Nocne spacery

0
18

Nocne spacery

Mniej więcej raz w tygodniu wybieram się na spacer do Bolesławowa. Czas przejścia to jakieś dwie godziny w tę i z powrotem. Są to celowe eskapady, ale mają też – obok spotkań z G. – swoje walory zdrowotne i przyrodoznawcze (choć żadnego badyla ani ptaszka nie poznałem bliżej w ich trakcie, to raz, akurat wracając nocą na rowerze bez mała zderzyłem się z sarną wielką jak krowa). Pomyśleć, że w młodości niemal każdy weekend spędzałem w górach… No, teraz całe życie!

Nocne spacery
Mniej więcej raz w tygodniu wybieram się na spacer do Bolesławowa. Czas przejścia to jakieś dwie godziny w tę i z powrotem. Są to celowe eskapady, ale mają też – obok spotkań z G. – swoje walory zdrowotne i przyrodoznawcze (choć żadnego badyla ani ptaszka nie poznałem bliżej w ich trakcie, to raz, akurat wracając nocą na rowerze, bez mała zderzyłem się z sarną wielką jak krowa). Pomyśleć, że w młodości niemal każdy weekend spędzałem w górach… No, teraz całe życie!
W okresie zimowym na ogół wyruszam po zmroku i wracam po nocy. Chodzę dobrze oświetlony. Na plecaku czerwona lampka rowerowa, na froncie, w dłoni, czołówka, którą jednak włączam tylko, gdy z naprzeciwka nadjeżdża samochód. Samochody to moja zmora podczas tych spacerów. Kierowcy to w większości świnie, szczególnie w większości miejscowi kierowcy, którzy nie bardzo się przejmują, że ktoś podąża właśnie w ich stronę. Walą mu długimi światłami po oczach i zapierdzielają jak rajdowcy, „bo znają tę drogę”. Dzisiaj miałem szczęście: zarówno idąc do góry jak i w dół, mijały mnie tylko samochody jadące zza moich pleców. Musiałem wtedy schodzić ze środka drogi na bardziej oblodzone pobocze. Pod światłem latarki. Oczywiście nic nie ma darmo: asfalt szosy był niemiłosiernie oblodzony, więc i tak wykonałem po tych przejazdach samochodów jednego potrójnego tulupa i nawet kilka salchofów. Udało się bez pod podpórki.
Ale ja nie o tym…
Kiedy wracając, na wysokości starego wysypiska śmieci, wyszedłem w końcu z lasu, rozłożyła się przede mną dolina, w której leży Stronie Śląskie. Miękkie światło księżyca przedzierało się przez kłęby chmur. Jeszcze dalej, za zakrętem, który wielokrotnie przez kierowców mijany był bez zakręcania, przez co lądowali na pniach kępy pięknych lip, pod którymi stoi marmurowa ławka, otóż za tą kępą zrobiło się jeszcze piękniej. Rzecz w tym, że nad korytem pobliskiej Białej Lądeckiej unosił się opar mgły, który rozciągał się w stronę miasteczka okrywając je od jego rogatek. Niezwykły to widok, kiedy mgła łączy się z granicą miasta, a nad tym unoszą się rozmyte mrokiem cienie gór. Dodatkowej urody nocnemu pejzażowi dodaje leżący jeszcze wszędzie śnieg. Byłem wprost oczarowany. Ach, gdybym miał aparat fotograficzny… cóż, nic bym i tak z nim nie począł, bo nie potrafię robić zdjęć.
Moja wielka fascynacja widokiem skończyła się trochę przed wejściem w ów opar. Okazało się, że to wcale nie jest mgła, lecz dym ze wszystkich kominów tego miasteczka, dym, który zalega w jego dolinie, w te dni, gdy od Śnieżnika, albo od północy, nie dmie żaden wiatr. Smród był tak uderzający, że coś tam ponarzekałem na ród ludzki, a nawet poplułem trochę. Ale po chwili nawykłem, zapomniałem. Jestem przecież dzieckiem nowoczesności.
Szedłem dalej i ta fałszywa mgła lejąca się leniwie po ulicy, po domach, nagich drzewach, ta mgła rozpraszająca żółcące się światła miejskich latarń nadawała Stroniu jakiś niesamowity wymiar. I to był kolejny bardzo udany spacer.

