Rychtalska I + Wprowadzenie

0
38

Rychtalska I + Wprowadzenie
Normalnie nie robi się takich rzeczy, opowieść winna mówić za siebie. Jest to jednak nietypowa publikacja w tym miejscu, więc postanowiłem skreślić kilka zdań przedsłowia.

Rychtalska I + Wprowadzenie

Wprowadzenie

Normalnie nie robi się takich rzeczy, opowieść winna mówić za siebie. Jest to jednak nietypowa publikacja w tym miejscu, więc postanowiłem skreślić kilka zdań przedsłowia.
„Rychtalską” napisałem pod koniec 2005 r., miałem wtedy sporo wolnego czasu, który spędzałem w domowym więzieniu, na który skazany zostałem spadając z wysokości i łamiąc sobie piętę (tak, do tamtej chwili też nie wierzyłem, że da się złamać piętę; Achilles byłby innego zdania, lecz któż wierzy w mity). Nie jest to długa historia, jednak z uwagi na blogowy charakter tej publikacji, jestem zmuszony podzielić ją na XI części; jeśli wszakże ktoś z Państwa życzy sobie całości w postaci jednego pliku (np. PDF), mogę go również na Nagelu umieścić.
Życzę przyjemnego czytania.

Rychtalska I

To będzie twoje pierwsze zadanie, powiedział mój przyjaciel Nowicki, kiedy już zaparkował furgonetkę przy ulicy Mickiewicza i kiedy stanęliśmy przed drzwiami jednego z tych sępoleńskich budynków, które razem wzięte wyglądają z lotu ptaka jak hitlerowska wrona. I wskazał mój przyjaciel Nowicki na te drzwi, na bramę wejściową do klatki schodowej, z którą chwilę później wzięliśmy się za bary i wyrwaliśmy ją z posad razem z futryną i wstawiliśmy na pakę tej transportowej Renówki. A godzinę później, już na Rychtalskiej miałem te drzwi na kobyłkach, jak zapaśnika na łopatkach i już ze szpachelką i elektryczną opalarką w dłoniach zeskrobywałem z nich grube warstwy farby olejnej. Czułem ciepły i przyjemny zapach farby, telepałem opalarką, żeby nie spalić drewna, wsuwałem się szpachelką coraz głębiej i już byłem przekonany, że to telepanie, ten ruch, że wreszcie jestem na swoim miejscu, że ten mój przyjaciel Nowicki robi mi wielką przysługę, jak zresztą nie raz wcześniej wyciągał do mnie rękę ten mój padrug.
Bo całe życie coś mną tak trzęsło, całe życie byłem wewnętrznie i zewnętrznie roztelepany, jak stary pocztowy dalekopis czy telegraf, jak maszyna Morse’a w starym u-bocie, zupełnie jakbym całe życie był na tym najgorszym etapie kaca, kiedy mnie nosi tam w środku i na zewnątrz też wykonuję masę niezbornych i niepotrzebnych ruchów. Z drugiej strony do dzisiaj przypominam głównych bohaterów powieści Johna Bartha, człowieczków równie utalentowanych, co przeciętnych, ale co najgorsze, absolutnie niezdecydowanych, więc jest bardzo prawdopodobne, że jak jeden z tych jego bohaterów pewnego dnia nie zdołam zdecydować, którą nogą mam się podnieść z łóżka i tak już pozostanę w bezruchu, w katatonii.
Nie mam wobec tego najmniejszej wątpliwości, że cały jestem złożony z małych złośliwych atomów, fraktali i molekuł, które usilnie próbują oderwać się od siebie, rozlecieć na cztery strony świata i tylko nakazem silniejszego od nich atmosferycznego ciśnienia utrzymują się jeszcze w kupie. Nie mam co do tego wątpliwości, tak jak nie mam wątpliwości, że te moje znerwicowane cząsteczki nie zachowywałyby się jak psy na uwięzi, gdyby ktoś pod ich płotem nie przechodził i kiełbaski nie rzucał albo patykiem w sztachetach nie gmerał.
