Zapiśnik 2009

0
23

A oto fragment zapiśnika z grudnia 2009, odnalezionego z bebechach laptopa.
Jest zima. Wprawdzie bez śniegu, ale tym gorzej. Wychodzę do pracy, kiedy jest ciemno i wracam do domu, gdy ciemno. Ranki przy tym są subtelniejsze, zdają się trwać na granicy snu (z łóżka zrywam się o 7.05, na przystanku autobusowym melduję się średnio o 7.27, słowem, stojąc w wiacie nie jestem jeszcze rozbudzony) i niepewnej, często trochę niechcianej, rzeczywistości. Na przystanku przez kilka minut stoję z młodzieżą liceum licealną. Podróżujemy razem. To… No właśnie, nie sposób nie powrócić teraz do Gombrowicza, by stwierdzić, że wieśniacy (chłopi) nasi przestali szczekać, ich mongoidalne rysy wygładziły się do twarzy pięknych i ciał kształtnych. Dodam, iż mam wrażenie, że epoka wulgarnych dzieciaków z zawodówki dojeżdżających do kolejówki czy budowlanki, chyba jakoś już przebrzmiała. Nic mądrzejszego nie wypływa z ich ust, ale wrzaskliwy, barbarzyński język zanikł… sam zdaję się używać większej ilości wulgaryzmów, niż oni wszyscy razem wzięci.

Podziwiam tych młodych Polaków, jak stary Witoldo podziwiał młodych Argentyńczyków. Ale nie rozpatruję ich urody tylko z punktu widzenia relatywnie coraz trwalszego dostatku, w jakim zostały ukształtowane.
I mnie, tak jak Gombra, oni przerażają i zachwycają zarazem z jednego powodu: niedojrzałości. Ta niedojrzałość ma w sobie ten boski rodzaj absolutnej czystości, tej niespolaryzowanej myślą spontaniczności, dziewiczej głupoty. Czystość ta nieskalanie jest pięknem w najbardziej subtelnej, a jednocześnie zwierzęco niewinnej formie. Aż przykro myśleć, że już wkrótce staną się tacy, jak my! Wchłonięci zostaną przez machinę systemu. Zdyscyplinowani, zdominowani przez kulturowe stereotypy, zaczną pracować po to tylko, by mieć, założą rodziny po tylko, by być takimi, jak inni w ich otoczeniu. Bez cienia refleksji. Organiczne automaty.
A jednak nie to mnie przeraża najbardziej. Wpadam w popłoch, gdy sobie pomyślę, że mógłbym nagle wrócić do tego cielęcego stanu młodości. Jestem naprawdę przerażony. Co ciekawe, boję się w tym najbardziej jednej rzeczy: huśtawki emocjonalnych nastrojów. Niczego tak się nie boję, jak tego, że znowu uległbym emocjom, których powodów bym nie znał. Prócz typowych dramatów życiowych (nie zdradzę jakich), nic mnie nie dotykało tak mocno, jak fala złości zalewająca moje wnętrze, której nie byłem w stanie pohamować, bo nie wiedziałem gdzie jest jej źródło. Była tylko złość, która chciała się ulotnić. I może dlatego pomysł na wieczną młodość jest dla mnie pomysłem tragicznym… Być wiecznie młodym? Nic straszniejszego. Po czterdziestu latach życia stale łapię się na powtarzających się sytuacjach. Miałbym więc dojść do momentu, w którym wszystko już byłoby tylko i wyłącznie powtórzeniem? Nawet będąc hedonistą, czy nie musiałbym jednak w końcu uznać, że powodując i pozostając w ciągłym stanie przyjemności w końcu przestałbym przyjemność odczuwać?… Ileż tak naprawdę w każdym z nas jest Doriana Greya?
Wróćmy jednak do młodości.
To dzięki młodym, podróżując rankiem, funkcjonuję na granicy snu i jawy, onirycznej, cóż, nazwijmy to po imieniu, sentymentalnej wycieczki w przeszłość i rzeczywistości przykutej do mnie, jak kula do nogi. A piszę o tym, ponieważ to jeden z tych niewielu momentów w codziennym życiu zwykłego człowieka, w którym można zakosztować owego pęknięcia, złamania czy załamania wizji własnej drogi. To ta chwila, kiedy będąc świadomym i racjonalnym umysłem, wychodzisz zarazem poza jego ramy, oddajesz się bezkrytycznie dostrzeganej wolności. Czy zatem wolności nie posiada się tylko i wyłącznie porzucając jakąkolwiek świadomość swoich dążeń i racjonalizację ruchów? Co na to powiedziałby pan Suzuki?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here