Lost dogs. Michał z Bieli

0
28

Kwiecień 1705
Michał z Bieli
Z annałów kłodzkiego konwiktu jezuitów
Zwą mnie Paul Stralano. Jestem jezuitą, który w świętym przekonaniu, w żarze miłości, ale i równaniach logicznych własnych myśli, oddaje cześć Bogu Najwyższemu. Łgałbym zaś twierdząc, że z równą miłością podchodzę do tworów Jego wszelakich, szczególnie od niebezpiecznych żywiołów atmosferycznych począwszy, a zakończywszy na ludziach nieprawego umysłu i niegodziwego serca. Nie mam wszakże o to pretensji do siebie, nie jest bowiem, jak sądzę, przykazaniem Najwyższego, byśmy wszystko kochali na siłę niejako, ale to raczej, byśmy umieli na wszystko spojrzeć z takiej odległości, która daje nam całokształt zjawiska widzianego. Z tej dopiero perspektywy zdolni jesteśmy dostrzegać dobro ostatecznie we wszystkim.

Kwiecień 1705
Michał z Bieli
Z annałów kłodzkiego konwiktu jezuitów
Zwą mnie Paul Stralano. Jestem jezuitą, który w świętym przekonaniu, w żarze miłości, ale i równaniach logicznych własnych myśli, oddaje cześć Bogu Najwyższemu. Łgałbym zaś twierdząc, że z równą miłością podchodzę do tworów Jego wszelakich, szczególnie od niebezpiecznych żywiołów atmosferycznych począwszy, a zakończywszy na ludziach nieprawego umysłu i niegodziwego serca. Nie mam wszakże o to pretensji do siebie, nie jest bowiem, jak sądzę, przykazaniem Najwyższego, byśmy wszystko kochali na siłę niejako, ale to raczej, byśmy umieli na wszystko spojrzeć z takiej odległości, która daje nam całokształt zjawiska widzianego. Z tej dopiero perspektywy zdolni jesteśmy dostrzegać dobro ostatecznie we wszystkim.
Jestem pilnym uczniem założyciela naszej reguły św. Ignacego Loyoli, zarazem także mam swoich własnych uczniów, albowiem dostąpiłem godności piastowania urzędu rektora w naszym kłodzkim konwikcie dla młodych chłopców. Bracia moi w zakonie dworują sobie jednak stale, że do franciszkanów powinienem pierwej przystać niźli do nich, bo nie dziatki chować i kształcić winienem, lecz oddać się kontemplacji na dzikim pustkowiu. A także, jak twierdzą, bliżej mi zdecydowanie do odruchów serca, do kierowania się uczuciami i emocjami, niż rachunkami rozsądku, intelektu i bożej woli. Śmieję się razem z nimi, bo wiem, że to nieprawda. Nie ma w żywocie człeka żadnego ani miejsca, ani też chwili jednej, w której zdolny byłby on ominąć swe uczucia. Mamy tego świadomość czy jej nie mamy, to nawet, gdy nam się zdaje, że w rozwiązaniu pewnych problemów kierujemy się tylko racjonalną kalkulacją, pozostajemy w błędzie. Za każdym razem, ostatecznie, to nasze emocje dokonują wyboru.
Takie oto preludium uczyniwszy, przejdę teraz do przedmiotu opowieści, którą w niniejszych annałach pozostawić zamierzam, jako pierwszą po objęciu pozycji rektora.
Łońskiego roku, korzystając z wielkanocnej przerwy w pracy dydaktycznej konwiktu, udałem się na kolejną z moich eskapad. Podczas wypraw tych przemierzam najodleglejsze, górskie zakątki Hrabstwa Kłodzkiego, tyleż Słowo Boże i pociechę niosąc ich mieszkańcom, co samemu swe serce radując krasą przyrody natchnionej Duchem Świętym. Tak tedy trafiłem wonczas w pasmo gór leżące na wschód od Schneeberga, zwanego przez pospólstwo hrabstwa po prostu Śnieżnikiem. Wiedziałem o istnieniu w głębi jednej z dolin, za Stroniem Śląskim i kolejnymi Gierałtowami, wsi jeszcze jednej, niewielkiej, w miejscu zaś tak malowniczym położonej, że handlarze, którzy tam docierali urody jej wysłowić nie potrafili znanymi im słowami. Wieś ta nosi nazwę Bielice, na miejscu zaś przekonałem się, że dalej jeszcze za nią kilka prętów leży wieś następna, przysiółek czy też kolonia ostatnia, czyli Nowe Bielice.
Z racji pełnionego przeze mnie urzędu, winienem podróże odbywać powozami; nie dość, że to wygodne, to ze wszech miar wskazane. Jakże miałbym jednak z powozu świat piękny oglądać, a przecie o to w moich wojażach chodziło? Wybieg więc zawsze czyniłem taki, że w powóz najęty pod konwiktem wsiadałem, który wiózł mnie za Targ Koński na podgrodziu Kłodzka, do  najbliższej stajni, gdzie konia brałem spokojnego temperamentu, a saki nań zarzuciwszy ruszałem już w dalszą drogę pierś sycąc obrazami pięknych gór i dolin.
