I znowu ta przyroda

0
13

I znowu ta przyroda

Pojechałem dzisiaj na welocypedzie do G., do Bolesławowa. Wieszak do ściany przykręcić, półkę zamocować, obrazek zawiesić. Wjechałem na rowerku na bolesławowski rynek koło siódmej, w wieczór jesienny, ciemny już i lekko mglisty, trochę jak u Kurosawy

I znowu ta przyroda

Pojechałem dzisiaj na welocypedzie do G., do Bolesławowa. Wieszak do ściany przykręcić, półkę zamocować, obrazek zawiesić. Wjechałem na rowerku na bolesławowski rynek koło siódmej, w wieczór jesienny, ciemny już i lekko mglisty, trochę jak u Kurosawy, lecz bez oczekiwania na dramat. I tak samo cicho. U szczytu ryneczku, pod sklepem chłopaki ładowali kolejne piwka.

U G. się okazało, że plecy ją rypią, kręgosłup zdewastowany za młodu sportem, nie pozwala żyć z uśmiechem. – Pliski bym się napiła – rzekła. Wyszedłem więc do sklepiku, pod którym chłopcy z tymi piwami, a może i winem.

Czapkę mam na łbie, kaptur bluzy też zaciągnięty na styl szemrany… I nagle pod tym kapturem jakieś dźwięki zaczęły mnie atakować. Jakby wycie blokersów, beczenie owiec, wołania trampkarzy przed mutacją, muczenie krów niepojonych… Zsunąłem kaptur.

Powyżej wsi, powyżej Ogrodu Oliwnego – kto był, wie o jakiej magii piszę – jest łąka biegnąca pod wyciąg narciarski. To tam, stamtąd leciały te zawodzenia – rykowisko!

I poczułem taką pychę, taką dumę, taki przypływ próżności, że pomyślałem sobie: I co wy na to, miejskie dupy? Co byście powiedzieli mogąc coś podobnego usłyszeć? Płakalibyście jak kleryk John Preston przy pierwszych taktach van Beetha… Tak sobie właśnie pomyślałem, a pod sklepikiem chłopaki, jak te jelenie na rykowisku swarzyli się tak samo: – Ej, pierdolisz, kurwa, że ja pierdolę, ty popierdoleńcu!

Na tym ryneczku są dwie świecące latarnie. Ich białe światło rozbijało się w animuszu dźwięków, tonęło w cicho o tej porze dostrzegalnej czerwieni, brązie i żółciach opadających jesiennych liści.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here