We Wro

0
95

We Wro
Przy Joannitów, na tymczasowym dworcu autobusowym, kupiłem u korpulentnej szatynki w kiosku dwa pączki hiszpańskie.

We Wro

Przy Joannitów, na tymczasowym dworcu autobusowym, kupiłem u korpulentnej szatynki w kiosku dwa pączki hiszpańskie. Takie, wiecie, kręcone, z dziurką w środku. Do pekaesu miałem dobrą chwilę, usiadłem więc na ławce vis a vis stanowiska, wyjąłem z kieszeni foliowy worek z pączkami i wygrzebałem na krawędź jednego z nich. Zacząłem gryźć, w zamyśleniu oglądając podróżnych. W pewnym momencie odwróciłem głowę zapatrzony w jakiś punkt. Z obserwacji wyrwało mnie dziwne trzepotanie w kącie oka. Przede mną, na bruku skakało co najmniej dziesięć wróbli, cały zmasowany atak latających chomików. Nie jestem, jak pan Hrabal, wielbicielem miejskiego ptactwa, ale co by nie rzec, te kurdupelki to jednak żywe istoty. No i cały ich walor żebraczy wielki, bo nie wali od nich zjełczałym potem, brudem, nalewką i nie proszą o dwa zety na tak zwaną bułkę lub bilet do „domu”.

Rzuciłem okruch, dziobnięty, rzuciłem drugi, przechwycony. Trzeciego nie zdołałem rzucić, pan wróbel podleciał i wydziobał mi okruch spomiędzy palców! Urwałem kawałek i ledwo wystawiłem przed siebie – to samo: wróbel, niczym koliber zawirował do mojej dłoni tak szybko, że się przestraszyłem i cofnąłem ją nagle. Był jednak szybszy i wyrwał mi ten okruch pączka hiszpańskiego. Wystawiłem drugi, przygotowując się na dziobnięcie w palec. Nic z tego, te maluchy mają jakiś szybki procesor w łebkach, szybszy od ludzkiego. Chwytają ciasto, mięsa nie tkną. Zjedliśmy tego pączka razem, ja trzy części, one jedną. I pewnie drugiego byśmy spałaszowali z tą pierwszą grupką żebraków, ale zrobiło się gęsto, już ze dwadzieścia kanalii zleciało, w asyście kilku gołębi. Tego było za wiele i nie, żebym im pączka żałował, ale już dostrzegłem, że stałem się z tą hałastrą widowiskiem publicznym: „Tomek z braci był najmłodszy, ciągle mówił coś trzy po trzy…”

Podniosłem się z ławki dla rozruszania kości, tak w stronę Dyrekcyjnej. Stanąłem przed barem z nudy czytając menu. W przestrzale, pomiędzy budą baru, a „góralskim” kioskiem z kierpcami, chustami, oscypkiem i skarpetami z waty, dostrzegłem atrakcyjną blondynę sunącą chodnikiem w stronę Dawida. Oko zawisło na chwilę – w zupełnie bezwarunkowym odruchu – na dziewczynie, która szła pijąc wodę z plastykowej butelki. Ale przeszła.

Parę sekund później słyszę kobiecy pisk dobiegający z tej samej strony. Zza węgła wybiega ta sama piękność, krzyczy i leje wodę z peta nad głową. Wariatka, można było pomyśleć, ale na myślenie nie było czasu, bo zniknęła zaraz za budą baru. Z wrodzonej – bezwarunkowej – ciekawości ruszyłem w te pędy do jego krawędzi: o co chodzi? żaden zboczuch za nią nie biegnie, więc co? Była już kilkanaście metrów dalej, gdy znowu ją ujrzałem. Wariatka, teraz już rzeczywiście tak pomyślałem. I oto, gdzieś spomiędzy drzew nadleciało ptasie bydlę, fruwający terrorysta, latający psychol – wrona, gawron, czy jak się tam nazywa to spore czarne ptaszysko – przypikował nad głową kobiety i hajda z powrotem do góry.

Czego chciał? Wkoło też byli ludzie, ale ich ten ptak nie napastował. Ani wróble, ani wrona nie mogły czuć zapachu pączków, a tym bardziej wody. Przyleciały na ruch dłoni unoszącej się do ust. Ciekawe, pomyślałem, cholerne ptaszyska znają język ciała! – Przepraszam pana – usłyszałem za plecami – nie ma pan złoty dwadzieścia, bo mi do biletu brakuje, bardzo pana proszę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