Kartka z podróży – Delft

0
92

Do Delft docieramy przez Technische Universiteit Delft (TU, jedna z dziesięciu najbardziej liczących się w świecie uczelni technicznych).

Do Delft docieramy przez Technische Universiteit Delft (TU, jedna z dziesięciu najbardziej liczących się w świecie uczelni technicznych). Kampus, wielkości Stronia Śląskiego, budzi we mnie respekt, ciekawość i małą dawkę zazdrości, że tutaj nie studiowałem. Parkujemy na granicy rozległych latyfundiów uczelni i centrum miasta, które oddziela szerszy, żeglowny kanał. Becik zna wprawdzie centrum miasta, lecz docierała tutaj zawsze z innej strony, na ogół w asyście towarzystwa, a jak, skądinąd, przyznaje, jej dezorientacja w terenie nie ma sobie równych; ponoć kiedyś zgubiła się we własnym łóżku.

Szybko docieramy do pierwszego wąskiego kanału, swoistej linii demarkacyjnej, odcinającej stare Delft od huby nowoczesnych osiedli (w tym mieście żyje bez mała sto tysięcy ludzi). Nigdy nie byłem w Wenecji, nie byłem też w Amsterdamie i, jak rzekłby Stranger (Big Lebowski), nigdy nie widziałem holenderskiej królowej w negliżu (a tym bardziej weneckiego doży), więc to, co widzę, znam tylko z setek fotografii, które przewinęły się przed moimi oczami przez te kilkadziesiąt lat mojego życia. Beata mówi, że Delft to miniatura Amsterdamu.

Kamieniczki nie są wysokie, jest w tym pewna oszczędność, która nie wynika z obligatoryjnie przypisanego Holendrom skąpstwa, bo już w ich detalach odnajdujemy pełne i kosztowne bogactwo. Zresztą ta swoista miniaturowa mieścinka, pozwala łatwiej ogarnąć wzrokiem jej niezwykłą przestrzeń. Tutaj nie ujrzysz rozmachu, w Delft istotny jest szczegół, element, drobnostka, tych zaś jest tyle, że człowiek szybko traci głowę.

Przy takich razach nieodmiennie przypomina mi się kolega Krajewski, który pewnego dnia rozprawiając szeroko o napompowaniu baroku, naubliżał sobie samemu monologiem tyczącym mecenasów sztuki tej epoki. Oto po całej tej kanikule analitycznej architektury jakiegoś tam kościoła, przeszedł do retorycznych oskarżeń: I kto za to zapłacił, proszę pana? Kto sfinansował to złoto lejące się po ścianach, te setki misternych zdobień, które snycerz, rzeźbiarz, malarz wykonywali miesiącami, ba! latami nawet?! Ja, proszę pana, ja zapłaciłem i wszyscy tacy, jak ja! Biedacy! Bo nie Kościół, do cholery, prawda?!

Za Delft również zapłacili zwykli ludzie, lecz bez „nadzoru” Kościoła, a jednak dbałość o kształt, o harmonię detalu i całości jest ta sama – wzbudza niesłychany podziw dla dzieła ludzkich rąk.

Kilka lat temu zajmowałem się kampanią promującą Żuławy Wiślane. Musiałem dość głęboko zapoznać się wówczas z historią mennonitów, holenderskich osadników w delcie Wisły, którzy zostali ściągnięci na te tereny przez Krzyżaków. Pisząc więc teraz o pięknie Delft, znam zarazem praktyczny wymiar regulowania tej przestrzeni, rozumiem ogólną ideę, która w sensie urbanistycznym była zasadniczym aspektem tożsamości wspólnoty walczącej ustawicznie z żywiołem wody. Dziesiątki kanałów obudowanych ciągami urzekających kamieniczek, to jednej strony fenomen sztuki, z drugiej efekt realnego zmagania się z przyrodą.

Rynek to duży plac okolony niskimi kamienicami, nieodmiennie zaopatrzonymi w witryny sklepików i knajp. To zresztą w ogóle jest domena Holendrów: ich prywatne mieszkania wyglądają na parterze jak sklepowe wystawy. Stojąc na balkonie Becika zawsze wychylam się na prawo i mówię coś w rodzaju: kurde, co za pogoda, nawet na sklepikach nic się nie dzieje (mieszkańcy tych parterów siedzą przed ich witrynami, jak zapleśniali sprzedawcy czekający na zbłąkanych klientów)… Ale ja nie o tym przecież! Rynek to spory plac, na którego dwóch krańcach stoją kościół protestancki i naprzeciw ratusz. Kościół jakby nasz, ale ratusz zupełnie różny od tych, które znamy na Dolnym Śląsku i w ogóle w Polsce. Nasze kroki kierujemy zaraz do sklepiku z klamotami wykonanymi z tego, z czego Delft, prócz Antarktydy i Etiopii, słynie na cały świat – z porcelany.

