Z porannych herezji

0
11

Od czasu do czasu napada mnie niedorzeczna tęsknota za dowiedzeniem się, co „tam  słychać w świecie”. Telewizora się nie tykam (co za satysfakcja, że kreatury z publicznej – i to w świetle prawa, wyobrażacie sobie! – nie przyjdą do mnie po abonament), z radiem też jestem na bakier, a co do prasy codziennej, to po prostu pieniążka szkoda. Zostaje sieć. To zresztą trochę jakby mieć wszystkie media do kupy.

Od czasu do czasu napada mnie niedorzeczna tęsknota za dowiedzeniem się, co „tam  słychać w świecie”. Telewizora się nie tykam (co za satysfakcja, że kreatury z publicznej – i to w świetle prawa, wyobrażacie sobie! – nie przyjdą do mnie po abonament), z radiem też jestem na bakier, a co do prasy codziennej, to po prostu pieniążka szkoda. Zostaje sieć. To zresztą trochę jakby mieć wszystkie media do kupy.

Przez dwa dni – więcej nie daję rady – siedzę, grzebię, czytam portale takie i owakie, potencjalnie sensowniejsze blogi, czasem coś o innej formule. Same informacyjne smakołyki. No, nie do końca, bo tematy ogólne – choć trzymają silne trendy: 6-latki, wy dziady i nieroby, won do szkoły! „Nie sprzątnę klatki chomika, bo Smoleńsk!” Księża to same pedofile, a ten Krolopp to ksiądz największy! Polska znowu kopaną dostaje w dupę! W Poznaniu na Kongresie kobiety walczą ze sobą o prawa dla siebie itp. – mocno już cuchną. Termin ważności w zasadzie minął, lecz zawsze będą istnieć jakieś tematy samograje. A przede wszystkim szczwane dziennikarzyny nie muszą odstawiać gibona w nakręcaniu nowego ogólnospołecznego problemu. Reszta leci, a właściwie pędzi, jak co dzień, raz za razem mamy do czynienia z 15 minutami czyjejś sławy, którą za jakiś czas można – z braku laku – odgrzać. I wszystko to – niezależnie czy samograj, czy głupkowata sensacja – zalane jest papką reklam, które stały się skaraniem boskim mediów.

W czasie takiej sesji, już po krótkiej chwili, napada mnie nieodmiennie to samo wrażenie: oto oglądam „Przebudzenie” z Williamsem i De Niro. Pamiętacie diagnozę dr Sayera (Williamsa)? Porażeni opisywanym choróbskiem popadali w stupor, jednak lekarz ten zauważył, że jest on efektem przypominającym objawy choroby Parkinsona, czyli drżączki poraźnej. Otóż wydawało się, że amplituda drgań ciał pacjentów osiągała taki poziom, że ruch zanikał zupełnie, pojawiało się osłupienie, drętwica. To samo jest z mediami: dygot zmienności osiągnął w ich przestrzeni taką prędkość, że już nic się w tej fali informacji nie dzieje. Ten świat stoi w miejscu.

Więc i ja, jakkolwiek bez rozedrgania, przystaję. Bo choć wielokrotnie już zadawałem sobie to pytanie, ponownie jestem nim zaskoczony: o co, do ciężkiej cholery, w tym chodzi? O, nie, nie tylko o szmal, a raczej wcale nie o szmal. Potrzeba posiadania pieniędzy jest zawsze pochodną innych potrzeb (chyba, że ktoś jest zafiksowany na trzymaniu ich, jak węża piaskowego – różne są przecież fiksacje). Pochodną tych właśnie potrzeb, które produkowane są głównie w medialnej przestrzeni komunikacyjnej jest komunikacja (a jeśli czyta to któryś z macherów od tych spraw, to tak, wiem, że poza komunikacją nic nie istnieje, jednak dla jasności wywodu ograniczam ją tutaj do mediów i ich odbiorców, póki co, dobra?).

O co w tym, do jasnej Anielki, chodzi?

Czas na woltę, bo tak oto dotarliśmy do meritum, w którym chcę opisać własny punkt widzenia na nasze potrzeby. Świat mediów był tylko jaskrawym przykładem tego, w jaki sposób i w jakiej przestrzeni produkowane są pewne potrzeby. To wszakże nie ogranicza innych płaszczyzn, gdzie stale są nam one implementowane.

