„Tous les matins du monde” w „Zamku na Skale”

0
49

„Wszystkie wieczory świata” w „Zamku na Skale”

Tytuł mi wpadł, zdaje się, nieco kabotyński, dlaczego jednak od czasu do czasu nie pozwolić sobie na dolanie kropli dystynkcji do naszego prowincjonalnego sosu?

Jakiś miesiąc temu Karolina powiedziała mi w Pokoju Numer Dziewięć, że przed Wielką Nocą w „Zamku na Skale” wystąpi Justyna Rekść-Raubo ze swoją Violą da Gamba (oczko!). Obie pamiętałem doskonale, towarzyszyły bowiem w tym samym miejscu wejściu mnichów oo. Jacka i Cezarego podczas jednego ze spotkań na zeszłorocznym MFT1. W towarzystwie,

– dodała Karola- teorby Adama Nowakowskiego z koncertem pasyjnym „Lachrimae”. Nie miałem pojęcia, czym jest teorba, wszak na instrumentach dawnych znam się jak na rachunku różniczkowym (ot, wiem, że istnieje), ale i tak bardzo się ucieszyłem.

Z wiekiem ubywa mi oskomy na słuchanie na okrągło rockowych jazgotów. Idę ku muzyce traktowanej jako subtelny stymulant, którym na okrągło służy mi w pracy. Tekst, jaki w danej chwili piszę – jego temat, poetyka, poziom dynamiki itd. – sam dobiera sobie muzykę… Może przesadzę tym wtrętem, ale co tam: gdzieś już pisałem o metodzie pisarskiej, w której tekst sam siebie pisze, język sam siebie wysławia – ograniczając pisarza do jakiegoś typu medium – a teraz dodam, że ta technika coraz bardziej mi odpowiada, ponieważ jako osobnik wyjątkowo leniwy i pielęgnujący z rosnącą przyjemnością (i malejącym poczuciem winy) lenistwo, coraz mniej zamierzam w moim pisarstwie uczestniczyć… Nie, nie leci teraz viola da gamba w towarzystwie teorby lub klawesynu, płynie Ólafur Arnalds z re:meber

Dziedziniec „Zamku na Skale” podczas koncertu, foto: www.facebook.com/zameknaskale/

Muzyka zatem, jako anturaż, środowisko, istotny bodziec i jednocześnie inspiracja do pracy, ale przecież to nie wszystko, bo muzyka, obcowanie z nią powinno od czasu do czasu mieć charakter głębszy, odświętny: to czas, w którym ona sama staje się przedmiotem mojej uwagi. Nie ginie pragmatyzm sytuacji, bo ten nigdy nie znika z jakiejkolwiek relacji, ale na ogół jej strony panują lub służą, gdy tutaj powstaje bezgraniczna symbioza: muzyka chce być słuchana (po to jest), ja zaś w jej i poprzez jej obecność, uwalniam się od egzystencji i płynę w światy możliwe emocji niedeptanych jeszcze moją stopą.

Można nieznanych emocji doświadczać spoczywając na kanapie i słuchając Bacha z głośników, do których dźwięk podaje gramofon, CD, czy też komputer, owszem, można. Bach jednak na żywo grany, to po tysiąckroć inna bajka. Dlatego coraz bardziej pociągają mnie koncerty, które też jednak często niosą ze sobą fatalny balast jakościowy: na ogół, podczas ich trwania uświadamiam sobie swoją materialną nędzę. Gdybym miał dość forsy, Bach w wirtuozerskim wykonaniu brzmiałby w moim domu, tylko ze mną i czasem może z kilkoma ukochanymi mi osobami, bo piękno traci blask, gdy się nim nie możesz podzielić, a czasem jestem po prostu sobkiem.

