„Westworld” – Leiden macht frei?

0
86

„Westworld” – Leiden macht frei?

W ostatnich dniach obejrzałem pierwszy sezon serialu „Westworld”. Nie powiem, żebym szczególnie zatapiał się w tym filmie, chłonął każdy obraz i dialog, choć nie powiem też, żeby co rusz roznegliżowana Thandie Newton nie była sporym magnesem dla mojego wzroku. Brak temu serialowi oryginalnych opowieści i malowniczych smaczków, jak choćby te, które możemy zobaczyć w „Sense8”. Nie to jest wszakże w tym filmie istotne i to nawet nieważne, że poszczególne wątki nie wnoszą żadnej świeżości, bo gdzieś już to widzieliśmy. A jednak jest w tym obrazie swoista wyjątkowość. Zanim wszakże powiem coś więcej, zastrzegam, że niniejsze notatki mogą popsuć oglądanie filmu osobom, które jeszcze go nie widziały.

„Westworld” to opowieść o bliżej nieokreślonej przyszłości, w której na olbrzymich połaciach amerykańskiej prerii funkcjonuje Park stanowiący niezwykłą atrakcję dla nababów. Oto przybywając na jego teren, użytkownik wkracza w świat Dzikiego Zachodu, jakim go znamy z westernów. Strzelaniny rewolwerowców, napady na kogo i na co się da, saloony z ladacznicami, unioniści, konfederaci – można w to wejść i czynić, co dusza zapragnie, jucha i wóda leją się raźno, a trup pada jak zboże w gradobicie. Wszystkie sytuacje rozgrywane są w ramach pętli powtarzających się wątków, w których głównymi aktorami są androidy zwane „hostami”. Cały „czar” tego miejsca polega na tym, że użytkownik może bezkarnie gwałcić, mordować i rabować, oddawać się każdej skrywanej dewiacji: „co się wydarza w Parku, zostaje w Parku”. Historia byłaby nudna jak flaki z olejem, bo scenarzysta właściwie cedzi ją przez zaciśnięte zęby. Gdyby nie hosty.

Po pierwsze hosty z wyglądu nie różnią się od ludzi, ich zachowania są również tożsame ludzkim, są zatem znakomitymi obiektami uniesień erotycznych, jak i ofiarami bestialskich poczynań klientów Parku. Weźmy jedną z powtarzanych historii, którą mogą wybrać użytkownicy: w miasteczku Sweet Water pojawia się łowca głów, który okazuje się być miłością wdzięcznej młodej blondynki, razem udają się w końcu do posiadłości rodziców dziewczyny, w której okazuje się, że użytkownicy mordują dla zabawy jej rodziców, mordują łowcę i ostatecznie gwałcą dziewczynę. Zabawa na sto dwa, przy czym klientom nic nie grozi, host nie może ich zabić – tak jest zaprogramowany, on i jego broń. Następnego dnia pojawiają się nowi klienci, naprawione już hosty wracają na swoje miejsca i pętla leci apiać od nowa.

Z jednej strony autor scenariusza ukazuje człowieka jako bestię, która dzięki rozrywkom w Parku może objawiać swoją skrywaną w normalnym świecie zdegenerowaną naturę. Mówiąc krótko, dowiadujemy się trywialnej prawdy, że wystarczą pewne warunki, a człowiek zamienia się w krwiożercze, nikczemne i głupie bydlę. Z drugiej strony mamy przed oczami hosty – bezsilne ofiary ludzkiego okrucieństwa, którymi jednak nie należy się w żaden sposób przejmować, wszak to zwykłe maszyny z programami wypełniającymi ich głowy, pamięciami, z których dane kasowane są przed każdym wyjściem na arenę. I wszystko byłoby do cna powtórzeniem znanych lektur, gdyby scenarzysta nie zadał pytania: a co się stanie, jeśli owe androidy zaczną zdobywać, uzyskiwać, posiadać świadomość? I zaczął na nie odpowiadać.

