Lost dogs. Lądeckie. 129 dusz przez cesarskich pobitych

0
22

Rok 1621
129 dusz przez cesarskich pobitych
Zaniepokojeni głosami dochodzącymi z głębi Hrabstwa Kłodzkiego, a tyczącymi rzekomych pogromów chłopstwa naszego, posłaliśmy tamój obserwatora annałów miejskich, który sprawnym piórem zdołałby później zrelacjonować owe fakty.

Rok 1621
129 dusz przez cesarskich pobitych
Zaniepokojeni głosami dochodzącymi z głębi Hrabstwa Kłodzkiego, a tyczącymi rzekomych pogromów chłopstwa naszego, posłaliśmy tamój obserwatora annałów miejskich, który sprawnym piórem zdołałby później zrelacjonować owe fakty.
Dzisiaj tedy już wiemy, że stanęliśmy oto w obliczu wojny. Jest to już fakt niezaprzeczalny nie tylko w Pradze, ale i u nas. Jednym zaś z jego dowodów są wydarzenia, które naszemu wysłannikowi przedstawione zostały w jednej z tawern w Trzebieszowicach koło Lądka-Zdroju.
Do Trzebieszowic przybyłem na wieczerzę w drugą niedzielę września roku bieżącego. Wypytawszy o wikt i łoże napotkanego kmiecia, udałem się do zajazdu „Die Perle Der Graftschaft”, co stoi na rozdrożu traktów biegnących do Radochowa, Konradowa i Trzebieszowic. W miejscu tym pono, przed dwustu laty bez mała, doszło do bitwy między oddziałami Macieja Korwina i dobrodzieja naszego, któren kłodzczyznę do rangi hrabstwa wyniósł, Jerzego z Podiebradów. Czy jest to prawda, niczym nie ręczę, bo ślady boju onego jeno w pamięci potomnych zostały, a pamięć w bajania i legendy się szybko przeradza. Co zaś do świetności „Die Perle Der Graftschaft”, to minęła ona już dawno, jednakże nie przyjechałem tutaj jako przewodnik po hrabstwa austeriach, ale wojenny korespondent, więc i pokus na luksusy nie miałem zgoła żadnych.
Przekroczywszy próg karczmy znalazłem się w rozległej i pustej nieomal izbie. Po krótkich deliberacjach w właścicielem zajazdu, zorientowałem się żem w czepku rodzony, bo oto pośród chłopów siedzących przy jedynej zajętej ławie, znajdował się niejaki Paschke. Człowiek ten miał wiedzieć to i owo o buncie chłopskim, który wedle plotek, jakie dotarły do Kłodzka, miał miejsce zeszłego miesiąca. W te pędy więc zamówiłem garniec piwa i ruszyłem do ławy miejscowych wieśniaków.
Godziny mi dobrej trzeba było i nalania w onego Paschke połowy gąsiora tutejszej gorzałki – niezwykle smacznej, co na marginesie zaznaczam – by gadać zaczął o awanturze wspomnianej. Wnet się pomiarkowałem przy tym, że cham ów nie miał większego pojęcia w czym w istocie wziął udział, z pominięciem, że o wiarę jego luterańską przyszło mu się bić, której wyznawania jego wysokość cesarz mu zabronił. Obawiam się tedy, iż nie bardziej mogą być w tej mierze mieszczanie nasi obeznani, spieszę zatem z krótkim objaśnieniem sytuacji politycznej, w jakiej stoi na dzisiaj nasza ojczyzna – Hrabstwo Kłodzkie.
Łońskiego roku, jak wszem wiadomo, w stolicy naszej miała miejsce defenestracja, innymi słowy, panowie nasi czescy wyrzucili w Pradze przez okno posłów namiestnika cesarskiego, który już nie tylko podatków żądał drakońskich, ale i powrotu do katolickiego wyznania. Czyn ten – z gruntu komiczny przecie, bo posłowie z okien jeno w góry rynsztokowych odpadków spadli, włosa przy tym nie tracąc – stał się przyczynkiem wielkiej tragedii: wojny między suwerenami wyznania katolickiego i luterańskiego. Skutkiem tego na Białej Górze pod Pragą wojska naszej Czeskiej Korony stanęły w szranki z armią habsburskich katolików. Żal zadek ściska na myśl o tym, jak okrutnie historia się powtarza i jak niewdzięcznym jest naród europejski, czyż bowiem to nie czescy husyci wyzwolić go pragnęli spod jarzma Watykanu? I tak jak wonczas, tak i 8 listopada 1620 roku na Białej Górze Czesi pobici zostali okrutnie, nie żądając niczego prócz wolności od katolickich macek. Nie dość jednak było cesarzowi zwycięstwa, jął się tedy rękami swych pachołków za rżnięcie narodu czeskiego. W jatkach tych nasamprzód zamordowano pod praskim ratuszem 27 najznakomitszych szlachciców czeskich, potem zaś habsburski potwór wyciął 600 najznamienitszych ludzi nauki i kultury, prawdziwy kwiat czeskiego narodu. Od roku bez mała trwa konfiskata majątków szlachty i przekazywanie ich niemieckim najeźdźcom. Od roku bez mała trwa rekatolicyzacja całego narodu czeskiego. I tylko my, w Hrabstwie Kłodzkim, górami i odległością od Bohemii i Moraw chronieni, zdawaliśmy się nie odczuwać cesarskiego miecza. Aż do dzisiaj.