Tous les matins du monde (Wszystkie poranki świata) wszedł na ekrany w 1991 r. Musiałem widzieć go w polskiej telewizji trochę później, dwa, trzy lata po premierze. Depardieu znałem już z wcześniejszych ról dramatycznych (choćby Danton u Wajdy) i komediowych (wystarczy Campana w Pechowcu), więc pewnie robił jakieś wrażenie. Sądzę jednak, że Wszystkie poranki świata oglądałem całkiem „przypadkowo”, bo miałem już takie „przypadki”, z których najlepiej pamiętam noc, kiedy „przypadkiem” byłem jednonocnym portierem w CSIR (chyba 2006)2 a na portierni był telewizor, którego używałem do zabicia czasu. Tej nocy emitowano film ciągnący się jak flaki z olejem: oto wąsaty dewiant Gustaw von Aschenbach fascynuje się blondaskiem Tadziem na zgliszczach belle époque i już, nic więcej, prawie, bo na końcu umiera na cholerę – nie dziwię się, że w młodości nie zdołałem przebrnąć przez prozę Manna. Kilkakrotnie przerzucałem telewizor na inne kanały, ale szybko wracałem do tej męczybuły. Dopiero pod koniec uświadomiłem sobie dlaczego z uporem maniaka wciąż cofam się do tej wirtuozerii nudy: szło o Mahlera. Nie byłoby Śmierci w Wenecji tak „pięknej” bez Mahlera. Dzieli zatem moje oglądanie jednego filmu od drugiego najmniej dziesięć lat, ale muzyka w obu przypadkach jest wspólnym mianownikiem, choć z pewnością dzieło Corneau operuje jakąś dramaturgią w odróżnieniu od filmu Viscontiego.

Jak zwykle poszedłem w didaskalia, gdy tymczasem chodziło jedynie o to, że dźwięki violi da gamba miałem już wmontowane w całkiem pyszne doświadczenie, więc występy Justyny Rekść-Raubo – czego nie byłem świadomy, zanim podczas koncertu trzebieszowickiego o tym nie wspomniała – po prostu kontynuowały jakiś element estetycznej przygody. Byłem, rzec można, lekko zadomowiony w głębokim, patetycznym brzmieniu tego instrumentu.

Koncert w „Zamku na Skale” podzielił mi się na dwie części i nie idzie tutaj o repertuar wykonywany przez artystów, lecz niejako o całość fenomenu takiego wydarzenia. Rzecz w tym, że do wejścia w dzieło „poważne” potrzeba czasu, oswojenia, zmiany nastroju, przejścia od nieustannego ruchu, chaosu codzienności w sferę „refleksji”. Zapewne dlatego klasyka nie znajduje dzisiaj szczególnie szerokiego grona odbiorców, że wymaga wykonania nader niełatwej pracy: wyciszenia się. Występ Rekść-Raubo i Nowakowskiego zgromadził 50-60 słuchaczy, z których 20 było tego wieczoru rezydentami hotelu, jeśli weźmiemy fakt, że w Lądku-Zdroju i Stroniu Śląskim razem do kupy mieszka jakieś 13-14 tys. ludzi, to grupa 40 lokalsów wydaje się marniutka; zapewniam jednak Państwa z solidną eksperiencją hardkaowca: to całkiem solidna frekwencja. Wyciszenie to naprawdę trudna robota i nie tylko przez wzgląd na prędkość współczesnego życia, którą bardzo trudno wyhamować, wyciszenie bowiem niesie w sobie na dodatek ryzyko wejścia na pole minowe maskowanych przez nas własnych myśli, stanów i emocji niechcianych. Wracając jednak do muzyki, przyznaję, że udało mi się wyciszyć dopiero po kwadransie, może dwudziestu minutach. I kiedy zacząłem już słyszeć wyraźnie instrumenty i płynąć splotami ich opowieści, pojawiła się myśl dla mnie całkiem nowa i ciekawa, choć z pewnością nieoryginalna.