Minęły cztery godziny, gdy w południe osiągnąłem kuźnicę w Stroniu Śląskim, a po pokonaniu kolejnej mili odnalazłem we wsi karczmę, przaśną z wyglądu, lecz przez tuziemców obleganą, co znaczyło, że dobrą tam strawę dawać muszą. Pozory nie zawsze mylą, słowem, brzuch napełniwszy do syta kaszą ze skwarkami i kubkiem cienkiego cydru, nie zwlekając ruszyłem w dalszą drogę. Po kolejnych dwóch godzinach dotarłem wreszcie do Bielic i bez większego problemu znalazłem izbę u miejscowego gajowego o szlachetnym nazwisku Korytkowski, Adam Korytkowski. Tego dnia nie zapuszczałem się już dalej, niż na skraj tutejszej puszczy a i to bez konia drogę przemierzywszy, a jedynie powolnym krokiem. Po drodze minąłem wspomniane kilka zagród, które miejscowi, jako rzekłem, zwą Nowymi Bielicami. Powróciwszy o zmroku, uraczony zostałem wieczerzą przez gospodarza, a potem już w izbie ledwo na łoże padłszy, natychmiast zasnąłem.
Nazajutrz otwarłem oczy w przekonaniu, że brzask ledwie w okna mojej izby zajrzał. Poleżałem jeszcze chwilę, a potem ubrawszy się zszedłem do kuchni leśniczówki. Wnet się okazało, że minęła właśnie dziewiąta i jestem już mocno względem mych planów spóźniony. Mało to jednak było istotne wobec zaskakującej nowiny: miałem gościa.
Gość ów miał jakieś 12 lat, nie był rosły, ale też nie był mikry. Przedstawił się dość oficjalnie, jako Klahr.
– Czego sobie zatem życzysz, panie Klahrze? – Zapytałem gryząc pierwszy kęs chleba ze smalcem.
Chłopiec patrzył na mnie dziwnie i słowa nie umiał z siebie wydukać.
– Ojcze rektorze – włączył się na to do rozmowy gajowy. – To dobry, ale dziwny chłopak. Przyszedł tutaj, bo was wczoraj na Nowej Bieli widział, tam, w górnej wsi. Powiedział mi, że obejrzał was sobie dokładnie, a potem całą noc nie mógł spać, bo myślał.
Zrobiłem oczy tak wielkie, że gajowy Korytkowski zaczął szybciej mówić.
– Nie obawiajcie się, to dobry chłopak jest, a choć dziwny, to na wsi lubiany – gajowy nie potrafił przejść do sedna.
– Panie Adamie, mówcie jaśniej – zażądałem niecierpliwie.
– On chce, byście mu pozowali – rzekł wreszcie.
Spojrzałem niepewnie na obydwu.
– Do czego?
Wówczas odezwał się mikrus.
– Nasamprzód do rysunku, potem do rzeźby.
Dłuższą chwilę układałem sobie w głowie to, com od szczeniaka usłyszał. W końcu na moich ustach pojawił się ironiczny uśmiech, lecz nim zdołałem słowo rzucić, znowu odezwał się gajowy.
– Czcigodny rektorze – powiedział wiercąc sobie palcem dziurę w uchu – Michał już pół wsi narysował, a potem wyrzeźbił. Do szopki bożonarodzeniowej.
– Będziecie jednym z Trzech Królów – przerwał mu chłopak. – Bądźcie u mnie jak najprędzej, trzecia zagroda w Nowych Bielicach, po prawej stronie.
Rzekł to i wyszedł bez pożegnania z izby kuchennej.
Spojrzałem z rozdziawioną gębą na gospodarza. W dłoni trzymałem kęs chleba, który nie dotarł jeszcze do ust.
– Wcześniejszej zimy mieszkał tutaj pewien człek – powiedział wtedy gajowy. – Nie pomnę jak się zwał, twierdził, że uciekł z Pragi, by odpocząć. To był rzeźbiarz. Mieszkał u Klahrów. Michał całą tę zimę przy nim był spędził. I cos jakby ten tego, dziwny się zrobił.
Jakieś dwie godziny później dotarłem do zagrody Klahrów. Po obejrzeniu figurek przez chłopaka wyrzeźbionych w drewnie, spędziłem tam trzy dni i dwie noce. Potem wróciłem w lecie i zdołałem namówić rodziców Michała, by oddali chłopca do konwiktu mojego, choć chłopiec nie chciał nigdzie wyjeżdżać.
W moim gabinecie stoi na oknie drewniany król Melchior. Słono za niego zapłaciłem Klahrom.
Niezbadane są koncepty Boga Najwyższego na życiową przygodę każdego z nas. Jedni przez życie idą jak nóż przez masło, inni płoną w cierpieniu, inni jeszcze miotają się w szaleństwie. Są też tacy, jak nasz Michał Klahr, ci są błogosławieństwem: pośród morza znanych nam opowieści, pozostają boską tajemnicą. Wierzymy, że zawsze będą nas zaskakiwać.

Fakty
Powyższa opowieść oparta jest na nieudokumentowanej legendzie. Michał Klahr rzeczywiście przyszedł na świat w Nowych Bielicach w 1693 r., kształcił się w Kłodzku, w tamtejszym konwikcie, czyli szkole z internatem dla chłopców. Rektorem ówczesnym konwiktu był ojciec Paul Stralano. Nie ma też wątpliwości co do tego, że Bielice to jedna z najpiękniejszych wsi Hrabstwa Kłodzkiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here