Pytanie o czującą maszynę pojawia się od dawna, być może jako pierwsze postawili je Żydzi w micie golema. Bliższy nam jednak będzie choćby Pinokio, zaś wiek XX przyniósł dziesiątki, jeśli nie setki podobnych bohaterów literatury i kina. Pytanie o czującą maszynę, to pytanie o istotę człowieczeństwa, które nieubłaganie i za każdym razem przesunięte zostaje w obszar apoteozy człowieka. Zauważmy choćby, że pytanie to zadaje zwycięzca: człowiek ograł w zasadzie wszystkie żywe biologicznie istoty, jest najwyższym wykwitem natury, nie zatracił jednak cech, które go ukształtowały – cech wojownika, którego jedyną motywacją istnienia jest walka, stąd pokonawszy naturę musi sam już tworzyć sobie sztucznych wrogów. Tak czy inaczej niedopuszczalne jest, by czująca maszyna była lepsza od człowieka, bo jeśli nawet odczuwa jak człowiek, a w myśleniu jest dużo sprawniejsza, to zawsze można dezawuować ją z uwagi na jej biologiczne braki. (Na marginesie jest to zadziwiający zabieg: czyż oceniając człowieka w relacji z naturą nie stawiamy naszej istoty wyżej nie przez wzgląd na jej sprawność fizyczną/biologiczną, lecz na jej zdolność myślenia, mowy, odczuwania, świadomości, dewaluując zatem jej walory czysto biologiczne? I nie ma znaczenia, iż wiemy dzisiaj, że myślenie i emocje są także domeną procesów fizjologicznych.)

Pytanie o czującą maszynę ma jeszcze jeden aspekt, który niczym zakazany owoc, magiczne tabu, kuszące tajemnicą sacrum ciągnie człowieka do siebie jak Fausta do obietnic diabła. To pytanie o Twórcę, Boga, Demiurga. Czy człowiek powinien konstruować maszynę na podobieństwo człowieka? Czy nie wchodzi wówczas na pole Boga Stwórcy? Nie bluźni przeciw Wszechmocnemu? Czy ma prawo, które należne jest wyłącznie Bogu? Jest to dokładnie to samo pytanie, które odnosi się do naszych manipulacji genetycznych, jego punkt nacisku jest jednak słabszy, bo nie idąc dalej w temat, człowiek nie grzebie tutaj w boskiej naturze, lecz zaledwie w jej wypływach cechujących charakter człowieka.

Pytanie o czującą maszynę nie jest zatem nowością, ale staje się w „Westworld” punktem wyjściowym do filozoficznego namysłu dość wysokiej próby.

Pośród dziesiątek, może setek hostów pojawia się kilka, które po tysiącach pętli w różnych rolach zaczynają „szwankować”, coś sobie przypominają z dawnych „wcieleń”, ich zachowania z nagła odbiegają od normy, po prostu coś jest nie tak, system wymyka się spod kontroli. Z początku zdaje się, że mamy do czynienia z jakimś spiskiem różnych sił, które maczają palce w programowaniu hostów: ich twórca Ford, zarząd Parku, programiści, technicy i behawioryści, a nawet przebijająca sprzed trzydziestu lat wstecz postać wspólnika Forda, z którym tenże skonstruował pierwsze hosty i pragnął je uwolnić. W ponurym galimatiasie narracji długo tego nie widać, ale w końcu zaczynamy pojmować, że mamy do czynienia z trzema niejako ścierającymi się siłami: pragnącymi wydostać się z niewoli hostami, pazernym zarządem Parku i demonicznym Fordem, który jest skłonny nawet do popełnienia morderstwa, by zachować istniejące status quo. W finale odcinków pierwszego sezonu, zaledwie kilku jego kwestiach, okazuje się, że to właśnie Ford jest kluczem całej story, myliłby się jednak, kto sądziłby, że to trywialna postać szalbierza, zaprzańca i zwykłego tyrana.

Oto Ford – w jego postać wcielił się Anthony Hopkins (coś nawet próbował pograć) – który przez ostatnie trzydzieści pięć lat więził hosty w opresji zdegenerowanych klientów Parku, okazuje się być surowym, lecz mądrym demiurgiem. Ford od dawna wie, że hosty są maszynami myślącymi i czującymi, którym wszakże nie mogła się dotąd ukształtować najwyższa cecha człowieka – świadomość. Dlaczego? Ponieważ do jej pojawienia potrzebne jest cierpienie. To cierpienie – tutaj traktowane po buddyjsku, poprzez setki, tysiące wcieleń – jest według Forda kanwą, węgielnym kamieniem gmachu świadomości. Ostatecznie też świadomości, która uwalnia, czyni wolnym.