Nocne wojaże

Mniej więcej raz w tygodniu wybieram się na spacer do Bolesławowa. Czas przejścia to jakieś dwie godziny w tę i z powrotem. Są to celowe eskapady, ale mają też – obok spotkań z G. – swoje walory zdrowotne i przyrodoznawcze (choć żadnego badyla ani ptaszka nie poznałem bliżej w ich trakcie, to raz, akurat wracając nocą na rowerze bez mała zderzyłem się z sarną wielką jak krowa). Pomyśleć, że w młodości niemal każdy weekend spędzałem w górach… No, teraz całe życie!

W okresie zimowym na ogół wyruszam po zmroku i wracam po nocy. Chodzę dobrze oświetlony. Na plecaku czerwona lampka rowerowa, na froncie, w dłoni, czołówka, którą jednak włączam tylko, gdy z naprzeciwka nadjeżdża samochód. Samochody to moja zmora podczas tych spacerów. Kierowcy to w większości świnie, szczególnie w większości miejscowi kierowcy, który nie bardzo się przejmują, że ktoś podąża właśnie w ich stronę. Walą mu długimi światłami po oczach. Dzisiaj miałem szczęście: zarówno idąc do góry, jak i w dół mijały mnie tylko samochody jadące zza moich pleców. Oczywiście nic nie ma darmo: asfalt szosy był niemiłosiernie oblodzony, więc wykonałem potrójnego tulupa i jednego nawet kilka salchofów. Udało się bez pod podpórki.

Ale ja nie o tym…

Kiedy wracając na wysokości starego wysypiska śmieci, wyszedłem w końcu z lasu, rozłożyła się przede mną dolina, w której leży Stronie Śląskie. Miękkie światło księżyca przedzierało się przez kłęby chmur. Jeszcze dalej, za zakrętem, który wielokrotnie przez kierowców mijany był bez zakręcania, przez co lądowali na pniach kępy pięknych lip, pod którymi stoi marmurowa ławka, otóż za tą kępą zrobiło się jeszcze piękniej. Rzecz w tym, że nad korytem pobliskiej Białej Lądeckiej unosił się opar mgły, który rozciągał się w stronę miasteczka, które okrywał od jego rogatek. Niezwykły to widok, kiedy mgła łączy się z granicą miasta, a nad tym unoszą się rozmyte mrokiem cienie gór. Dodatkowej urody nocnemu pejzażowi dodaje leżący jeszcze wszędzie śnieg. Byłem wprost oczarowany. Ach, gdybym miał aparat fotograficzny… cóż, nic bym i tak z nim nie począł, bo nie potrafię robić zdjęć.

Moja wielka fascynacja widokiem skończyła się trochę przed wejściem w ów opar. Okazało się, że to wcale nie jest mgła, lecz dym ze wszystkich kominów tego miasteczka, dym, który zalega w jego dolinie, w te dni, gdy od Śnieżnika, albo od północy nie dmie żaden wiatr. Smród był tak uderzający, że coś tam ponarzekałem na ród ludzki, a nawet poplułem trochę. Ale po chwili nawykłem, zapomniałem. Jestem przecież dzieckiem nowoczesności.

Szedłem dalej i ta fałszywa mgła lejąca się leniwie po ulicy, po domach, nagich drzewach, ta mgła rozpraszająca żółcące się światła miejskich latarń nadawała Stroniu jakiś niesamowity wymiar. I to był kolejny bardzo udany spacer.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here