Gest manualny

4
60

Od miesięcy nie skreśliłem słowa w tym zapiśniku. Nasamprzód nie miałem czasu, przewaliły się wybory samorządowe, zaskoczyły nieodmiennie święta i Sylwester z zastępami wspaniałych gości i wizyt u zacnych gospodarzy. A później stanąłem i nie wiedziałem, co pisać.

Od miesięcy nie skreśliłem słowa w tym zapiśniku. Nasamprzód nie miałem czasu, przewaliły się wybory samorządowe, zrobiliśmy „Zawiane święta”, zaskoczyły nieodmiennie święta i Sylwester z zastępami wspaniałych gości i wizyt u zacnych gospodarzy. A później stanąłem i nie wiedziałem, co pisać. Tak dużo rzeczy i spraw między uszami, że popada się w bezruch. I, cholera, do dzisiaj nie podjąłem decyzji o czym pisać. Podjąłem za to decyzję o samym akcie pisania. Niekiedy tak trzeba: dokonać bezmyślnego, prawie wyłącznie manualnego gestu, by otworzył się worek właściwy, wypełniony myślą, otworzył się delikatnie jak balon wypełniony helem i uniósł w górę, może nawet do gwiazd.

Książki

Byłem w zeszłym tygodniu w mieście Wrocławiu, gdzie pierwsze kroki skierowałem do Centrum taniej książki przy Ruskiej. Wyszedłem z Rorty’m – Filozofia jako polityka kulturalna, Goffmanem – Relacje w przestrzeni społecznej, Maraim – Pokój na Itace, Wiecheckim – Skarby w spodniach. Chwilę później, w ramach retrospekcji, dokupiłem ładne wydanie Sanatorium pod klepsydrą.

W ostatnich latach rzadko kupowałem książki i raczej pojedyncze egzemplarze. Tym razem postanowiłem nie żałować sobie, nabyć, co zechcę i… Psiakość! Przypomniała mi się młodość!

Jeszcze w XX w. był w życiu młodego mężczyzny taki czas, gdy doznawał anielskiego uczucia głodu poznawczego. Kasa, którą starzy dawali mu na życie szła od razu na książki, później na winyle, wreszcie, jeśli co zostało, mógł się najeść, jeśli nie, to i tak miał to gdzieś, bo skłonny był dalej żebrać gdzie popadnie; cóż, niezastąpionymi ofiarami tego żebractwa był oczywiście dziewczęta, bo dziewczęta o wiele lepiej potrafiły zorganizować sobie materialną stronę życia.

A że piszę o latach 80. tamtego wieku, był w tym kupowaniu książek i winyli jeszcze aspekt jakiegoś radosnego zdobywcy, trzeba bowiem pamiętać, że zakup, a raczej właśnie zdobycie jakiejś dobrej książki wcale nie było takie łatwe. Drukowano sporo, ale w większości zupełne bzdety, a gdy szło o prawdziwe dzieła, nakłady były niewielkie.

Pewnego razu kupiliśmy sobie z Tomkiem Ciesielskim – każdy z osobna dla siebie – wspaniałe wydanie dwujęzyczne sentencji Seneki w twardej oprawie i zapewne w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka, a na dokładkę tomiszcze jakieś z wyborem poezji Kochanowskiego. Zanim człowiek dobrał się do czytania tych arcydzieł, długo trzymał je na szafeczce i cieszył wzrok, później gładził okładki i przewracał stronice wąchając ich zapach, pieścił dłonie fakturą papieru. Wspaniałe święto.

Innego razu, dużo wcześniej, bo pewnie nie miałem jeszcze 16 lat nawet, słyszałem coś trzy po trzy o wielkim pisarzu, który nazywał się James Joyce. Jego Ulisses pojawiał się raz po raz przy rozmowach bardziej „obcykanych”, starszych kolegów. Poszedłem tedy do biblioteki i wypożyczyłem książkę, ale że nie było Ulissesa, to wziąłem inną. Dopiero po przeczytaniu zorientowałem się, że to nie ten autor. Książki, którą przeczytałem nie napisał James Joyce, lecz James Jones. Tak poznałem Cienką czerwoną linię.