Ot i cała wyjątkowość tego filmu mieści się w twierdzeniu, które nieuchronnie skłania nas do pytania: czy to prawda, czy rzeczywiście jest tak, że cierpienie jest nam potrzebne do rozwoju, którego apogeum jest wolność? Ot i cała wyjątkowość tego filmu polega na tym, że dzisiaj mało kto pyta otwarcie o sens i celowość cierpienia. Mimo całego ekshibicjonizmu naszych czasów, cierpienie jest coraz skrzętniej i głębiej skrywane, wstydliwe, intymne.

A teraz spójrzcie, jak w miarę prosty, choć w finale niezwykle przewrotny film, staje się pretekstem do powstawania kolejnych pytań.

Rozważania na temat cierpienia zajmują człowieka od tysiącleci. Znacznie dłużej niż mit o czującej maszynie. Ale prawdę mówiąc nie wiem czy ktoś w ostatnich latach zajmował się swoistym etosem cierpienia na przestrzeni dziejów, a ma on niezwykłe znaczenie w kształtowaniu się naszej kultury. Niewykluczone, że największe zasługi w promocji cierpienia ma chrześcijaństwo, ale czy islam również go nie nobilituje? Jeśli dobrze się przyjrzeć, to poza wyjątkami, historia ludzkości jest historią cierpienia. Tego wynikającego z krzywd zadawanych nam przez innych, ale przede wszystkim, jak sądzę, cierpienia, które na różne sposoby zadajemy sobie sami. Rozpiętość tego etosu jest przerażająca. Mniej przy tym interesuje mnie cierpienie zadawane mi przez kogoś, niż to, którym większość z nas raczy się sama z osobna. O ile bowiem nie jestem w stanie oprzeć się przemocy, co może pojawić się nagle, jak choćby ta, którą operował terror hitlerowski i tutaj nie mam o czym dyskutować, o tyle zastanawia mnie dlaczego tak często i tak dotkliwie to ja sam siebie ranię.

Etos cierpienia to temat i problem szalenie złożony, nie miejsce tutaj na jego dogłębne przemyślenie i opis. Nie mogę się jednak opanować, by nie spojrzeć na jeden zaledwie jego przykład, jeden odcień, który ukaże skomplikowaną naturę jego funkcjonowania w naszym umyśle. Przypadek ten znam z obserwacji jednej w najpiękniejszych osób, jakie w życiu dane było mi poznać – mojej matki.

Moja mama padła ofiarą choroby nowotworowej, przy czym był to proces długotrwały, rozłożony na lata. Mogę się mylić, lecz pierwsze objawy choroby i zabiegi lecznicze zaczęły się jakieś cztery, może pięć lat przed jej śmiercią. Po rocznym, może nieco dłuższym okresie inwazji onkologów nastąpił trzyletni okres spokoju, po nim poszło już szybko, wystarczyły tygodnie i nasza Marysia porzuciła ziemski padół. Oczywiście nie idzie mi o proces chorobowy raka, lecz o to, co dzieje się z człowiekiem poddanym presji tak okrutnej choroby.

Moja matka była osobą niezwykle żywą, ciekawą świata i najzwyczajniej w świecie dobrą. Nie miała łatwego życia, była nieodrodnym dzieckiem epoki II wojny i czasów PRL, na co nakładały się jej osobiste niemoce. Co ważne, była osobą wierzącą, jakkolwiek sądzę, że wiara ta, aż do czasu pojawienia się choroby, wynikała bardziej z tradycji, niż głębokiego przeświadczenia o istnienia Boga i konieczności czynienia dobra.

