Z raju do Raju

2
68

„Finezja” czy „Raj Pstrąga”? Miałem ochotę na konkretne jedzenie. U Gieni dostałbym schaboszczaka wielkości tenisowej rakiety, wiaderko ziemniaczków puree i drugie, zwane bukietem sałatek, a nadto w karcie są buraczki zasmażane, takaż kapusta i zimny cydr lubelski!

„Finezja” czy „Raj Pstrąga”? Miałem ochotę na konkretne jedzenie. U Gieni dostałbym schaboszczaka wielkości tenisowej rakiety, wiaderko ziemniaczków puree i drugie, zwane bukietem sałatek, a nadto w karcie są buraczki zasmażane, takaż kapusta i zimny cydr lubelski! Wszystko w godziwej cenie. Z tym większym smakiem wchłonąłbym ten wspaniały melszpejz dla atlety, lecz w tym właśnie problem, bo już do mnie Brunio Krajewski podbiega, maluch, i mi rączką kręcąc po moim brzuchu, miauczy: a teraz włączamy bęben maszyny losującej! W „Raju Pstrąga”, psiakrew, skromnie: zjem tego szczupłego łobuza pstrąga – gdyby pstrąg był człowiekiem, byłby szczupły jak biegacz Stachu Chomyn, słynna Lądecka Lokomotywa, bo Chomyn i pstrągi mają takiego bigla na tęgi dryf, nawet te hodowlane – i co dalej, na pewno będzie ssać! Ale ten brzuch!

Więc powstrzymałem się i jako matuzalem, patriarcha i tyran, rzekłem do Izy i Witolda: – Do „Raju Pstrąga”.

Dobrze, zgoda, przesadziłem z moją tyranią, ostatecznie decyzja zapadła demokratycznie: Witlas był niepocieszony, bo młody jest, żre jak koza, wszystko i bez ograniczeń, choć bywa też smakoszem. Iza zadowolona, je, dla odmiany, tyle, co moja matka podsypywała ptakom na parapet, więc stanęło na moim. I Izy. I powiozła nas Iska buraczkowym auteczkiem z Lądeckiego Wehikułu Czasu wprost w sobotę ostatnią do Goszowa.

logo raj pstrąga

Nie jestem rybojadem, ale lubię pstrąga, a jeszcze bardziej lubię mieć dobre miejsce, w którym dobrego pstrąga się podaje.
„Raj Pstrąga” – wąski tęczowy most dla tych rybek, miejsce, z którego pstrągi idą do nieba czwórkami, bo już nie mają czasu – leży w wypłaszczeniu doliny ciągnącej się od Młynowca w stronę Sowiej Kopy, górskiej wyspy dzielącej Stronie od Starego Gierałtowa. Łowisko oddalone jest od szlaków, jedyna droga prowadzi właśnie tutaj. Na ciszy wspiera się fenomen tego miejsca, na dużej, zatopionej w zieleni przestrzeni, bo i gdy nawet więcej ludzi się zjawia, nikt tutaj nikomu na głowę nie wchodzi.

Od ilu lat przybywam w to miejsce? O, żesz! Wkrótce minie ćwierćwiecze! Od Bez mała dwudziestu pięciu lat docieram tutaj ze znajomymi i przyjaciółmi, na obiad, kolację, przyjęcia urodzinowe i firmowe rauty.

Zjawiałem się, gdy urzędował tutaj Jasiu Kuźmiński i jego magiczni pracownicy. Fisze wtedy smażył jednonogi kucharz, nieogolony, lekko brudnawy, zawsze w kaszkietce na głowie kusztykał pod okapem polowej kuchni, jak nadkomisarz Clouseau po nabrzeżu Sekwany w przebraniu od pana Jajca. Że był brudny co nieco, a może czasem bardziej? Phi! I co z tego? Czy ja jestem Amerykanin, który jest tak wyjałowiony, że po pierwszym lepszym posiłku w lokalnej knajpce w Indiach, na Filipinach, albo w Tunezji dostaje czterodniowej sraczki, przez co podróżuje wszędzie z mapą lokalizacji knajp McDonald? W życiu! Jestem szczęśliwcem, który całe dzieciństwo zajadał się kiszoną kapustą ugniataną w kamionce stopami mojej matki i później własnymi. Fuksiarzem, który całe dzieciństwo żłopał świeże mleko i maślankę od gospodarzy, którzy z dużą wątpliwością myli się raz na dwa tygodnie. Farciarzem, który w dzieciństwie i młodości gasił pragnienie wodą sodową z ulicznego saturatora, którą podawano w ledwie przemytych szklaneczkach. Jestem… Dość na tym, że jednonogi kucharz smażył najlepszego pstrąga saute, jakiego w życiu jadłem.