Raz już zdawało się, że uspokoiłem je na amen, że je wytłumiłem wtedy, gdy zaaplikowałem im terapię szokową w postaci małżeństwa, w które wstąpiłem z kobietą inteligentną, pracowitą i co przy tym ciekawe, naprawdę ładną. Ależ musiały być zdziwione, przecież porzuciłem te swoje słabości, porzuciłem ledwie zaczętą zabawę w teatr i w film, porzuciłem nocne pijatyki, ale też włóczęgi po górach, a wszystkie te moje dziewczęta postawiły na mnie ostatni krzyżyk.
Uśpiłem je, ale zarazem siebie uśpiłem, bo po kilku latach nie zauważyłem jak się budzą. Chodziłem we śnie, którym tylko swoje cząstki chciałem uspokoić, chodziłem do pracy i po pracy, aż zaczęły mi się pokazywać. Nie rozpoznałem, że to one – spałem. Po kilku latach czasami kładłem się koło mojej ciepłej żony i dotykałem jej intymnych miejsc, ale ona ani drgnęła. Na początku czułem się zagniewany jak dzieciak, któremu odebrano ulubioną zabawkę, naprawdę złośliwy dzieciak, taka mała wredna menda, w której główce pojawiła się myśl, że w takim razie ktoś tę zabawkę jednak ma. Dzieciak był podejrzliwy, byłem podejrzliwy, ale to było bardzo głupie i wstydliwe, więc zamiast podejrzewać zacząłem marzyć, że mnie moja ukochana kobieta zdradza. Szedłem z pracy, w której byłem nauczycielem i myślałem, że za moment znajdę swoją ukochaną żonę w tej jednoznacznej sytuacji z jakimś obcym facetem, a wówczas poczuję się lepiej, bo przecież czułem się źle, bo przecież musiałem mieć jakąś zabawkę. I gdyby mi, kurwa ich jebana mać, tak się iściły wszystkie moje marzenia, to kto wie jak wielkim byłbym dzisiaj człowiekiem, a tymczasem moje neutrony, protony i elektrony, i równie niewidoczne wszyściutkie sekwencje mojego kodu DNA zaczęły chodzić jak cząsteczki neonu w szklanym napisie: złość, gdy się je podepnie pod 220V, zaczęły chodzić z taką prędkością, że niewiele brakło, a rzeczywiście rozerwałyby swoje własne struktury i wolne pierzchły na cztery strony świata.
Krótko mówiąc terapia uspokajająca nie zadziałała, podarłem więc wszystkie moje i mojej żony zdjęcia, a właściwie oddzieliłem od naszych wspólnych zdjęć moje podobizny i potargałem je w drobny mak, ale i to nie zadziałało, dlatego zaraz potem wyjąłem z szuflady wszystkie piękne miłosne listy, które napisałem do mojej ukochanej żony i spaliłem je w kuchennym piecu, lecz i to nie przyniosło skutku, wobec czego natychmiast wytłukłem wszystkie kupione przez nas kubki, filiżanki i talerze. Rzecz jasna i to nie pomogło i dalej chciałem tłuc, ale już tylko moją ukochaną żonę po gębie, chciałem tłuc tę zgagę za to, co mi zrobiła, tylko że gdy podniosłem na nią rękę i zobaczyłem jej piękne i smutne oczy, to sobie przypomniałem, że to przecież nie jej wina, bo to ja sam sobie to wszystko wymarzyłem. Opanowałem się koniec końców, ale do dzisiaj mam do siebie pretensję, że jej nie zlałem na kwaśne jabłko, że jej nie dopadłem jak psy dziada w ciemnej ulicy, co jej się należało jak amen w pacierzu, a czego nie zrobiłem, bo byłem egoistą, zupełnym sobkiem i egocentrykiem, przez co odmawiałem jej prawa do odpowiedzialności za to, co się stało. A tą opuszczoną i rozdygotaną ręką zebrałem do kilku kartonów moje ukochane książki i kilka kaset magnetofonowych, zebrałem swoje ciuchy i tak wyszedłem, ale choć ziściło się moje marzenie, to wcale nie byłem szczęśliwy, wprost przeciwnie – byłem głęboko nieszczęśliwy.
