Rychtalska (V)

0
27

Rychtalska (V)
Tymczasem w poniedziałek nie zastałem kolegi Rudego w pracy, nie zastałem również ani kawałka tego mojego przyjaciela Nowickiego, ujrzałem natomiast Januarego Pawiana w pełnej wersji, który z telefonem w dłoni pozostawał w stanie histerii.

Rychtalska (V)

Tymczasem w poniedziałek nie zastałem kolegi Rudego w pracy, nie zastałem również ani kawałka tego mojego przyjaciela Nowickiego, ujrzałem natomiast Januarego Pawiana w pełnej wersji, który z telefonem w dłoni pozostawał w stanie histerii. Kilka tygodni wcześniej mój przyjaciel Nowicki oddał był w mieście stołecznym Warszawie meble w komis, piękna sypialnia w stylu art-deco wpadła w ręce człowieka, który dzisiaj miał się okazać hochsztaplerem, malwersantem, kanalią, hazardzistą i niewątpliwie dziwkarzem i trzydrzwiowa szafa, podwójne łóżko, dwa śliczne nakastliki i niska wahadłowa toaletka w politurowanej białej brzozie, albo machoniu przepadały właśnie, bo do Pawiana zadzwonił tajemniczy osobnik, którego komisant oszukał. Dramat rósł, mebelki kupione za dwa tysiące, wyremontowane za tysiąc złotych, wystawione za pięć tysięcy zaczęły nagle drożeć i kiedy wszedłem do warsztatu warte były siedem tysięcy, ale godzinę później, tak koło jedenastej, w sam raz, gdy na Rychtalskiej zjawił się kolega Rudy, ich cena dochodziła do dziewięciu tysięcy złotych i pewnie osiągnęły jeszcze większą wartość, ale właściciel Pawian January przestał już latać z telefonem, to znaczy latał ciągle i pewnie drożały, ale już nie w naszych strefach powietrznych, bo właściciel Pawian znał z młodości kolegę Rudego i wiedział, że kolega Rudy bywał czasem jak działko samobieżne, a Pawian January złorzeczył cały czas na tego mojego przyjaciela Nowickiego, którego Ryży – zanim zauważył upływający czas – jeśli nawet nie lubił, to z pewnością szanował. Ale tego akurat dnia kolega Rudy był osobnikiem typu zombie, był żywym trupem, bo kiedy szedł po ulicach Jedności Narodowej i Trzebnickiej wszyscy prócz kloszardów mdleli, ryby w Odrze wypływały brzuchami do góry, gdy tylko Rudy wypuszczał powietrze z płuc, dosłownie czułem się jak w oku cyklonu. Co się stało? spytałem, uuu, kolego, byłem wczoraj wycenić mebel, odparł. W Polmosie? znowu zapytałem, więc odpowiedział, że nie, że tutaj na parafii, u Ciawarów, u Cyganów wyceniał kredensik.
Więc kolega Rudy, mimo deklaracji posiadania papierów na katolicyzm, lubił pracować w niedzielę, w niedzielę zjawiał się w pracowni, bo miał spokój, bo nie nawiedzały go żadne kreatury, od współpracowników począwszy, na przykład w mojej osobie, a na tak zwanych kontrahentach z Białorusi skończywszy. Tej wszakże niedzieli Cyganie, również właściciele papierów na katolicyzm, przypomnieli sobie czasy, w których papierów tych jeszcze nie mieli, a zdobyli je dzięki jednemu ze swoich, który buchnął gwóźdź z krzyża Pana Jezusa, a tym bardziej te późniejsze czasy, w których żaden z nich nie miał zegarka, nie miał chronometru, a tym bardziej nie widział kalendarza gdzie indziej jak tylko na komisariacie policji. I tak się chłopcy spotkali, zagubieni w gregoriańskim podziale czasu, w podziale obecności odnaleźli się na Rychtalskiej. Bo gadzio Rudy zawsze miał w sobie coś z naiwnej i nieobliczalnej natury człowieka, coś z fantazji o krzyżówce donżuana z