Za kelnerkę robiła wówczas wąsata metresa pana Jana, Ukrainka tleniona na blond, spod którego nieodmiennie przebijały czarne odrosty, istota nader wulgarnej, mocno plebejskiej urody. Przypominała bardziej średniowieczną kuchtę, niż szefową kelnerek w przybytku, do którego zjeżdżały na popijawy niebyle jakie tuzy, od biznesmenów począwszy, a skończywszy na politykach. Zjawiała się nieodmiennie w jakichś zatłuszczonych fartuchach wyjętych z historii geesowskich knajp, z marsem na twarzy i językiem polskim na poziomie kali być, a z oczu jej patrzyło tak, jak temu dobermanowi Duninowskich, taka tępota, że nie wiedziałem czy do trzech potrafi zliczyć, bo ten doberman był wyjątkowym kretynem i wystarczyło, że założyłem na głowę nową czapkę, a nie poznawał mnie i rzucał się, jak na złodzieja… Och, oczywiście ukraińska metresa pana Jana nie rzucała się na mnie, cóż, tak tylko mi się przypomniało przez te jej oczy bez cienia wyrazu, po wtóre mam słabość w popadaniu w didaskalia, co nie znaczy – jak stwierdził onegdaj doktor Lewiński – że nie mam dobrej autoreferencji, bo tak czy inaczej to był ten przaśny klimat, naturalna wiejska prostota czasów komuny, która już prawie zanikła i trochę człowiek za nią tęskni, jak za utraconą młodością, choć, cholerka, nie była to młodość miodem i mlekiem płynąca.

I zjawiałem się w „Raju Pstrąga”, gdy nastały tam rządy Eli, a w zasadzie jej męża i zaczęło się robić schludniej, bardziej światowo, ale zarazem jeszcze bardziej zielono, a więc pięknie, bo Ela i jej mąż nie zaprzepaścili tego przybytku, ale podkręcili go, ulepszyli na swój sposób.

Wreszcie w maju tego roku rozpoczęła się nowa epoka, bo Ela sprzedała „Raj Pstrąga” jakimś przyjezdnym młodziakom, a ja zjawiłem się tam zaraz w czerwcu, nieświadomy zmiany, która zaszła, co mi prawie natychmiast pokazał gadatliwy młokos, który zanim jeszcze usiedliśmy do stołu, rozpoczął bezpretensjonalną perorę tyczącą stanu pogody, a okraszoną ciekawą wadą wymowy, która, jak sądzę, zjednuje mu damską część klienteli. Nie jąka się, ani nie zacina, co byłoby przecież straszne, bo kiedy rozmawiam z jąkałą, sam po chwili zaczynam się jąkać, lub zacinać. W opinii Iski, co tylko potwierdza moją teorię o urzeczonych kobietach, młody gospodarz dysponuje pięknym francuskim „r”. No! Już ja wiem jak to działa na słuchacza, bo nigdy nie skończyłbym kursu z logiki na studiach, gdyby doktor Magdziak nie miał wady wymowy, która była tak fantastyczna, że inspirowała mnie do wysłuchiwania tych jego matematycznych farmazonów. Więc młody z „Raju Pstrąga” z pewnością zjednuje sobie sympatię kobiecej klienteli francuskim „r”, bo przecież fakt, że jest przystojny, to zaledwie dodatek do jego gadatliwej osobowości. Więc zanim dotarliśmy do kontuaru, już było wiadomo, że mamy tutaj nową awangardę, której część męska biega po całym zakładzie gastronomicznym, czasem pichci rybki, lub inne potrawy, ale raczej zabawia gości rozmową, co jest znakomitą szkołą obsługi klienta, której z podobną słabością oddaje się na przykład Tadziu Główka w zacnym „Hubertusie” w Siennej. Natomiast już przy bufecie, przekonaliśmy się, że jest też inspirująca część żeńska owej awangardy: szczuplutka, ba, filigranowa, chyża i cholernie kompetentna dziewczyna, która obdziela klientów radosnym uśmiechem i szczerym zadowoleniem z samego faktu, że się tutaj zjawili. W ogóle nie muszą nic zamawiać! I tak będzie szczęśliwa, bo przyszli… Domena gospodyni!