Ale teraz mój przyjaciel Nowicki ratował mnie, z jego pomocą mogłem co nieco zapanować nad opętaniem moich cząsteczek.

*
Warsztat „Renowacja antyków – PHU Andrzej Nowicki” położony był na terenie niedawno upadłych Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego, olbrzymich niegdyś zakładów, które w swych świetlanych latach zatrudniały pięć a może i osiem tysięcy robotników. Zanim ja sam też zostałem robotnikiem na terenie ZNTK, tyle że w firmie „PHU Andrzej Nowicki”. Kilka razy zwiedzałem tamtejsze obiekty, opustoszałe hale napraw, parowozownie z wielkimi zwrotnicami, kuźnie, w których wciąż stały, nieraz nawet siedmiometrowe, młoty parowe i prasy hydrauliczne. Ten mój przyjaciel Nowicki, zawsze gdy zjawiałem się u niego we Wrocławiu z przyjacielską wizytą, zabierał mnie do swojego zakładu, żeby się pochwalić, żeby mi pokazać to ZNTK, gdzie trafił z piwnicy przy ulicy Daszyńskiego, ze swojego szewskiego warsztaciku, który produkował obuwie baletowe dla całego kraju, zarówno dla tancerek, jak i dla tancerzy, z zakładziku, który podupadał, więc ten mój przyjaciel Nowicki postanowił się go pozbyć i zmienić branżę. Zabierał mnie, żeby mi pokazać ten jego nowy zakład, warsztat renowacji antycznych mebli, ale też chciał mi pokazać, chciał się pochwalić różnymi innymi warsztatami, które funkcjonowały na terenie ZNTK, a szczególnie warsztatem kuźniczym niejakiego Grubego, olbrzymiego, wesołego brzuchacza, który swoją firmę kowalską nazwał „Hefajstos”. Kolega Gruby był wielki jak dębowa trzydrzwiowa szafa z lustrem i lodówką, a jego warsztat nie był większy niż spółdzielczy garaż, ale to nie było istotne, że mu brzuch z tego warsztatu wystawał, bo ważne było to, że Gruby, pomimo tego, że wyglądał jak hipopotam z bajki dla dzieci, wiecznie brudny hipopotam zalegający w swojej sadzawce, więc kolega Gruby był subtelnym człowiekiem, który potrafił ożywiać metal, tak, był jak ten hipopotam, który ożywia serca dzieci. Był rzeczywiście jak boski Hefajstos, kiedy wykuwał swoje świeczniki, lampy, kinkiety, kandelabry, wreszcie stoliki, gazetowniki, stojaki na parasole i wszystkie inne rzeczy, które u niego zamawiano według własnego projektu i z projektów Grubego.