rycerzem Najświętszej Maryi Panienki, i Ciawaresi czuli to doskonale, nawet ci właśnie, najniżsi pośród wschodnich kast cygańskich, ci śniadzi, niscy i pękaci, wołani austriakami, nawet oni czuli, że gadzio Rudy jest jakby Cyganem urodzonym w białej skórze. Więc niczego już nie zwozili, bo oczekiwali, że gadzio Rudy może wejść w rewiry ich obecności. I kolega Rudy wszedł. Wszedł na czwarte piętro kamienicy przy ulicy Kluczborskiej, gdzie przedarł się przez przedpokój, który był łazienką, przez meliniarską alkowę i wszedł do dużego pokoju, w którym prócz trzech krępych i ciemnych austriaków z gębami natural born killers, stała w kącie poniemiecka gipsowa Matka Boska z Dzieciątkiem Jezus na ręce i stoliczek zastawiony litrem gorzały, dwoma szklankami i kaszanką na tacy szarego, zjełczałego już papieru. Panie stolarz, powiedział hrabia cygański, pan każdego dnia rąbiesz ćwierć cala z gwoździa, z ćwieka którym Rzymianie chcieli przybić stopy Pana Jezusa, pan każdego dnia kradniesz jebanym Rzymianom spokojne sny, dlatego też należy się wypić pańskie zdrowie i gryź pan, gryź pan krwawą kiszkę na zakąszenie, na fetę tej kradzieży trzech ćwiartek gwoździa ze stóp małego Jezuska. I o co takim Cyganom chodzi? zapytał mnie kolega Rudy, a potem poczułem jak jego oddech przykleja się do mojej twarzy i uciekłem na swoją część hali, a potem zjawił się rozhisteryzowany właściciel January Pawian i spytał mnie, bełkocąc i plując na wszystkie strony, czy za odpowiednim wynagrodzeniem nie wybiorę się wraz z nim do stolicy tego naszego kraju w celu odnalezienia sypialni art-deco w jasnym orzechu czy brzozie i odzyskania jej. Teraz? zapytałem i odpowiedział, że za dwie godziny. Zgoda, odrzekłem wycierając twarz z jego śliny.

*
Najprawdopodobniej właściciel Pawian January źle zainwestował jakąś grubszą forsę, więc z tygodnia na tydzień coraz bardziej odsączał zakład „Renowacja Antyków” w każdego zdobytego grosza, ale forsy mu brakowało i zaczęły się pojawiać konflikty z tym moim przyjacielem Nowickim. Meble w Warszawie były jego ostatnim dziełem i kilka dni później ten mój przyjaciel Nowicki znikł zupełnie, a ja marzyłem jeszcze, że może to jakaś sztuczka i Nowicki siedzi sobie teraz spokojnie w Londynie i rozwozi syte kanapki do biur londyńskich urzędników. Ale tymczasem jechałem Renówką, którą ten mój przyjaciel Nowicki pozostawił w firmie z właścicielem tym Pawianem, byliśmy na trasie, jechaliśmy odzyskać graty, jak windykatorzy, komornicy, albo ktoś w tym rodzaju. Jechaliśmy w milczeniu, więc oglądając trasę wspominałem z pewną nostalgią mój odległy już romans z Mazowszanką, przypominałem sobie podróże pociągiem do Warszawy, nasze włóczęgi po Bródnie po Śródmieściu po Łazienkach i to jak w zimowe ferie babcia Mazowszanki nakryła nas w wyrze rozebranych do rosołu, więc doszło do eksmisji mojej osoby z mieszkanka na dziesiątym piętrze w bloku przy ulicy Rembielińskiej, z którego cały pejzaż przysłaniał cmentarz żydowski, a ta droga do stolicy była wyjątkowo nudna. Pięć godzin spędziłem w pejzażu mijających nas pojazdów i przydrożnych kurw, ladacznic, panienek z łasiczką w tle wyjątkowo bezbarwnej jesieni, bo i w ogóle droga Wrocław – Warszawa prowadzi donikąd, w odróżnieniu od trasy Warszawa – Wrocław, która zawsze cieszy, bo prowadzi do domu.