Oczywiście ceny, jak na aukcji u Sotheby’ego w Londynie. Wiele eleganckich przedmiotów, ale i tyle samo przedziwnego kiczu. Trochę to jak sklepiki w starych, angielskich pipidówkach, gdzie kupisz kolekcję drewnianych kaczek, albo uchwytów do ciągnięcia wajchą rezerwuaru w ubikacji. Mnie jednak przypomina się dzieciństwo i ten ponury sklep z zabawkami na lądeckim rynku, tam, gdzie dzisiaj kiosk ma Janusz Sosna, albo gdzieś zaraz obok. Były tam gablotki i półeczki pełne plastykowych i ołowianych żołnierzyków, jakichś innych figurek i całej masy dziecięcej tandety, której widok spawał mnie do podłogi tak skutecznie, że matce nieraz przychodziło odrywać mnie od niej siłą. Składzik w Delft ma ten sam rodzaj czaru, z tą wszakże różnicą, że w sklepie z dzieciństwa panował półmrok pogłębiony ciemnym kolorem drewna, gdy tutaj rządzi jasność perłowej bieli przetykanej granatem ilustracji zdobiących porcelanę.

W końcu nabyłem dwa magnesy na lodówkę i wróciliśmy na rynek.

Dzień był ładny i świąteczny, słowem, jeszcze bardziej turystyczny. Niezniszczalni Japończycy z pirackimi opaskami aparatów na oku, wycieczki emerytów, po złotych okularach i porcelanowych zębach widać – niemieckich, rodziny z dziećmi. Światowo, kolorowo, miło. Tych młodziaków z TU mało, widać tylko na nocne „banse” wychodzą.

Zbliżamy się do gmachu ratusza i oto dostrzegam po jego lewej stronie trzy dziwne konstrukcje wysokości ponad dwóch metrów. Wygląda to jak eskadra bojowych statków kosmicznych jakichś kurduplowatych ufoludków, albo co najmniej modernistyczne solniczki i pieprzniczki z Ikei dla wielkoludów. Za disajnerskimi obiektami stoją gęsto holendry. W odległości dwudziestu metrów już nie ma wątpliwości: smród męskich szczyn (kobieta raczej w to miejsce na siku nie przyjdzie) zdradza, że to pisuary miejskie, delftijskie urynały uliczne, zupełnie bez drzwi, z lichymi tylko przegródkami. Zadziwiający zestaw: XVII-wieczny rynek i XXI-wieczne, spejsiarskie szczalnie niemal w samym jego środku. Bez wątpienia delftijscy studenci musieli nocami regularnie oszczywać magistracki gmach, więc radni zdecydowali o umieszczeniu w sąsiedztwie tych pereł w koronie rynku. Taniej im to wyszło, niż instalowanie kamer i bieganie policjantów za sikaczami.

Zaraz za ratuszem trafiamy na rarytas: w otwartych, szerokich odrzwiach knajpy w XVII-wiecznej kamienicy, występuje zespół muzyczny. Siadamy przy stoliku ustawionego naprzeciw ogródka, zamawiamy napoje i rozkoszujemy się artystycznym wydarzeniem. Lokalni artyści to dwójka gitarzystów, śpiewaczka i ukryty w głębi wyszynku perkusista. Grają nieznane mi covery, da się rozpoznać jedynie softowo grany zespół ACpiorunDC, a i to dlatego tylko, że o tym mówią. Uroda wokalistki, choć nie jest platynową blondynką, bardzo umila popijanie kawki. Becik komplementuje wokalistów i zamyśla się nagle, bo się jej przypomniało, że całkiem niedawno w pobliskim argentyńskim restaurancie jadła wielkiego steka z argentyńskiej krowy, a jak wiadomo argentyńskie krowy dają najlepsze mięso. Masakra!

Ja sam, podziwiając zgrabną wokalistkę, myślę wciąż o poezji wieków zastygłej na fasadzie okalającej muzyków… Żartuję! Tak naprawdę, to zaczęło we mnie rosnąć coś w rodzaju irytacji, bo poczułem głód, poczułem pragnienie pozostania w Delft na kilka tygodni, obijania się w tej mieścinie, wysiadywania nad kanałami z książką w ręce, picia wina na skwerach w towarzystwie szwargoczących, pięknych Holenderek i takich tam różnych… A przecież wiedziałem, że to niemożliwe, że tylko liżę tego cukierka przez papierek i tak już zostanie…

Wracamy do auteczka, Becikowej Szkody Fabii. Po drodze kradniemy jeszcze kilka kiści liliowego bzu z czyjejś posesji, wsiadamy zmęczeni do pojazdu i wracamy do Rotterdamu.

SAM 0985

SAM 0990 SAM 0993 SAM 0996 
SAM 0999 SAM 1001  SAM 1003  SAM 1014
SAM 1015 SAM 1016 SAM 1018 SAM 1020
SAM 1021 SAM 1023 SAM 1025 SAM 1026
SAM 1032 SAM 1041 SAM 1069 SAM 1072
SAM 1077 SAM 1083 SAM 1084 SAM 1088

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here