Kiedy po raz pierwszy znalazłem się na terenie ZNTK nie było tam już co najmniej połowy warsztatów, nie było torowisk i wielkich hal, ani zwrotnic, od hali starej kuźni po niedawno zbudowany hipermarket „E. Leclerc” rozpościerał się atomowy krajobraz wielkości kilku piłkarskich boisk, które według mojego przyjaciela Nowickiego miały za kilka lat wypełnić się jakąś supernowoczesną dzielnicą, czymś w rodzaju wrocławskiej Krzemowej Doliny. Jedyne co pozostało, przylegało do wału kolejowego, za którym w odległości stu metrów biegła ulica Jedności Narodowej. Pozostały dziewiętnastowieczne hale, gierkowski biurowiec i parę nowszych budynków pomocniczych, w których zainstalowało się kilka hurtowni i warsztatów różnych profesji, a także syndyk masy upadłościowej z niewielką ekipą robotników obsługujących te zakładziki i usuwających dalej to, co się da z tej opuszczonej masy usunąć i sprzedać. A kiedy już zostałem adeptem sztuki restauracji antycznych obiektów, to czasami wychodziłem z warsztatu firmy „Renowacja Antyków – PHU Andrzej Nowicki” i snułem się między tym, co pozostało; wchodziłem do dziewiętnastowiecznych hal, w  których nie było już niczego prócz gołębi i hałd gruzu we wszystkich kątach, i stawałem w ich wnętrzach, zamykałem oczy i próbowałem usłyszeć huk maszyn i wrzask robotników, i czasem dobiegał z gołębiego gruchania pogłos, dobiegało echo krzyków ludzi zatrudnionych w tych halach całkiem niedawno, ale i tych, co pracowali tam wcześniej, za Gierka i za Bieruta, ale i tych, którzy pracowali tutaj za Hitlera i za Wilhelma. A kiedy indziej w tym gołębim śpiewie wracałem do Gdańska, który wcześniej odwiedziłem, a w nim reżysera Gawrysiaka w tej jego willi dyrektora gdańskiej stoczni, wracałem do wycieczki jaką sprawiliśmy sobie pewnego dnia z profesorem Skotnickim w wymarłe doki, pełne wielkich suwnic i hal fabrycznych, i budynków, co do celu istnienia których nie miałem zielonego pojęcia, w doki wyściełane zmurszałym drewnem, gruzem i rdzą, gdzie nawet głupie mewy nie krzyczały swojego daj, daj, bo odeszły z robotnikami, jak po wojnie, która rzeczywiście tam miała miejsce i której raz jeszcze, której po raz kolejny nie wygrali ci robotnicy, bo przecież już ich tam nie było. Więc i tutaj robiłem sobie wycieczki w przeszłość, bo robotnicy ZNTK przegrali wojnę tak samo jak robotnicy Stoczni Gdańskiej, ich tutaj także nie było. I tutaj, jak i u reżysera Gawrysiaka, znajdowałem niekiedy te surrealistyczne tabliczki przestrzegające członków załóg w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy, które zawierały też momenty ściśle wychowawcze, jakkolwiek dalekie w swej mocy od tego plakaciku, który kolega Rudy odkrył później na squacie Leosia Svaty’ego w Javorniku, a który również był narzędziem behapowskiej propagandy, ale wobec innej profesji, bo na tym plakaciku machnięty był impastami bezuchy artysta malarz Vincent van Gogh, a napis brzmiał: „Pijte absynth grog, ale nehrajte s žiletkou”.

*
Firma „PHU Andrzej Nowicki” znajdowała się w hali kuźni naprzeciw bramy wjazdowej od niewielkiej ulicy Rychtalskiej, która jest przecznicą znanej ulicy Jedności Narodowej, w hali, do której można było wejść właśnie z naprzeciwka, lub od drugiej strony, od tyłu, i to drugie wejście było zdecydowanie częściej wykorzystywane. Sama ta hala kuźni długa była na jakieś piętnaście metrów i szeroka na dwanaście, a zaśmieconą podłogę od osmolonych przemysłowych świetlików dachu dzieliło co najmniej osiem metrów. We wnętrzu starej kuźni pozostały jeszcze cztery wielkie młoty parowe do kucia na gorąco, a oprócz nich wiele innych złomów i całe sterty starych gratów zwożonych tam zarówno przez tego mojego przyjaciela Nowickiego, jak i później przez kolegę Rudego, ale też kolegę Motasa. Można tam było znaleźć stare szafy, kredensy, biurka, stoły, krzesła, taborety, łóżka, a nawet sofy, nakastliki, witrynki, toaletki, lustra, serwantki, najczęściej