Wreszcie minęliśmy Janki, a później lotnisko, skręciliśmy w prawo i wylądowaliśmy w jakiejś nowobogackiej dzielnicy, a potem w jednej ze stojących tam willi, której wnętrze pachniało świeżością odnaleźliśmy wspaniałą sypialnię w stylu art-deco, nawet nie rozłożoną. Tajny informator Pawiana właściciela gadał bez końca, gdy ładowaliśmy elementy mebli do furgonetki, paplał jak opętany o złej opinii naszego komisanta, o tym w końcu, że on sam oddał był mu jakieś bidermaiery i ludwiki pół roku temu, i do dzisiaj nie ujrzał złamanego grosza, na co w sam raz wszedł nasz ów pośrednik i się zaczęło, żeby mu Pawian fopa nie robił bo go nie zna, a tamten to cierpliwości nie ma w ogóle, bo opchnąć takie frykasy to tylko koneserowi można, którego ze świecą szukać, a facio wyglądał dokładnie tak jak go sobie wyobrażałem: wysoki z oznakami atrakcyjności, znerwicowany, prawdopodobnie tak zwany wykształcony artysta, któremu się nie powiodło, którego prace nie zostały ocenione i docenione jak należy, więc postanowił wziąć się za biznes, ale moczył na każdym kroku, a nawet jak coś zarobił, to przepuszczał w barach i na panny dziwki. Więc rejwach zrobił się niezły, a Pawian krótko ucinał sprawę i wkrótce znaleźliśmy się znowu na ulicy, znowu dobiliśmy do głównej drogi, a wówczas właściciel Pawian January wykazał się inwencją i zdecydował, że z tym ambarasem to my do Wrocka nie wracamy, i stanęliśmy na stacji paliw, a właściciel, niejaki Pawian January, zajrzał do kajetu i odnalazł tam kilka adresów antykwariuszy, do których udaliśmy się, słowem, reszty drogi nie pamiętam, nawet ta moja młodość, te moje włóczęgi przepadły w ustach Kasi, na krawędziach jej ostrego aparatu korygującego zęby, w każdym kapilarze jej sprężystej skóry i na wierzchu jej dłoni, które tak lubiłem.
Kolejnego dnia wstałem jednak rześko, po dwóch godzinach snu obudziłem się dość świeży, bo pan właściciel nie palił, więc i ja nie mogłem palić w Renówce, a na alkohol nie było mnie stać, więc wstałem rześko, żeby wrócić i spasować klucze do wielkiej biblioteki i dzisiaj jeszcze, w myśl zapewnień Pawiana odwieźć ją do właścicielki, która mieszkała blisko Rychtalskiej. I rzeczywiście pod wieczór wzięliśmy się do wyniesienia biblioteki na piedestał mojej pracowni, a ja do tronu swojego przerażenia, bo może tydzień wcześniej z moim przyjacielem Nowickim i kilkoma twardzielami w rodzaju Tapira, transportowaliśmy pianino do jakiejś willi na przedmieściach, a sprawa była skomplikowana, bo należało wnieść instrument, a może mebel, po wąskich schodach z jednym poważnym zakrętem, więc jak go już wzięliśmy, to w pewnym momencie moja noga na tej stromości schodów znalazła się między krawędzią jednego ze stopni, a czterystukilogramowym instrumentem czy też może meblem, no i wpadłem w szał, przestraszony wrzeszczałem do Tapira, że kurwa opuszczamy! na co on, w swoim stylu, w odróżnieniu od reszty tragarzy, jeszcze bardziej ciągnął pianino na moją nogę i gdyby nie rewelacyjne buty marki La Sportiva, to pewnie, w ramach możliwości własnych i służby zdrowia w kraju Lachów, byłbym dzisiaj właścicielem szkaradnej i niefunkcjonalnej protezy. Ale tymczasem ćwiczyłem swoją pokorę i zacisnąłem zęby i zatargałem z właścicielem Pawianem Dżenuarym dwa stukilogramowe segmenty biblioteki do mieszkania miłej pani w grubych okularach, przetarłem je jeszcze w pełni fachowo woskiem i wróciłem z właścicielem Pawianem na Rychtalską, gdzie właściciel Pawian wypłacił był mi sumę za renowację biblioteki okrojoną, a jakże, o pięćdziesiąt złotych, wobec czego byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy, bo forsa była, ale znowu nie ta jaka miała być.
Tymczasem czujny w sprawach moich finansów Manio stwierdził, że skoro jestem przy forsie, to w związku z kolejnymi historyjkami jakie mam do napisania dla „Wieczoru Wrocławia” zobowiązany jestem wyasygnować pewną kwotę na fundusz reprezentacyjny, za który należy postawić mu piwo – inaczej nic z nich nie będzie. Więc tak koło dwudziestej pierwszej Rudy przemył ręce, zajrzał w lustro, by stwierdzić, że i tak jest ciemno, więc nikt nie zobaczy jego brudnej gęby i wyruszyliśmy z Rychtalskiej, ale znowu nie do mieszkanka przy ulicy Elizy Orzeszkowej, tylko na ławeczkę. Po wizycie w sklepiku i zakupie taniego piwka wylądowaliśmy na ławeczce podwórka krzyżującego stare kamienice przy ulicy Nowowiejskiej i te bunkrowce od strony ulicy Jedności Narodowej. I znowu tak jak przy Słowiańskiej czułem się bezpiecznie, był środek jesieni, wrocławskie powietrze nasączone było tym lekko maślanym światłem, ale siedząc w cieniu blokowisk oglądaliśmy na niebie światełka wszystkich innych wielkich miast istniejących w kosmosie i już wiedziałem, że tamte kosmiczne miasta i nasze miasto pozostają w jakiejś korespondencji, że może nie rozmawiamy ze sobą, ale wiemy o swoim istnieniu, a to już coś.