raj 1

Oczywiście nie jest to cała załoga „Raju Pstrąga”, bo na zapleczu widziałem przecież dziewczyny ze Stronia, ale prawdziwą, chodzącą egzotyką jest nadworny kucharz łowiska – Sycylijczyk o miłej, wiecznie uśmiechniętej fizjonomii.

Alele! Hola, hola! Bo ja znowu gadu, gadu, a wciąż z opowieścią o sobocie w lesie jestem, stale na manowce wypadam, w maliny wchodzę i zaraz mnie Ada z Wrocka w komentarzach napisze, że w „nonszalancję fonologiczną” popadam, „dłużyzny i kulawą stylistykę”. Jakby to nie była kolejna knajpiana opowieść, zwykły żywiec, prosta historyjka o życiu, o tym, co się ludziom przytrafia i o czym warto opowiadać, bo przecież piękno leży w każdej historyjce, wystarczy je tylko dojrzeć, a powstaje z niej coś znacznie więcej…

To może idźmy już do soboty, bo kiedy tam zjechaliśmy było koło siódmej wieczorem i szczęściem dla nas klientów było mało, więc nikt nas przy barze oddechem na kark nie napierał: no, wybierzże, do cholery, człowieku, co chcesz i zamów, bo tak stoisz i marudzisz tylko, kiedy mnie się spieszy… Ale zaraz, moment, bo wszystko zaczęło się inaczej, zaczęło się od tego, że na parkingu zorientowaliśmy się z Witkiem, że mamy zaledwie dwa papierosy, a to prorokuje bardzo krótki pobyt w „Raju Pstrąga”, gdy tymczasem chcieliśmy po rybce posiedzieć dłużej jeszcze przy piwku, no, może dwóch piwkach. Nie odważyliśmy się jednak namawiać Iskę na powrót do Stronia, więc weszliśmy na łowisko, gdzie natychmiast objawił się nam gospodarz, który powitał nas, jak starych znajomków i przy nas rzucił do gospodyni, że w takim razie leci na te szybkie zakupy do miasteczka. Mieliśmy go! Już nie mógł się wykręcić, obiecał kupić paczkę papierosów i pojechał, a co do wyboru pstrąga byliśmy jednomyślni, każde zamówiło grillowanego pstrągulca, choć przyznam, że jestem fanem prostego smażenia tej ryby. Trudniej było z piwkiem, którego młodzi mają ponad 30 gatunków i człowiek się gubi jak ten osioł przy korytkach, w końcu jednak wybraliśmy i mogliśmy wyjść na zewnątrz, pod daszek, pokosztować browarka i otumanić się nikotyną.

Po kwadransie mogliśmy się przekonać, że pstrąg grillowany nie ustępuje smażonemu, innymi słowy, nie zjedliśmy tych rybek, lecz je wessaliśmy, zupełnie tak jakby to zrobił ten wsysający wszystko stwór z „Yellow Submarine”, pięknej kreskówki do muzyki The Beatles. A kiedy kończyliśmy już surówki, pojawił się gospodarz z pytaniem typu: jak państwu smakowało? Lecz zanim zdążyliśmy się pozachwycać, już leciał w stronę grilla i opału, że używają tego trudniejszego w rozpalaniu, za to rybki palce lizać, na co oblizaliśmy te palce, bo do słowa dojść się nie dało, dopóki nie zapytał skąd jesteśmy, na co Witlas bez wahania odrzekł, że z Rewala przyjechaliśmy na kontrolę smażalni. Eksplodowaliśmy z Iską śmiechem, bo na to samo nabierał kilka godzin wcześniej lądeckich kuracjuszy, którzy pytali po co rozkładamy stoły na trawniku zdrojowego parku. – My z Rewala – odrzekł. – Zaraz będziemy sprzedawać tutaj owoce morza i różne krewetki. Gospodarz goszowskiego łowiska dopiero po chwili zakąsał bryłę i zaczął rechotać z nami.

