Trochę wspominkowo, trochę na świeżo

0
23

Trochę wspominkowo, trochę na świeżo

… jak damesa oglądała coś na telewizorze, gdy jej chłop latał z obsługą…

Trochę wspominkowo, trochę na świeżo

– Mamo, chwalo was…
– A kto?!
– A wy mnie, a ja wos!!!

To był jeden z tych niemożliwych tekstów Marysi Pawlęgowej, mojej mamy. Babcia Marysia nie żyje od dwunastu lat. Nie zamierzam jakoś szeroko, zadusznie, wspominać tutaj moich świętej pamięci rodziców, jakkolwiek można by książkę całą o nich napisać, już choćby tylko o ich wzajemnej miłości.

Mieli, na przykład, w zwyczaju w niektóre soboty rozkładać sobie sofkę, ojciec kroił wtedy pomidorka, kiełbaskę, ogóreczka na plasterki (to było właśnie takie dolnośląskie, takie zdrobnione), układał elegancko na talerzyku z napisem WSS Społem, niczym kelner ze „Storczyka”; w domu dziadek Staszek gotował. Mama w tym czasie czekała, jak damesa oglądała coś na telewizorze, gdy jej chłop latał z obsługą. I niósł tatulo wiktuały – osobno szły kromki chleba i salaterka z grzybkami marynowanymi – na rozłożone wyrko, po czym wracał tatko do kuchni, wyjmował dwa malutkie kieliszki z szafki, z lodówki zaś wódeczkę i żółtą oranżadę firmy Helena, albo Trzy Cytryny firmy Zbyszko. Siadali rodzice po turecku na sofie i rozkładali karty, najczęściej do remika. Nie robili tego zbyt często i wcale nie dlatego, że alkohol szkodzi zdrowiu. Ot, w połowie trzeciej partii mamuśka nakrywała tatulę, że ją kantuję. Robił się raban i cała awantura. Nieodmiennie następowały – ponieważ oboje uparci byli jak osły dardanelskie – dwa, nawet trzy ciche dni.

Jaki z tego morał? Ano taki, że trzeba kogoś kochać do szaleństwa, żeby go kiwać w karcioszkach przez 37 lat, bo tyle byli małżeństwem.

Dobrze, rodziców będę wspominać z synkiem Witkiem i braciakiem Krzysiem w najbliższą niedzielę. Pewnie uśmiejemy się przy tych anegdotkach jak norki. A tymczasem szło mi o tekst mamy, nie wiem skąd przez nią zaczerpnięty.

Trochę będę się chwalił.

W najbliższą środę rozpoczynają się próby do „Romeo i Julcia mają się dobrze”. To trzecia historyjka, którą napisałem dla Teatru Stąd, wspaniałej ekipy teatralnej z Lądku, Stronia, z domieszkami kłodzkimi (a w zasadzie polanickimi, bo Joasia Półtoranos – nasz fantastyczny belfer od aktorstwa – polaniczanka jest) i krakowskimi (Misiek Kostempski dał ostatnio czadu w niedźwiedzim futrze). Po raz trzeci rzecz wyreżyseruje Michał Dawidowicz, a najbardziej wredną robotę – produkcję – wykona Karolina Sierakowska. Obsada już prawie gotowa. Sądzę, że przy tandemie Adamczyk (ps. Ninja) – Prorok (ps. Anioł) widzowie z większym poczuciem humoru będą zagrożeni zejściem.

Bardzo cieszy mnie, że farsa mojego autorstwa pojawi się na deskach lądeckiego „Kinoteatru”. Ale też tak sobie pomyślałem, że w zeszłym roku mieliśmy również spory ubaw. Pomyślałem sobie przy tym, że to jednak, cholera, szkoda, iż grywamy te sztuczki tylko raz (Karolina twierdzi, że „Romeo i Julcia mają się dobrze” zagramy również w Stroniu Śląskim w połowie stycznia). Owszem, są te występy kamerowane, tyle, że porządne – dające się oglądać bez znudzenia nagranie – nie jest możliwe w trakcie pierwszego i ostatniego zarazem spektaklu. Mario Rudy Krajewski zrobił ostatnio – podczas przedstawienia – jatkę reżyserowi Dawidowiczowi, który mu widok na scenę zastawił kamerą. Takie nagranie to poważna sprawa i poważne pieniądze. Których Sierakowskiej zawsze brakuje.

Próby do „Zawianych Świąt” – zeszłorocznego spektaklu – trwały, trudno w to uwierzyć po tym, co działo się na scenie w czasie premiery, zaledwie… 21 dni! Świadczy to o cudownym kunszcie aktorskim zespołu Teatr Stąd i stalowych nerwach Dawidowicza. Zawodowcy raczej by na to nie poszli, a było kilku takich macherów na widowni, od których później odbieraliśmy gratulacje. Nie wiedzieli jak szybko Michał nas ułożył. Cóż, nam się spieszyło, nikt za to pensji nie obstalował. I wierzcie lub nie, ale to nie był happening.

No! Ale jak powiedziałby prof. Ewa Małek: ad rem, chłopaku, ad rem.

Przechodzę tedy do rzeczy samej.

Pomyślałem więc, że przecież jeśli nawet ktoś nie widział „Zawianych Świąt” to może sobie je tutaj przeczytać. Szkoda, żeby tylko te dwie setki widzów z Kinoteatru mogły się pośmiać, więc jeśli kogo stać na poświęcenie czasu niech czyta…

Hola! Nie wszystko jeszcze rzekłem… Umieszczam poniżej znakomity plakat koncepcji i wykonania Witolda Pawlęgi.

plakat Witka

 

A teraz już Story:
ZAWIANE_ŚWIĘTA.pdf

ZOSTAW ODPOWIEDŹ