Droga do gwiazd”, wykrzyczałem: dostałem wpierdol, za gejostwo! Nazajutrz, tak z rana, jak i w chwili, gdy zakładałem ciemne okulary, żeby wyjść bezszelestnie na autobus do Wrocławia, byłem jednak wciąż zadowolony, ciągle szczęśliwy. Jakbym odkupił grzechy śmiertelne i ciągle żył.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here