były to meble kiepskiej jakości, a raczej wraki mebli, szczątki mebli; można tam było znaleźć stare drzwi i bramy kamienic, a na regale leżały sterty mahoniowego forniru, niespecjalnie cenne masywy dębowe, jesionowe, brzozowe i pełno wiekowych świerkowych i sosnowych desek. Więc gdy wchodziło się do hali, to na jej lewej ścianie były dwa piętra z parterem niegdysiejszych pomieszczeń socjalnych. Na parterze, gdzie mieliśmy również kibelek, było pierwsze pomieszczenie, w którym urzędował pan Jan, wysokiej klasy mistrz stolarski rodem z przedsiębiorstwa „Stolbud”, gdzie był majstrem zmianowym, który wszakże osiągnął był wiek emerytalny i odszedł z tego „Stolbudu”, ale że był z niego taki trochę chytrusek, to do tej emerytury dorabiał w firmie „PHU Andrzej Nowicki”. Z panem Janem urzędował Dominiś Kolonko, dwudziestoletni chłopak z Nowego Dworu, ale nie byle blokers, byle chłystek szczający w bramie, słuchający hip-hopu i okradający staruszki. Dominiś był wielbicielem Kazika Staszewskiego i zespołu „Kult”, ale zaraz po Kaziku był wielbicielem muzyki ska, słowem, na ogół ogolony był prawie do skóry i nosił się jak skinheadzi, nigdy jednak nie zauważyłem u niego przejawów agresji, był po prostu bystrym i leniwym nicponiem. Tuż za ich gabinecikiem mieliśmy kotłownię, ale wcześniej trzeba było ominąć metalowe schody prowadzące na piętro, gdzie również były dwa dość spore pomieszczenia zabezpieczone przesuwanymi wielkimi drzwiami na których mój przyjaciel Nowicki wykleił białą folią samoprzylepną napis „Renowacja Antyków”. Kolejne metalowe schody znowu prowadziły wyżej, tam gdzie jeszcze niedawno robotnicy mieli ubikacje i prysznice, i gdzie pozostał bałagan po ich przegranej bitwie, gdzie pozostały pożółkłe resztki klozetowych muszli i instalacji wodno-kanalizacyjnej, gdzie śmierdziało mysimi siuśkami i brudem, a gdzie później urzędował nasz tapicer zwany potocznie tapirem, bo rozumku miał w sam raz tyle, co ten parzystokopytny zwierzak, w sam raz tyle, by nurkować w smrody swojej pracowni w ucieczce przed złośliwością Nowickiego, zupełnie jak żrący rośliny tapir, który uciekając przed drapieżnikiem daje dyla w odmęty równikowej rzeki, czy to w Afryce, w Ameryce Środkowej, czy w Europie Środkowej w zakładzie „Renowacja Antyków – PHU Andrzej Nowicki”.

*
Na dobry początek zamieszkałem u Grzesia Kocurka, w jego kawalerce przy Budziszyńskiej. Starałem się jednak mieszkać jak najmniej, tylko chwilowo, jakbym na moment tam do niego zajechał, w sam raz tak, żeby zgarnąć parę złotych za robotę u restauratora Nowickiego i zaraz coś znaleźć, jakiś własny kącik w stolicy Dolnego Śląska, w tej na początku piastowskiej, a prawie na końcu w hitlerowskiej twierdzy. Mieszkałem jak najszybciej, uciekałem rankiem jak najwcześniej i wracałem z Rychtalskiej jak najpóźniej, bo nie chciałem wadzić Kocji na jego trzydziestu metrach z pieskiem rasy american staffordshire terrier, którego wołało się Grip. Nie chciałem wadzić nie tylko dlatego, że Kocja miał swoje sprawy na głowie, ale dlatego przede wszystkim, że czułem się wówczas jak ktoś, kogo być nie powinno u Kocurka, ani nigdzie indziej, naprawdę czułem się jak uboczny produkt samo wytwarzającego się społeczeństwa już od dłuższego czasu, może nie całkiem był ze mnie taki ludzki pestycyd, ale prawie że, ciut, ciut mi brakowało, a to ciut, ciut oznaczało jakąś pozostałość godności i siły, i wiary, że warto jeszcze pchać wózek własnego żywota i że dzięki firmie „PHU Andrzej Nowicki” mój los wreszcie się odmieni, że nie tylko zdołam osiąść w pięknej stolicy teraz polskiego Dolnego Śląska, ale że będzie mi tu dobrze, tak jak było dziesięć i piętnaście lat wcześniej, kiedy się w niej uczyłem, kiedy byłem młody i pełen wiary w to, że jestem mistrzem świata, że moje życie to będzie światowy numer jeden, ale tymczasem muszę polegać na pomocy Kocji, na litości i zmiłowaniu nad moim zasranym przeze mnie samego życiem.
