Książki, książki, książki…

0
24

Książki, książki, książki…
Kupiłem sobie dzisiaj w Centrum Taniej Książki przy Ruskiej kolejne lektury.

Kupiłem sobie dzisiaj w Centrum Taniej Książki przy Ruskiej kolejne lektury. Trzy pozycje Haska, dwie Wiecheckiego, jakiś dramat Vonneguta i „To nie jest dziennik” Baumana. Później, gdzie indziej, „Chmurdalię” Batorowej dla Izy.

Vonnegut napisał w którejś powieści, że czytanie jest dla niego formą medytacji.
Zdaje się, że Eco – a może to nie on – stwierdził, iż książce nie grozi śmierć, zupełne zniknięcie ze świata, który tonie dzisiaj w e-technologiach i cyfrowych zamiennikach papierowego tomu, uznał ją bowiem również za przyjemny w obyciu przedmiot.
Powiedziałem niedawno 13-letniemu Bartkowi, że w jego wieku czytałem wszystko, co mi w ręce wpadło. Odrzekł, że nie było wówczas komórek i tabletów. Fakt. Nie byłem w stanie spointować.

Miałem całkiem jeszcze niedawno zwyczaj podróżowania z malutkim notebookiem, który służył mi do oglądania filmów. W zasadzie przez ponad rok podróżowałem autobusami, a nawet samolotami ze słuchawkami wbitymi w uszy, gapiąc się na ekranik tego mini komputerka. Dzisiaj widzę, że była to fascynacja gadżetem, dzisiaj odczuwam czystą niechęć na myśl, że zamiast czytać, miałbym w podróży oglądać kolejne filmy. Choć przyznaję, że niekiedy któryś z melomanów zatrudnionych w roli kierowcy komunikacji pasażerskiej potrafi przysolić z radia tak, że najchętniej znowu wcisnąłbym słuchawkę w małżowinę, byle się odciąć… czytać wszakże przy tych puszczanych na całość przebojach i zabójczych breaking newsach się nie da.

Jako dziecko chodziłem do szkoły przez całe Stronie, z Dolnej na Morawkę przecież i z powrotem. Na zajęcia prawie biegiem, żeby się nie spóźnić. Powroty bywały długie, szczególnie, gdy wracałem samotnie. Nie mogłem się wówczas opanować, by po drodze nie przystanąć przed witrynami dwóch sklepów. To były sanktuaria, przed którymi popadałem w niemy zachwyt, jak wierni przed świętą figurką. Najpierw mijałem sklep papierniczy, na którego wystawie leżały zestawy kredek i ołówków, chińskie pióra, pachnące gumki do mazania i szare myszki, buteleczki atramentów i tuszów, ekierki, krzywiki, cyrkle, stosy zeszytów w kratkę, linie i czystych, arkusze szarego papieru, papieru do wycinanek i kolorowej bibuły. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem otwarte pudełko z rapidografami, myślałem, że ze skóry wyskoczę, że je zaraz przez szybę połknę z całym pięknym opakowaniem firmy Rystor. Pamiętam panie, które obsługiwały w tym sklepiku. Sklep był w lokalu, w którym dzisiaj Karolina Kolenkiewicz ma swoje turystyczne koko Bongo.

Drugim przystankiem była księgarnia, która mieściła się w obecnym punkcie PTTK, wówczas naprzeciw słynnej restauracji hutników Storczyk. Powiem szczerze, że nie pamiętam ani jednego tytułu z wystawy tej niewielkiej księgarenki. Nie zmienia to faktu, że przystawałem przed nią, jakbym spod tej witryny miał być wniebowzięty.

Do dzisiaj nie mam bladego pojęcia skąd w moim domu było zawsze tyle książek, jakoś nie przypominam sobie, żeby rodzice cokolwiek czytali. Prawda, ojca widziałem w późniejszym okresie z wytłuszczoną do cna „Tożsamością Bourne’a” Ludluma. Tato lubił telewizję. Tymczasem mieliśmy w domu regał, na którym spoczywało, jak sądzę, z dwieście różnych książeczek. W większości nie była to literatura wielkich lotów, a jednak to na jego półkach znalazłem „Kawalera de Lagardere” Févala, „Dwadzieścia lat później” Dumasa, „Katrionę” i „Porwanego za młodu” Stevensona, „Szerszenia” Voynich oraz dwie powieści, które miały na mnie zdecydowanie większy wpływ: „Kobieta z wydm” Abe Kobo i „Dubrowskiego” Puszkina. Poza tym stała tam cała masa jakichś przygodowych powieści i oczywiście sterty malutkich Tygrysów, które wprawdzie przeczytałem, ale tylko dlatego, że nie było nic innego pod ręką.

Księgarnia przy Kościuszki oferowała tymczasem nowe woluminy, pachnące świeżą farbą drukarską i czystym, jasnym papierem. Nie mam pojęcia, co myślałem śliniąc się na widok tych wszystkich tytułów, ale stałem przed sklepikiem jak zaczarowany, dopóki nie wybudził mnie z tej cudownej katatonii jakiś koleżka ze szkoły lub ulicy Dolnej, albo przejeżdżający furmanką za moimi plecami ostatni wozak Stronia Franek Nachaj.

Kiedy byłem w piątej, może szóstej klasie podstawówki biblioteka miejska w Stroniu mieściła się w miejscu, w którym dzisiaj jest komisariat policji. Szefowała w niej pani, która nie miała zbyt żywego usposobienia, rzadko się uśmiechała, w obyciu i słowie była raczej mocno powściągliwa. Niestety, nie pamiętam jej nazwiska, a spotykałem ją w tamtych latach nader często. Jej swoista oschłość nie przeszkadzała mi wszakże w systematycznych odwiedzinach tego przybytku. Wreszcie, właśnie jakoś w piątej lub szóstej klasie, zostałem przez nią złapany na kradzieży książki. Chciałem wynieść pod pazuchą jakiś okazały sztambuch encyklopedyczny o II wojnie światowej. Pani bibliotekarka była łagodnym sędzią, sprawa nie dotarła nawet do rodziców. Wyznaczając mi jakąś pokutę, miała tylko jeden warunek: nie wolno mi było przestać odwiedzać jej bibliotekę.

Później, w młodości, pieniądze otrzymywane od rodziców na internackie życie przetracałem na książki. Wolałem mieć własną „Maiteryi” Eliadego, niż kupić sobie nową koszulę do szkolnego munduru. Lepiej było mieć swoją „Fabula rasę” Stachury, czy „Dzieła zebrane” Kochanowskiego, niż pojechać na szkolną wycieczkę.

I, psiakrew, nic się nie zmieniło. Wciąż się ślinię stojąc przed witrynami porządnych księgarń i antykwariatów. Gehenną jest dla mnie kupowanie nowych spodni, czy butów, gdy nad książkami mogę stać godzinami, wiedząc, że przy każdym zakupie będę zadowolony. Co więcej, wciąż pozostają setki książek, których nie przeczytałem. I tysiące, których nie napisano jeszcze a są na pewno warte przeczytania.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here