Blasius Paschke mówił językiem nieskładnym, pełnym plugawych inwektyw w cesarza mierzonych. Nie żebym miał coś przeciwko jego poglądom, nie godzi się jednak z samej tylko kultury własnej powtarzać tych epitetów. Oczyściwszy tedy i ująwszy w zwroty jasne i logiczne jego relację, tak oto ją przedstawiam:
Wszystko zaczęło się ledwo pierwsze lody puściły. Cesarscy zjawili się nasamprzód w Jaszkowej Dolnej, bo z zamku kłodzkiego najbliżej mieli, gdzie wszak stacjonują. Zjawili się i zaraz pastora naszego w dybach wywieźli na wózku. To były niewielkie rejzy żołdackie, po dwudziestu może zakapiorów niespecjalnie nawet zbrojnych, chwackich za to niemiłosiernie. Potem kolejno naszli Jaszkowę Górną, Żelazno, Ołdrzychowice i Skrzynkę. Tak nam tedy pastorowie znikli niemal jak kamfora, ze swych domów wygarnięci. Potem te same zbóje do zboru w Ołdrzychowicach się wdarli i jęli odzierać świątynię ze skromnego inwentarza. To samo w kolejnych dniach uczynili we wsiach już wymienionych. Kiedy jednak w Jaszkowej pojawił się ksiądz katolicki w asyście cesarskich i zaczął z nimi po chałupach naszych chodzić i do mszy zmuszać, wytrzymałość ludzka nam puściła.
Pojęcia za grosz nie mam kto pierwszy z nas resztę chłopstwa pod oręż zawezwał. Zdaje się, że mógł to być największy z krzykaczy, Janiczkolba ze Trzebieszowic, choć głowy nie dam czy on to był w istocie. Tak czy owak, w konspiracji po wsiach poszła wieść, że w lesie między Skrzynką a Radochowem obóz powstał, w którym kto wiary naszej wyrzec się nie chce, ten sojuszników znajdzie w walce z habsburskim okupantem.
Samemu żywot pędząc, bo ani ja żony, ani dziatek nie mam przecie, niewiele się wahałem i kiedym do obozu dotarł, cztery setki chłopa już tam stało. Siła ludzi na oko to była, aliści nieprawdą jest powiedzenie, że i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa, bo i owa gromada czapkami przecie nie nakryje ze śmiertelnym skutkiem dwudziestu najemnych morderców, co na swym fachu znają się niezgorzej niż my na uprawie roli. A przekonałem się o tym już dnia następnego, kiedym w kupie setki chłopstwa pobiegł do Jaszkowej z odsieczą dla braci nękanych przez księdza i żołdaków wstrętnych.
Mieliśmy siekiery, młoty i cepy, oni nie tylko szable, bom widział arkebuzy, karabiny, pistolety, półhaki i krócice, a na wózku przez konia ciągnionym na pewno muszkiety by znalazł i rusznice. Ha! ja dzisiaj dopiero głupotę naszą pojmują, bo gdybyśmy ich w gaju dopadli, inaczej rzecz by się miała. Tymczasem na polanę, którą zdążali do wsi wypadliśmy jak pijana hołota i zanim sto kroków przebiegliśmy cesarscy wypalili ze dwudziestu natychmiast kładąc jak dojrzałe żyto. Taka nas z przerażenia sraczka tedy wzięła, że bez hasła żadnego w te pędy z powrotem do lasu żeśmy uciekli. I zanim w kniei strach zdołaliśmy opanować, nic nam nie zostało jeno rannych zebrać, a dla pięciu mogiły rydlem ukopać i pochować.
Tydzień później doszło do bitwy naszej ostatniej. Pod Trzebieszowicami. Tutaj pułapkę zastawiliśmy na habsburskich morderców. Mniej nas było, bo część zrejterowała. Dwie setki chłopa ze sprzętem rolnym znowu stanęło naprzeciw cesarskiej bandytierce. Tym razem nie poszliśmy w bój jak owce przez polanę, ale poczekaliśmy na nich pod lasem, na skraju wsi.
Trudno się wyznać dlaczego tak się stało, czy opatrzność boża im bardziej przyświecała, czy wola boska miała nas, chamów prostych, pokory i posłuszeństwa wobec panów nauczyć. Dość na tym, żeśmy ich mieli jak na talerzu. Żaden ducha by nie zatrzymał. I kiedy lamentować zaczęli widząc swą porażkę, z traktu wypadła na nas jazda.
Słów szczędzić nie będę i ani łzy już nie uronię, bom morze ich wylał. To byli Polacy, lisowczycy. Stu dwudziestu czterech chłopa posiekli. Na plasterki, na rąbankę. Reszta ranna na polu padła. Przeszli przez nas jak gradobicie i znikli. Pojechali dalej.
I taka oto była opowieść Blasiusa Paschke, który wbrew przyrzeczeniu kończąc ją płakał jak pacholę. Towarzysze jego dopowiedzieli, że z pola walki rannych wyniosły miejscowe chłopki. Sam Paschke, jak później wyszło, gdy karczmę opuszczał o kulach, w nogę był ranny.
Smutna to rzecz, smutna i nie dająca nadziei, że rychło nasz, luteranów, los się odmieni. Dziś jeszcze cesarscy żołnierze w Kłodzku stacjonując gwałtu nam nie czynią w obawie przed naszym rokoszem, czy jednak jutro już nie zaczną przemocą nas do katolickiej wiary nakłaniać? Smutna to rzecz, bo już na własnej skórze czujemy, że wybuchła wojna, wojna, której kres nie jest znany.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here