Przecież nie dam ci tej dębowej biblioteki z hali, jest dla ciebie jeszcze za trudna, powiedział ten mój przyjaciel Nowicki, kiedy zdejmowaliśmy drzwi wraz z futryną przy ulicy Mickiewicza, wiele na tych drzwiach nie zarobisz, ale to robota szybka i prosta. A ja cieszyłem się, bo wreszcie miałem jakąś wizję, kiedy skrobałem te drzwi w niewielkiej, podłużnej halce na pierwszym piętrze pracowni „Renowacja Antyków” przy ulicy Rychtalskiej, kiedy na kobyłkach miałem jak zapaśnika te drzwi, a przede mną stała szafa pełna fachowego sprzętu stolarskiego, a obok niej na drewnianych sztangietkach wisiały dwudziestocentymetrowe bele papieru ściernego o różnym ziarnie, a z nimi bele stalowej wełny różnej grubości; obok mnie miałem też dwa stoły robocze z imadłami, a za plecami kilka mebli wyższej klasy czekających na restaurację lub już gotowych, więc czekających na klientów, na zleceniodawców albo na kupców. A ja cieszyłem się i byłem wdzięczny temu mojemu przyjacielowi Nowickim za to, że dał mi szansę, a znałem swoje możliwości, wiedziałem, że jestem zdolnym manualistą, że potrafię dłońmi wiele zrobić i że znam się co nieco na obróbce, a nawet więcej niż co nieco, bo skończyłem szkoły techniczne chociaż na temat obróbki metali, a nie drewna.
Pracowałem w tej halce sam, często jednak nawiedzali mnie przeróżni ludzie, na ogół przyprowadzał ich ten mój przyjaciel Nowicki po to, żeby im pokazać gotowe meble, ale też, żeby się tymi ludźmi, tymi znajomymi przede mną pochwalić, co było dziwne, ale ja nie przeczuwałem jeszcze, że dochodzi do przemiany, że ten mój przyjaciel przemienia się i że już wkrótce zmieni swoje zachowania, a potem również imię i nazwisko. Nie przeczuwałem jeszcze niczego, tylko tak sobie kombinowałem, że to jego zagrania wobec klientów, że jest dokładnie na odwrót, że to mną chce się pochwalić przed nimi, żebym zabłysnął w kilku zdaniach elokwencją i kulturą osobistą sir Foxa od Juliusza Verne’a, więc udawałem, udawałem głupka, bo miałem już spore doświadczenie w tych sprawach.  Bo udawałem go wtedy, gdy pracowałem u prywaciarza Markowskiego, który prowadził zakład „Instalatorstwo sanitarne i gazowe”, który był niezwykle silnym i równie prostym facetem, który miał wiele zleceń, ale nigdy nie płacił jak należy, ani wtedy, kiedy powinien był płacić, tak że do dzisiaj nie oddał mi połowy jednej z moich nędznych wypłat, niech mu tam będzie na zdrowie ta forsa, bo na rozum już za późno i jego tak właśnie robiłem z koncertową wprawą, kiedy na przykład dawał mi polecenie rozkręcania wielkich, skorodowanych zaworów i szedł gdzieś tam sobie, ale mnie się nie chciało ruszać tej roboty, choć wiedziałem jak się za nią skutecznie zabrać i to właściwie bez większego wysiłku, i czekałem aż wróci, a wtedy mówiłem mu, że nie mam dość siły, żeby to cholerstwo ruszyć: przecież pan widzi, panie Andrzeju, że raczej kruchej budowy ze mnie chłopak i siłowałem się dla pokazu z zaworem, tak jak przed essesowcami i