*
Mój przyjaciel, drogi kolego, opowiadałem siedząc na ławce i sącząc piwko z kolegą Rudym, niejaki Marek Żmija Żmiejewski, bezrobotny doktor filozofii i niepoprawny marzyciel z miasta Kolonia w Niemczech opowiadał mi jak zakochał się w mieście Wrocławiu, w naszej pięknej stolicy Dolnego Śląska, więc niech sobie kolega wyobrazi, że ten chłop z białostocczyzny, z wichury opodal tej, o której opowiada historyjka „Konopielka”, przyjechał był spod Śnieżnika, gdzie ma daczę, a właściwie rozwalającą się chałupę, którą odwiedza dwa razy do roku, słowem, przyjechał do Wrocławia podrzucić swojego syna Miłosza do pociągu do Niemiec, a kiedy już dotarli do miasta i zaparkowali Markową furgonetkę kilka przecznic od Dworca Głównego, to poszli we dwójkę na spacer na naszą starówkę i Marek wypił kilka piwek na Rynku, a potem odprowadził Miłosza na peron i pomachał mu na pożegnanie, a że był wstawiony, to zaplanował, że prześpi się w furgonetce, w której miał wszystko co trzeba i tak sobie wyszedł z dworca i zmierzał wolno ulicą Dyrekcyjną, gdzie zaczepili go jacyś ulicznicy, których chętnie obdarował papierosami, a potem dotarł do ulicy Dawida i nagle z zaułka, od tyłu wyskoczyło dwóch sprawnych drabów, z których jeden chwycił go za czuprynę i odciągnął mu głowę do tyłu trzymając nóż na gardle, drugi tymczasem fachowo obrobił mu kieszenie, nie trwało to długo, na tyle jednak, że kiedy Żmija miał głowę uniesioną do góry, to mógł sobie popatrzeć na fasady okolicznych kamienic, a przyjrzawszy się im stwierdził, że nasz Wrocław to naprawdę piękne miasto i tak właśnie zakochał się w nim na amen, tym bardziej, że rabusie byli dobrej szkoły i prócz portfela i paszporciku nic mu nie buchnęli, więc po zgłoszeniu na policji napadu, mógł sobie spokojnie otworzyć samochód i przespać się w nim do rana. Tak, tak, kolego, to prawda, odrzekł na to kolega Rudy, ci, co patrzą w górę żyją dłużej. I piliśmy dalej piwko opowiadając sobie o urokach Wrocławia.

*
Kac w tamtych miesiącach był dla mnie zadziwiającą męczarnią, bo nie narzekałem na ból głowy czy mdłości, na smród w gębie i zapleśniałe oczy, ale na kacu czułem, że staję przed konfesjonałem własnego sumienia i w jego katolickiej bujności spowiadam się ze wszystkiego, z całego mojego życia, z tego nieudanego małżeństwa, z trzynastu zawodów które wykonywałem, z dwudziestu kilku kochanek, w objęciach których obłudnie szukałem ucieczki przed światem, z prawie dwudziestu lat palenia papierosów, co daje razem jakieś osiem tysięcy paczek, czyli prawie sto pięćdziesiąt tysięcy spalonych papierosów, z kilkudziesięciu beczek wypitego piwa, kilku kadzi wina i wódki, spowiadałem się z paruset albo paru tysięcy przeczytanych książek i z przerwanych studiów, z fałszywych przyjaciół i nadziei, które zawiodłem u innych przyjaciół, z moich rodziców i tego co najgorsze: niekończących się ucieczek przed samym sobą.
