Z codzienności

0
19

Dzisiaj, ufam, ostatnia próba przed happeningiem, w którym udaję przedwojennego Żyda. Nawet nie wiem jak się to nazywa. Wiem za to, że będziemy grać w sobotę, gdy padać będzie pierwszy w tym sezonie śnieg.
W środę próba solowej miniatury Przespałem moją stację… według Raymonda Queneau pod jakiś festiwal w Nysie.
U K. oglądałem impresje filmowe ze spektaklu grupy „Strefa ciszy”. Ładne uliczne przedstawienie przypominające Alegrię Cirque du Soleil.
Tymczasem czytam: Tybetańską księgę życia i umierania Sogjala Rimpocze, Buddę z przedmieścia Hanifa Kureishi, Dziecko na niebie Carrolla.
Dla odmiany nie oglądam filmów żadnych od 2 tygodni.
Na ławie leży prosząca o kontynuację pastelowa ilustracja do Trupów.
Przykryłem ją innym kartonem, żeby mnie nie drażniła, nie zmuszała do roboty, bo nie mam ostatnio nuty do tego dziobania.
Z pracy. Skończony skład tabel do cennika katalogu produktów jakiejś firmy; cholernie siermiężna, nudna walka przez półtorej tygodnia. Po prośbie korekta szkolnego tekstu M. Od jutra powrót do książki kucharskiej i adaptacji historycznych wydarzeń w Hrabstwie Kłodzkim. We łbie kolebie się i układa sztuka na czterech aktorów dla M., zręby już są, ba, schemat nawet cały, a raczej wątek fabularny, ale co dalej, co w detalach? Od poniedziałku muszę zacząć pisać adaptację Wigilijnej opowieści na potrzeby lokalnego rynku.
W portfelu parę dych… los pariasa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here