przed kapo siłował się bard warszawski pan Stanisław Grzesiuk w obozie koncentracyjnym Mathausen i w obozie Gusen; a prywaciarz Marcinkowski, na co tylko czekałem, powiadał, żebym się odsunął i przystawiał się do tych zaworów jak ciężarowiec i otwierał jeden po drugim pocąc się i sapiąc, na co ja mówiłem: ależ z pana silny człowiek, no, panie Andrzeju i pogwizdywałem z podziwem. Udawałem wiejskiego głupka również wtedy, gdy pracowałem w tartaku tam hen w górach, u pana Czerwca, pracowałem w górskim tartaku przez całą zimę i czasem był duży mróz, a czasem po prostu nie chciało mi się ruszać tyłka z kotłowni, w której podczas przerw grzaliśmy się z kolegą Krechą przy piecu centralnego ogrzewania i wówczas dopadałem pana Czerwca, który kontrolnie często się u nas zjawiał i wtedy zadawałem mu bobu na przykład stwierdzeniem, że jednak panowie Karol Marks i Fryderyk Engels mieli dobry pomysł z tym socjalizmem, jak i z komunizmem i już miałem pana Czerwca w kieszeni, bo ten był starym antykomunistą, uczęszczał na konspiracyjne spotkania miejscowej katolickiej inteligencji, więc uważał, że wie, że on wie i to najlepiej, i rozgadywał się na godzinę, a niekiedy dwie, bo nie przypuszczał, że go nabieram, podpuszczam, nie wiedział, że mało mnie interesują te polityczne i historyczne deliberacje właściciela górskiego tartaku, ponieważ czytałem „Manifest komunistyczny” i znałem świetnie historię ruchu robotniczego od utopistów i anarchistów począwszy, a skończywszy na niedawnych aparatczykach, wiedziałem też wiele o społeczeństwach burżuazyjnych wysoko rozwiniętych krajów, więc już przeczuwałem, mimo, że minęły może dwa lata od przewrotu, od upadku komunistów, że robotnicy znowu przegrają, a chodziło mi tylko o to, żeby zagrzać gnaty przy piecu centralnego ogrzewania. I tak samo udawałem głupka, kiedy ten mój przyjaciel Nowicki ulegał przemianie i przyprowadzał różnych ludzi i chwalił się nimi przede mną, ale w gruncie rzeczy coraz wyraźniej pokazywał mi, gdzie teraz jest moje miejsce w tej naszej przyjaźni, choć zawsze przecież mnie cenił, a ja przyjmowałem postawę, jakiej żądał, ja pokorniałem na te wizyty i wytężałem swoje siły w pracy, choć nigdy nie obijałem się w pracy w firmie „Renowacja Antyków – PHU Andrzej Nowicki”, której był właścicielem, bo zależało mi na pieniążkach za wykonywanie kolejnych dzieł, ale chciałem też nauczyć się renowacji, restauracji antyków, chciałem posiąść umiejętność, technikę, sztukę, dzięki której w moich dłoniach miało się pojawiać zapomniane piękno, porzucona historia, pamięć miała powracać w moich dłoniach do życia, nie chciałem wreszcie zawieść tego mojego przyjaciela Nowickiego, który dał mi szansę powrotu do normalności. Dlatego od samego początku pracowałem co najmniej dziesięć godzin dziennie, a później, kiedy już moim sąsiadem został kolega Rudy, to bywałem w pracy nierzadko i dwanaście, a nawet czternaście godzin.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here