Pewnego dnia Czesia kupiła gramofon absolutnie doskonały – Unitry Dynamic Speaker. Wydała na niego prawie całą wypłatę. Wniosła go do pokoju, w którym mieszkaliśmy i z namaszczeniem rozpieczętowała pudło, wreszcie własnoręcznie podłączyłem to lśniące srebrem, śliczne urządzenie do prądu. Wcisnęła guzik, talerz pokryty czarną gumą zaczął wirować. Gramofon stał na podłodze, Czesia siedząc na naszym tapczaniku złożyła swoją piękną główkę na dłoniach i patrzyła na kręcący się talerz, minutę, dwie, pięć. To nie był „syndrom posiadania czegoś nowego”, to było prawdziwe poczucie szczęścia. Noszę ten widok w portfeliku pamięci jak święty obrazek.

Obsługiwałem angielskiego króla pana Bogumiła Hrabala czytałem po raz pierwszy w podziemnym, drugoobiegowym wydaniu, które pożyczyłem od Jarka Marszewskiego. Była to wyświechtana, powielona z maszyny do pisania broszura. Dzisiaj człowiek do ręki by tego nie wziął. Po lekturze dziełka zachowałem się zupełnie perwersyjnie: odłożyłem wyszmelcowany papier na parapet okna i każdego dnia przyglądałem się mu jak cudownej dziewczynie, nie mogąc uwierzyć, że oto jest u mnie właśnie, siedzi sobie na parapecie okiennym i kokietuje mnie, że tylko ja doświadczam jej urody. Książka pana Hrabala nigdy nie wróciła do Jaroszy.

A czy Wasza matka kładła Wam do snu pod poduszkę książkę z wierszykiem, którego nauczyliście się na pamięć, by wyklepać go rankiem podczas lekcji z języka polskiego? W ten sposób miał się utrwalać na mur beton.

Ot, taki to gest manualny.

4 KOMENTARZE

  1. Tomek, moja znajoma mówi, że ona „książki rucha”. Czyta, zaczytuje, ślini, zagina, obmacuje, wącha. Kiedy to pierwszy raz usłyszałam omal z krzesła nie spadłam. :))) Może to ostatnia pora, aby zalożyć, powołać,
    „Konfraternię Ruchającyh Książki”. Co myślisz o tym? 🙂

    Ha! Droga Ewo, ja bym bardziej był zaciekawiony setką najlepiej ruchających książek w dwóch kategoriach: największych łgarzy i największych podniet intelektualnych 🙂

  2. Nie zwykłam książek ruchać, bo dziś dosłownie to już nie oznacza tego co kiedyś i jest dla mnie obsceniczne. Jeśli miałabym porównać czytanie książek do jakiejś sfery seksualnej, to pewnie podzieliłabym to według konkretnych tematów: zdrada, kochanek, seks z przyjacielem, seks małżeński po 30 latach, noc poślubna i inne takie. Każda książka wywołuje inne emocje i można książki czytać i zaczytać się (itd.), ale nigdy nie zrozumiem Pani znajomej, która je zagina (jeśli chodzi o zaginanie rogów stron, a nie czasoprzestrzeni).

  3. Taki „suchar”: Gdybym miała zgodzić się na bycie wyruchaną przez książkę, to sięgnęłabym po „50 Twarzy Greya” – a dlaczego? Bo to tak jak trochę jak Landryn:
    „O drugiej w nocy już byli w łóżku, Landryn dokończył jabola
    Jolkę rozebrał, a sam jedynie opuścił spodnie do kolan.
    Wyruchał Jolkę, obrzygał pościel, starannie się odkleił
    Pierdolnął drzwiami, zostawił odór i syf na Jolki pościeli”.

    Wiem, słabo u mnie z poczuciem humoru, a ironii nie brakuje. Pozdrawiam!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here