Ranek jest najlepszy do zaglądania w siebie. Umysł nie jest tak zatłoczony, jak wieczorem. Po pierwszym łyku kawy marzenia senne rozpływają się, jak cienie w letni dzień. Spokój pomnażam siadając do stołu, chwytam pióro i zaczynam notować; to mój sposób na skupienie. Umysł robi swoje, składa te leniwe, niedopowiedziane, skrótowe zdania. Świadomość jest przy nim, ale zarazem skłania się ku uczuciom, które zaczynają wypływać z… skąd? Z nieświadomości, podświadomości? Z nich także, ale to proces bardziej złożony, istnieje bowiem pewna korelacja między wszystkimi składnikami tak ujmowanej osobowości, nie wyłączając danego momentu, w którym się ona znajduje… W każdym razie po kilku zdaniach staję się na tyle spokojny, że zaczynam uświadamiać sobie żywione właśnie uczucia.

I tam, z jakichś moich czeluści, z jakichś światów zapomnianych zaczynają się dobijać do progu świadomości najprzeróżniejsze rzeczy. Czasem jestem zdolny je rozróżnić, określić ich pochodzenie. Ostatnio jednak coraz mniej jestem skłonny do ich definiowania. Jeśli nie rzuca mi się do gardła jakaś natrętna emocja, zwę ten cały zespół „szumem” i zostawiam w spokoju.

Dlaczego zaprzestaję tej swoistej autopsychoanalizy? Dlaczego nie rozkładam każdego uczucia, każdej emocji na części pierwsze, by przynieść sobie ulgę (uczucie przestaje dogryzać, jeśli je „zdiagnozujesz”)? Ponieważ to orka na ugorze. Ponieważ pomoże mi to jak umierającemu kadzidło.

Ponoć kiedy wyszedłem z łona matki, przetarłem piąstkami oczka, rozejrzałem się i rzekłem: dziwny jest ten świat. Taka była pijacka wersja Staszka Pawlęgi, mojego ojca. Faktem jest, że ledwo oberwałem w dupinkę, by złapać pierwszy oddech, a już zaczęło się programowanie: język, dominacja, dyscyplina, komponowanie potrzeb, umoralnianie, rozwój potrzeb, nauka, gromadzenie i nawykanie do potrzeb. Proces ten nazywa się socjalizacją postawy. Jest to w gruncie rzeczy nic innego, jak programowanie zachowań i potrzeb jednostki, począwszy od elementarnych, a szczególnie skończywszy na „wyższych”.

„Wiesz, wysłałam naszego małego do przedszkola, żeby socjalizować jego postawy”. „Pański syn nie zsocjalizował się w naszym przybytku, jest wciąż niegrzeczny i agresywny”. „Socjalizacja mojego dziecka przebiega prawidłowo: nie gryzie już koleżanek”. „Z uwagi na brak dyscypliny i mówiąc delikatnie aspołeczne postawy, zostajesz relegowany z naszej uczelni”. „Oskarżony zostanie poddany dwudziestoletniemu procesowi resocjalizacji w Alcatraz, w ten sposób przywrócimy go społeczeństwu”.

Mam ponad czterdzieści lat i niedawno zrozumiałem, że powinienem zacząć proces własnej desocjalizacji. Mając czterdzieści lat pojąłem, że czas mi dążyć do amoralności. Mając ponad czterdzieści lat zdałem sobie sprawę, że jestem cholernym wysypiskiem milionów dokonań i grzechów ludzkiej kultury, bezkresną hałdą socjalnych programów wciskanych jednostce przez społeczeństwo od tysięcy lat… A potem, ze smutkiem skumałem, że patykiem Wisły nie zawrócę: każdego dnia, każdego wieczoru kładąc się spać, czuję w sobie dziesiątki kolejnych kulturowych pocisków, granatów i torped, którymi zostałem dzisiaj zbombardowany. Ba! Krańcowość mojego położenia jest przecież taka, że kto ma kogo analizować? Czyżby „ja”, które jest zespołem programów miało być analizowane przez „ja”, które jest dokładnie tak samo zespołem programów, choć nieco innych. Mógłbym przez kolejne dwadzieścia lat siedzieć każdego dnia samotnie w pokoiku, a to, co jest we mnie wykona robotę niezgorszą od świata całego. Autopsychoanaliza jest walką z wiatrakami.

Nie biłbym tej całej piany, gdyby nie jeden drobny fakcik: ów szum, cały ten niepokój wynikający z ciągu potrzeb, którym nigdy nie będzie końca, przeszkadza mi w osiągnięciu spokoju, uważności, radości, pełni, szczęścia…

Czy jest na to jakaś recepta, na ominięcie szumu? Cóż, dzisiaj jest nią to, że zaraz położę się spać, bo zbliża się 1.00 (gdyby nie pora roku, to ranek prawie) i czas już na mnie 

Dobrej nocy zatem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here