W takim też stanie podniosłem się w pokoiku na Popkach, odnalazłem łazienkę i zaległem w wannie, gdzie spodziewałem się otrzymać wreszcie od siebie rozgrzeszenie, ale wiek mój nagle pogłębił się o kolejne symptomy: taki się zrobiłem powolny, taki trochę zrezygnowany, że nie mogłem przed sobą uciec, tyle, że stojąc przed tą ścianą płaczu w postaci mojego żywota, wcale nie wyłem, ba, nawet jedna łza nie spłynęła z mojego oka, tylko tak stałem, patrzyłem z pewną przykrością i ten obraz przywodził mi myśl taką, że oto jest syn człowieczy w całej swej mrocznej krasie i nie mógłby być inny, bo nie byłby synem człowieczym i nie ma w tym żadnego usprawiedliwienia. I czułem się jak hinduski asceta lub jogin, jak chrześcijański mnich, a byłem od nich nawet doskonalszy, bo gdy oni próbowali rozpoznać żywot w swoim umartwieniu, to ja swoje umartwienie rozpoznawałem w swoim żywocie, to ja żyłem, gdy oni tylko marzyli. I tak mi się wraz z wiekiem ujawniła istota cierpienia w moim własnym żywocie: osiągnąwszy trzydziesty trzeci rok życia ujrzałem piękno cierpienia i jego zbawczą i napędową moc. Więc wyskoczyłem z wanny nieogolony, odziałem się i wybiegłem z domu, żeby powiedzieć o tym całemu światu.
Na Rychtalskiej praca już wrzała. Przywitałem się z mistrzem Janem, z Dominisiem i wdrapałem się po metalowych schodach do mojej halki, gdzie czekały już na mnie cztery francuskie krzesła z dziewiętnastego wieku, czekała na mnie robota, o której trochę marzyłem,  bo krzesła nie miały trzech rzeźbionych nóg i to wykonanie snycerki było dla mnie pewnym wyzwaniem, jak najszybciej chciałem się sprawdzić, chciałem się zorientować czy rzeźbienie w drewnie jest podobne do rzeźbienia w kamieniu, którym kiedyś się zajmowałem dla sztuki i dla pieniędzy. Zanim jednak zabrałem się za zdjęcie z nich skórzanych obić i fugowanie otworów i wytoczenie i snycerkę trzech rzeźbionych nóg, podszedłem do kolegi Rudego, który zmagał się z biurkiem dla pani doktor Kariny. Kolego, rzekłem, otóż przychodzę do kolegi z pewnym trochę krępującym mię pytaniem. No? odparł na to. Rzecz w tym, kontynuowałem, więc rzecz w tym, że się chciałem zapytać kolegi czy kolega nie zauważył jakiejś przemiany u właściciela Nowickiego? U Pawiana? zdziwił się, jaką przemianę kolega ma myśli? No, taką w wyglądzie, wyjaśniłem. Niczego nie zauważyłem, może ma nową koszulę, albo spodnie, odpowiedział, Pawian to Pawian i nie mam bladego pojęcia o co koledze chodzi, kac trzyma? Aha, ignorując pytanie kolegi Rudego, samemu sobie przytaknąłem i wróciłem na swoją część hali, zatem przemiana nigdy nie miała miejsca, Pawian zawsze był Pawianem, nigdy nie był Nowickim. I trochę mi się zrobiło smutno, bo choć o ten malutki fragmencik świat mi się jakoś rozjaśnił, to jednak było mi trochę żal tej mojej naiwności, trochę było mi żal, że o ten jeden fragmencik świat mi w jasności natychmiast sparszywiał, zubożył się, bo Nowickiego już nie było, albo nigdy nie było, tylko ja tego nie widziałem. Pawian to Pawian.
Zdjęcie obić z krzeseł zajęło mi sporo czasu, zmurszała świńska skóra i skorodowane tapicerskie pineski: nie dało się działać systematycznie, skóra rwała się, a łby pinesek odpadały bez gwoździ. Cena za dzieło nie była wysoka, ale wydawało się, że pomijając dorobienie nóg jest adekwatna do ilości pracy potrzebnej dla odrestaurowania tych gratów, wkrótce jednak miałem się przekonać jak dalece się myliłem – to były prawdziwe zwłoki krzeseł, zimne trupy krzeseł, bo już w trakcie demontażu tapicerki zaczęły rozłazić mi się w rękach tak, że musiałem kłaść każde w osobnym miejscu, żeby się później nie mylić przy ich montażu i klejeniu. Dopiero późnym popołudniem zabrałem się za pierwsze krzesło i tyle co zdołałem dokładnie umyć denaturatem jego biedne ciało i wysmarować jakimś świństwem na robale, które powyżerały w nim dziury, a czas już był zbierać się do domu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here