I tak słowo do słowa i się zaczęło, trafił swój na swego, on gaduła, każde z nas gaduły, więc się zaczęło, bo on klientów nie miał do wygadania się na poziomie jego potrzeb, a nam się zachciało drugiego piwka, bo już te papierosy były i wieczór piękny, i miejsce czarujące, i dupa przyciężka się zrobiła od pysznego jedzenia, i do domów też nam się nie spieszyło.
Zaczęły się opowieści lustracyjne.
– Z Wrocławia jesteś? – Do niego.
– Z Wrocławia, ale w zasadzie to z Rzeszowa.
– To jak warszawiacy z Warszawy, ale w zasadzie z Pułtuska.
I śmiech.
– A wy?
– No jak? Z Rewala! Ten robi na kutrze. Ja na barce. – Witlas odpowiada. – Wyobrażacie sobie Louisa Armstronga śpiewającego papieską barkę?
I zaczyna znakomicie parodiować Louisa:
– O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś, Twoje usta dziś wyrzekły me imię…
Znowu pękamy ze śmiechu.
I tak zaczyna się koncert kpiarstwa i ironii.
– Ponoć macie Włocha tutaj, Sycylijczyka – mówię.
– Mamy – gospodarz na to. – Nasz były sąsiad we Wro i szwagier Asi.
– I jak się czuje w kraju Lachów?
– Jest tutaj od wiosny – odpowiada młodziak i zaciera dłonie. – Doskonale… Już tylko czekamy na zimę!
Słaniamy się ze śmiechu.

Z piwem dla gospodarza dociera gospodyni i muza. Niby to na chwilę, ale zapala papieroska. Powstaje rozgardiasz, bo ktoś do toalety, ktoś po piwo, ktoś wreszcie kontroluje czy w „Raju Pstrąga” jest spokojnie i należycie. W końcu znowu siedzimy na swoich miejscach.
– Może warto się poznać – to duch spotkania, nikt z nas.
Witek się podnosi.
– Witold – podaje rękę gospodarzowi.
– Dominik – mówi gospodarz.
Wstaję i podaję rękę gospodarzowi.
– Tomasz – mówię.
– Ryszard – odpowiada ściskając mi dłoń.
– Rozamunda – Iza kłania się Dominikowi.
– Państwo jesteście z Rewala, słyszałam, że z Rewala – powiada gospodyni. – Jestem Asia.
Parsknięcie śmiechem.
– O jejku, bo ja wszystko łykam jak pelikan, czyli nie jesteście z Rewala.?
Jeszcze większy wybuch śmiechu.
– No co, nie byłby to fason, że klienci z Rewala docierają aż tutaj, by spróbować najlepszych pstrągów w Polsce? – Broni się dziewczę. – Dbam tylko o interes.
– Jesteśmy z Rewala – zapewnia Witlas.
Salwa śmiechu.
– To suche było – Iska na poważnie ripostę stawia Witkowi.
– Tato, ona chce mnie bić – skarży się Witek w moją stronę.
Dominik i Asia patrzą na nas z niedowierzaniem. Znowu nabierka. Witlas przechodzi w ton oficjalny.
– Bo wydawać się może dziwnym i takim jest, ale to właśnie mój stary. – Wskazuje na mnie.
– Jak się, gówniarzu, do tatusia odnosisz?! – Ja.
– Przepraszam – błagalnie. – Tato.
Bomba śmiechu.