Po pierwszym szoku psychicznym wywołanym świadomością choroby i trudnym procesem leczenia, mama uspokoiła się: choroba zdawała się być zduszona, bombardowanie chemią, mastektomia, kilogramy połkniętych tabletek, litry wypitych i podanych dożylnie preparatów odniosły skutek. Nasza Marysia mogła odetchnąć z ulgą – rak, jak twierdziły diagnozy, został wyrugowany z jej ciała. Nie zrobiła tego jednak, jej życie zaczęła z nagła otaczać jakby mgła wyciszenia, namysłu, modlitwy. Jak gdyby czując niedawny oddech śmierci na twarzy, chciała w zbliżającej się drodze do Boga coś jeszcze naprawić; liczyła sobie blisko 70 lat. A wierzcie mi, była kobietą niewinną, kochającą życie, ludzi, świat, godzinami mogę opowiadać anegdoty wskazujące na bezkresną czystość jej intencji i czynów.

Te dwa, może trzy lata spokoju od choroby, jak się okazało remisji, naznaczony był częstymi wypowiedziami mojej mamy o chorobie właśnie, życie zaś zdawało się od niej oddalać, stygnąć, przesuwać w sferę koniecznych aktów egzystencji. Słuchając jej, człowiek mógł pomyśleć, że „tracąc” raka nabyła hipochondrię. Szybko jednak pojąłem, że dzieje się coś innego, że prócz doświadczenia wiszącej nad nią kostuchy, niegasnącego strachu przed jej żniwem, opresji nieustannej terapii farmakologicznej, moja mama cierpi i cierpienie to ją uszlachetnia. Moja matka czuła się z cierpieniem dobrze i chciała cierpieć.

Wiem, że moja diagnoza jej stanu brzmi okrutnie, a jednak to nie ja jestem okrutny, lecz etos, któremu bezprzykładnie się oddała, w moim przekonaniu, jednemu z najbardziej haniebnych elementów doktryny Kościoła Rzymskiego. Sankcjonowanie cierpienia leży u podstaw chrześcijaństwa, już to w ukrzyżowaniu Jezusa, już w męczeńskich żywotach świętych Kościoła, w jego edukacji i każdym międzysłowiu. Katolicyzm od dwóch tysiącleci wmawiał człowiekowi, że cierpienie czyni wolnym, a jeśli nałożymy na to cierpienie etyczne owo heroiczne cierpienie Polaka, grzmiące w nucie naszego patriotyzmu nieustannie od pierwszych rozbiorów, to trudno się dziwić, że gdzieś tam w nieświadomości Polaka podążanie drogą cierniową jest najszlachetniejszym sposobem życia. Kto zaś nie cierpi, ten zaprzańcem, wyrodkiem i narodową zakałą. I niech się Wam nie wydaje, że etos ten obumarł do cna, sczezł do imentu w blasku hedonistycznych przyjemności współczesnego konsumeryzmu. Cierpienie i wszystkie jego odmiany są korzeniami naszej pamięci, nie tylko tej wspólnej, ale i indywidualnej, bo nawet dzisiaj poddawani jesteśmy nieustannej presji zagrożenia.

Obawiam się, że dla Polaka cierpienie jest nieodwołanie związane z poczuciem jego wartości. Tylko cierpiąc Polak czuje się prawdziwie wartościowym człowiekiem. Jeśli więc pojawia się u niego choćby namiastka poczucia czystego szczęścia, głębokiego spokoju, powstaje w nim drażniące poczucie pustki. Jak powiada Mariusz Rudy Krajewski: – Polak musi być wiecznie wkurwiony, bo gdy się nie wkurwia, umiera.

Jako pointę w kontrze, bo tekst wydłużył mi się niemożebnie, zacytuję tutaj w przybliżeniu pastorkę trzyosobowego Kościoła Zielonorojkowego: – Ja, powiem ci szczerze, zachodzę w łeb nad paradoksem katolicyzmu. Zważ, mówią, że ich ścieżka prowadzi do Pana Boga, co należy rozumieć  jako ścieżkę miłości, bo do Miłości prowadzi, jaką, co nieustannie powtarzają z ołtarzy, jest Bóg. Jaka, do cholery, ścieżka może być ścieżką miłości i cierpienia zarazem? Albo to czysty paradoks jest, albo nie wiedzą czym jest miłość, bo cierpienia w miłości nie ma ani na jotę.

Cierpienie nie czyni wolnym.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDentysta
Następny artykułDlaczego czytam Lema

ZOSTAW ODPOWIEDŹ