Wcielam się w rolę świętego

0
70

Wcielam się w rolę świętego

Wracałem dzisiaj z pracy. Chwilę wcześniej robiłem maluchom lądeckim za św. Mikołaja. Powiem szczerze, że nic mnie tak nie deprymuje jak rola tego świętego. Weźmy, jak niedawno musiałem w epizodach pajacować jako gazeciarz na scenie „Kinoteatru”. Jedna z sekwencji wyglądała w ten sposób, że oto na froncie sceny Ewa Warta-Śmietana śpiewa cudnie songi Ordonki, a za kulisem Jacek Śmietana mówi mi: przebiegniesz w poprzek sceny wymachując gazetami, dobra? Stoję w spodniach z szelkami wpuszczonymi w wysokie podkolanówki, w półbucikach, w zawadiacko przekrzywionej kaszkietówce na łysinie i z naręczem gazet. – Teraz! – Szepcze Jacek. I ja, prawie pięćdziesięcioletni typ z gębą zakapiora i brzuchem sportofoba, przebiegam, ba! ja przemierzam scenę w podskokach jak ośmioletni smarkulec. No, chwała Bogu, że tam z tyłu światła było niewiele, bo widzowie zaczęliby spadać z foteli ze śmiechu i koncert zostałby przerwany. Ale co? Krępowałem się? Stresowałem? Niepokoiłem się? Gdzie tam!

15387508_10208471110563886_474562178_o
Z Frankiem Sumikiem (fot. A. Sumik)

I tak dzisiaj wracałem i czułem się trochę zmęczony, a wieczór był, ciemno, mroźno trochę i wzięło mnie na nostalgiczne wspomnienia o świętych Mikołajach, a szczególnie o jednym z nich i jego niezwykłym pomocniku.

To musiał być jakiś 1993., najdalej 94. rok. Mieszkaliśmy już na Morawce, w tej kawalerce na poddaszu, w której do dzisiaj z taką przyjemnością żyję sobie w najlepsze. Najechali nas wtedy, prosto z Rotterdamu, Kopeć i Jacqueline z dziećmi, dwoma małymi synami. Nas też było dwoje plus dwoje dzieci w wieku Kopciowych. Sam nie wiem jakim cudem mieszkaliśmy razem w tej ciasnocie ze dwa tygodnie i nikt nie narzekał ani przez sekundę.

Pewnego dnia, był to 6 grudnia, albo jego okolica, wpadłem na arcywspaniały pomysł, że pójdziemy sobie wspólnie do strońskiej Hali Sportowej na rozdanie paczek przez świętego Mikołaja. A trzeba pamiętać, że Polska w tamtych latach wciąż jeszcze nosiła na sobie głębokie rysy komunistycznej szarzyzny i biedy. Tymczasem Kopeć mieszkał w Holandii już od kilku ładnych lat, jego żona była w Polsce może drugi, najwyżej trzeci raz. Ot, pomyślałem, poczujcie trochę naszego przaśnego klimatu. Ja sam byłem po niedawnej kilkumiesięcznej wyprawie na wyspy brytyjskie.

Nie przypominam już sobie czy miał wówczas miejsce jakiś pokaz dla dzieci, wiecie, teatrzyk kukiełkowy, magik, albo fakir z wężami. Pamiętam za to całkiem nieźle postać św. Mikołaja, w którą wcielił się sam J.F. i niezwykłą postać Śnieżynki, czy też Śnieżynka, którą mistrzowsko  wykreował śp. Z.P.

Wręczanie paczek maluchom odbywało się w lekkim półmroku przepastnej sali gimnastycznej, której klimat pasowałby idealnie do amerykańskich horrorów klasy C. Było to znakomite tło dla św. Mikołaja i jego Śnieżynka, którzy mogliby uchodzić za aktorów tego typu filmu. Nasi goście z Laponii wyglądali, jak żywcem wyjęci ze stojącej na strychu szafy, której nie tknął nikt od bombardowania dywanowego Drezna.

Części garderoby św. Mikołaja składały się na jakiś fascynujący kolaż skomponowany z absolutnie niepasujących do siebie elementów. J.F. na nogach miał męskie kozaki, które dzisiaj uznano by za dizajn projektanta odmrożonego właśnie z bryły lodu ostałej gdzieś w szczelinach Tatr od dwudziestu lat. Nasz święty nie trudził się też zbytnio nad doborem spodni, cóż, w końcu gdzie jest powiedziane, że Mikołaj nie może nosić dżinsów? Na właściwe zaś atrybuty stroju kochanego przez wszystkie chrześcijańskie dzieci świętego składały się: wyjątkowo trafiony, choć nieco wytarty szlafrok frotte w różowym kolorze, całkiem rzetelna czerwona czapa oblamowana aureolą z króliczego futra i bujna, choć rozlatująca się broda z waty przyklejonej do kawałka kartonu z gumką.

Co do Śnieżynka, to brakuje mi słów… No dobrze, postaram się… Śnieżynek od pasa w dół cieszył się podobnym do swego chlebodawcy rynsztunkiem. Co zaś do góry… Śnieżynek, jak przystało na pomocnika św. Mikołaja nie mógł nosić brody, co wszak nie przeszkadzało mu w chwaleniu się kilkudniowym zarostem, który mógł równie dobrze uchodzić za dowód porannej pracy przy przerzucaniu węgla. Czapkę miał mniej więcej prawidłową, choć materiał, z którego uszył ją jakiś chałupnik więcej miał w sobie waty niż wełny. Prawdziwym fenomenem był jednak płaszczyk Śnieżynka, który bez wątpienia uszyty został ze starej, mocno już wyblakłej poszwy na pierzynę. Dla podkreślenia faktu, że obaj przybysze pochodzą z cholernie zimnej Północy, Śnieżynek z pewnej odległości woniał wyraźnie wysokoprocentowym napojem rozgrzewającym, co nie stało na przeszkodzie, by brał na ręce kolejne dzieci i coś tam do nich gaworzył lekko ochrypłym głosem. O dziwo, dzieciom ani lekko zaniedbany fizys Śnieżynka, ani jego zapaszek wcale nie przeszkadzały, śmiały się w jego ramionach do rozpuku.

Przyznaję, że obserwowałem naszych gości z Zachodu w oczekiwaniu na jakąś przykrą reakcję. Rozczarowałem się jednak okrutnie. Oni nie tylko nie krzywili się na takie spotkanie ze świętym i jego dziwnym pomagierem, oni byli zachwyceni całym wydarzeniem.

Pamiętam, że wróciliśmy tamtego wieczoru do domu i przez kolejne dni wspominaliśmy z radością wizytę św. Mikołaja każdemu napotkanemu znajomemu i przyjaciołom.

Minął rok, a może dwa i mnie samemu przypadła pierwszy raz w życiu rola św. Mikołaja, która skończyła się małą awanturą, ale… Ale to już inna historia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