Asia się podnosi, musi iść skontrolować sytuację, bo za chwilę do domów rozejdą się wsółpracownicy. Dominik prosi o piwo.
Rozmowy dalej są w tonie drwinek, autoironii, ale pojawia się coraz więcej opowieści. Zaczynamy z Witkiem opowiadać o Stroniu i jego mieszkańcach, nie bez dumy, rzecz jasna. Najsmaczniejsze kąski wyciągamy; oczywiście nie brakuje historii muzycznej Stronia Śląskiego z młodszym Bułacińskim na czołowym miejscu tego leksykonu, dykteryjek o wujku Jacku, jak każemy Witkowi zwracać się do Ninji, wreszcie opowieści o Teatrze, Którego Być Nie Powinno i tym podobnych odpryskach przeszłości i teraźniejszości.
– Widzieliście najlepszą reklamę budki z kurczakami na świecie? – Pyta Witlas. – Stoi koło „Dino”. Jak to szło, ojcze?
– Ta letko niemiecka? „Ręce do kury”! – odpowiadam.
Iza wyciąga swoje historie z różnych miejsc, do których podróżowała. Dominik opowiada o Rzeszowie, a wreszcie o ich planach rozwoju łowiska.
Wraca Asia, oprócz piwa dla Domina niesie na półmisku pstrągi wędzone. Tak dla odmiany.
– Sąsiad nas tutaj odwiedza – mówi gospodarz – i za każdym razem chwali się, że właśnie zjadł kurczaka albo mielonego, a ty co? Do mnie mówi, znowu te pstrągi?

Robi się 22.00. Asia zaczyna opowiadać o ich udziałach w komediancko-charytatywnych zlotach zwanych „Złombol”, na których w różnych miejscach Europy spotykają się właściciele samochodów wyprodukowanych w czasach istnienia bloku wschodniego. To nie tylko zwariowana przygoda, ale właśnie spora akcja charytatywna, bo wszystkie dochody z reklam, którymi opatrują się pojazdy, ale także wolne dary uczestników tego zlotu, idą na polskie domy dziecka. Setki fiatów, polonezów, ład, trabantów, wartburgów, nysek, żuków, a nawet peerelowskich autobusów wyruszają z różnych miejsc Polski, by spotkać się w jednym punkcie gdzieś na mapie Europy. Taki mają plan wakacyjny.

Iska i Witek proszą gospodynię o pożyczenie koców, robi się sudecki sierpniowy wieczór, słowem, ciągnie porządnie po plecach. W końcu jednak nie wytrzymujemy i wycofujemy się do budyneczku baru, gdzie Witlas dopada gitarrrę! I zaczyna rzeźbić jakieś kawałki. Opowieści toczą się w różnych kierunkach, na zasadzie skojarzenia związanego z ostatnią czyjąś wypowiedzią.
– Skończyłem PPT – mówi Dominik.
Oczy zamieniają się nam w spodki. Podstawowe problemy techniki, najtrudniejszy wydział na wrocławskiej politechnice. Dla mózgowców.
– O! Kolego! – Krzyczę. – Kujon!
– A gdzie tam – odpowiada gospodarz. – Chciałem się wyrwać z Rzeszowa i trafiłem do Wrocławia, który mi się spodobał. A że z natury jestem leniwy, to jak wybierałem studia, to wybrałem te, gdzie było trzeba najmniejszą ilość punktów. Ni cholery nic nie wiedziałem o PPT. Jak o tym mówiłem komuś we Wrocławiu to się krzywił tak jak ty. Ale wnet się zorientowałem, że się wpakowałem. Tyle, że się już uparłem, że nie poddam się. I się nie poddałem. Asia też jest po PPT.

I tak mija ten wieczór, tak nam mija ten wieczór, że kiedy wychodzimy z „Raju Pstrąga” jest druga w nocy, a po tych piwkach człowiekowi się przypomina Kobuszewski dyktujący Gołasowi: i wężykiem, wężykiem!

Tymczasem samochód zostaje na parkingu, rano się wstanie i znowu dotrze w to miejsce. Prognozy zapowiadają kolejny upalny, letni dzień.

Rankiem leje, jak przy oberwaniu chmury… Ale sobota była piękna.

 

Zdjęcia pochodzą z zasobów łowiska „Raj Pstrąga”.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here