Z porannych wiadomości do I.

0
16

Na przystanku spotkałem dwoje ludzi. On stary, z bielmem na lewym oku, z szorstkim, przepitym i przepalonym głosem. Ona młoda, lekko korpulentna, na włosach kiepska czarna farba z resztkami przebarwień na skórze czaszki…

Na przystanku spotkałem dwoje ludzi. On stary, z bielmem na lewym oku, z szorstkim, przepitym i przepalonym głosem. Ona młoda, lekko korpulentna, na włosach kiepska czarna farba z resztkami przebarwień na skórze czaszki, złoty lakier odpadający z brudnawych paznokci, pantofle, w których plastykowe podeszwy w połowie oddzieliły się od reszty bucika. Oboje trzeźwi. Ich rozmowa to jakaś forma szczeknięć akcentowanych cmoknięciami i pochrząkiwaniem. Komunikacja w formie szczątkowej… Boże drogi, nic nie wiem o biedzie. Przy nich pod każdym względem jestem bogaczem.

W podróży do Wrocławia. Czuję się jak jeden z bohaterów jakiejś telewizyjnej adaptacji „Hamleta”, którą pamiętam z dzieciństwa. Osobnik ów targał na plecach szafę z precjozami na sprzedaż, artefaktami, relikwiami, a na szyi nosił wieńce czosnku przeciw złym mocom. Ja sam tarabanię się z nowoczesnością: laptopem, projektorem, zestawem szmat wytworzonych z ropy naftowej przez Chińczyków … Kiedy spotkam upadłego bohatera, pozwolę mu pogooglować… A może sam nim jestem: pisząc do Ciebie szukam po kieszeniach telefonu, na którym… piszę do Ciebie… Czyżbym jednak ja sam zbliżał się do szaleństwa Hamleta, do jego choroby? Mam nadzieję, że to tylko drobne przedwczesne demencje, a może reise fiber w drodze do wielkiej aglomeracji?

To jeden z tych dni, kiedy spotykam w nadmiarze ludzi na wózkach, albo mężczyzn o wzroście koszykarzy… Pogoda to istna mizeria. Przystankowicze to niezwykłe spektrum. Matka z małym dzieckiem. Dwóch młodych mężczyzn, stan ich szarych facjat wskazuje wyraźnie, że są po nocy spędzonej w ogłuszających rytmach disco. Człowiek, który jeszcze niedawno jawił mi się jako wzór przystojniaka, dzisiaj spowolniony – zapewne jakimiś psychotropami – z palcami pożółkłymi jak u schizofrenika po pięści. Pięćdziesięcioletni gostek w przeróżnych odcieniach czerwieni, chyba lekarz psychiatra, może artysta, albo sodomita, może wszystko do kupy wzięte w garść ostatnim guzikiem zapiętym pod szyją i złotą obrączką na prawym fuckerze… Powinienem w trosce o własne zdrowie psychiczne dojeżdżać do pracy o godzinę wcześniej. Miałbym na przystanku głównie licealistów, młodych ludzi, którzy zdają się nam pięknieć z roku na rok…

Ósma pięć. Miasteczko jest wyludnione o tej porze. Przebrzmiała właśnie falanga pierwszych nieszczęśników – uczniaków, belfrów i rodziców najmłodszych dzieci. Druga nie ruszy się szybko: fen dusi starszych ludzi, dławi ich osłabione wiekiem płuca, zatyka serca. Ci, którzy wyszli, wyglądają zabawnie, mimo iż wiatr nie jest chłodny, opatuleni są w kaptury i grube liny szalików, płótna ich płaszczy i kurtek nadymają się jak żagle. Ech! Górale zawsze zdradzali jakąś słabość do żywiołu morza. Kto wie czy nie tutaj właśnie objawia się jakiś rodzaj korelacji, są bowiem jak łupiny skromnych kutrów targanych dzikim szkwałem.

Na przystanku spotkałem dwoje ludzi. On stary, z bielmem na lewym oku, z szorstkim, przepitym i przepalonym głosem. Ona młoda, lekko korpulentna, na włosach kiepska czarna farba z resztkami przebarwień na skórze czaszki, złoty lakier odpadający z brudnawych paznokci, pantofle, w których plastykowe podeszwy w połowie oddzieliły się od reszty bucika. Oboje trzeźwi. Ich rozmowa to jakaś forma szczeknięć akcentowanych cmoknięciami i pochrząkiwaniem. Komunikacja w formie szczątkowej… Boże drogi, nic nie wiem o biedzie. Przy nich pod każdym względem jestem bogaczem.

 

W podróży do Wrocławia. Czuję się jak jeden z bohaterów jakiejś telewizyjnej adaptacji „Hamleta”, którą pamiętam z dzieciństwa. Osobnik ów targał na plecach szafę z precjozami na sprzedaż, artefaktami, relikwiami, a na szyi nosił wieńce czosnku przeciw złym mocom. Ja sam tarabanię się z nowoczesnością: laptopem, projektorem, zestawem szmat wytworzonych przez Chińczyków z ropy naftowej… Kiedy spotkam upadłego bohatera, pozwolę mu pogooglować… A może sam nim jestem: pisząc do Ciebie szukam po kieszeniach telefonu, na którym… piszę do Ciebie… Czyżbym jednak ja sam zbliżał się do szaleństwa Hamleta, do jego choroby? Mam nadzieję, że to tylko drobne przedwczesne demencje, a może reise fiber w drodze do wielkiej aglomeracji?

 

To jeden z tych dni, kiedy spotykam w nadmiarze ludzi na wózkach, albo mężczyzn o wzroście koszykarzy… Pogoda to istna mizeria. Przystankowicze to niezwykłe spektrum. Matka z małym dzieckiem. Dwóch młodych mężczyzn, stan ich szarych facjat wskazuje wyraźnie, że po nocy spędzonej w ogłuszających rytmach disco. Człowiek, który jeszcze niedawno jawił mi się jako wzór przystojniaka, dzisiaj spowolniony – zapewne jakimiś psychotropami – z palcami pożółkłymi jak u schizofrenika po pięści. Pięćdziesięcioletni gostek w przeróżnych odcieniach czerwieni, chyba lekarz psychiatra, może artysta, albo sodomita, może wszystko do kupy wzięte w garść ostatnim guzikiem zapiętym pod szyją i złotą obrączką na prawym fuckerze… Może powinienem w trosce o własne zdrowie psychiczne dojeżdżać do pracy o godzinę wcześniej? Miałbym na przystanku głównie licealistów, młodych ludzi, którzy zdają się nam pięknieć z roku na rok…

 

Ósma pięć. Miasteczko jest wyludnione o tej porze. Przebrzmiała właśnie falanga pierwszych nieszczęśników – uczniaków, belfrów i rodziców najmłodszych dzieci. Druga nie ruszy się szybko: fen dusi starszych ludzi, dławi ich osłabione wiekiem płuca, zatyka serca. Ci, którzy wyszli wyglądają zabawnie, mimo iż wiatr nie jest chłodny, opatuleni są w kaptury i grube liny szalików, płótna ich płaszczy i kurtek nadymają się jak żagle. Ech! Górale zawsze zdradzali jakąś słabość do żywiołu morza. Kto wie czy nie tutaj właśnie objawia się jakiś rodzaj korelacji, są bowiem jak łupiny skromnych kutrów targanych dzikim szkwałem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