Na pierwszym planie instrumenty Adama Nowakowskiego, źródło: www.facebook.com/zameknaskale/

Kiedy myślę o ludziach dawnych epok, zdaję sobie sprawę z dzielących nas różnic. Z pewnością głównie świadomość tę przez długi czas pobudzał we mnie swymi badaniami Foucault. Tym razem jednak nie szło o ówczesny stan wiedzy, charakter obyczajów i wierzeń, rozpiętość i głębię ubóstwa itd., ale naturalną przestrzeń czasów przed rewolucją przemysłową, której dzisiaj możemy zakosztować jedynie podczas wypraw poza skupiska ludzkie i to z wprowadzeniem dodatkowych warunków (wyłączenie komórek, srajpadów i im podobnych urządzeń). Tak, chodzi mi dokładnie o różnicę w dźwiękach świata dzisiejszego i tego z baroku oraz epok wcześniejszych.

Dźwięk świata dzisiejszego i światów dawnych? Z naszego punktu słyszenia tamte czasy musiały być pełne ciszy. Wyobraźcie to sobie. Świat dźwięków zredukowany, wyjałowiony z warkotu samochodów i motocykli, wizgu samolotów, telewizyjnych i radiowych emisji, fabrycznego buczenia, kolejowego stukotu i tysięcy innych hałasów wypełniających współczesność. Ale czy rzeczywiście dwieście lat temu panowała na świcie cisza? Bez wątpienia nie. Inne było natężenie hałasu i z pewnością mniejsza gama, uboższy katalog, węższy kalejdoskop dźwięków, ale ciszy, tej dźwiękowej pustki nie było. Teoretycznie nie ma żadnej różnicy w tym względzie między mną a innym nierobem, tyle że z XVIII wieku. W praktyce jednak pojawiłyby się poważne problemy adaptacyjne; od dawna mniemam, iż przyzwyczajenie jest pierwszą naturą człowieka. Ja sam z pewnością skończyłbym waląc w szaleństwie młotem kowalskim po saganach, jemu zaś na katafalku wyjęliby betonowe malinki z uszu.

Dlaczego ta myśl odnaleziona podczas koncertu instrumentów dawnych tak mnie fascynuje? Ponieważ jej istotą jest różnica, dyferencja między społeczeństwem ponowoczesności a człowiekiem dawniejszym. Konsekwencje tej różnicy już same w sobie, co widać po tutejszym, są szalenie inspirujące; na malutką skalę możemy zobaczyć to w Hibernatusie z de Funésem.

I co, znowu się rozgadałem poza przedmiotem głównym, poza main course felietonu? Wcale, że nie. Wszystko, o czym piszę mieści się w spektrum mojego doświadczania tego występu. A że o innej jego części nie piszę… jeszcze nie napisałem…

„Lachrimae” [łac.], to łzy płynące w pasji. Ale nie mówimy o manii wędkarskiej, zafiksowaniu na elektrycznych kolejkach lub innej przedmiotowej predylekcji, lecz o passio [łac.], cierpieniu, męce Jezusa osądzonego i idącego na zatracenie. Mówimy o łzach ludzi, którzy komponowali inspirowani cierpieniem Syna Bożego. Był to główny temat muzyczny, obok którego pojawiły się na krótko przygrywki do powolnych tańców (psiakość [choć to przekleństwo, to winien pojawić się tutaj zamiast wykrzyknika – wycisznik; word z times new roman tego nie oferuje – dodatek do hałasu współczesności – nie ma wyciszników!] nie pamiętam miana tych pasaży [wycisznik]).

Łzy. Nie jestem fanem cierpienia. Cierpienie jest ważną częścią naszego życia, ale odstręcza mnie myśl o jego pielęgnowaniu, samo już w swym bycie wystarczająco potrafi dopierdolić. Nieprawdą jest koncept, że cierpienie uszlachetnia. Wiem o nim, bo go doświadczam w różnych postaciach, że czyni mnie tylko gorszym. Cierpienie zawsze deformuje przestrzeń, w której się pojawia, wykrzywia, wypacza. Jest tak samo przykre jak hedonizm.

Nie łkałem. W ciągu pierwszego kwadransa, może dwudziestu minut zerknąłem na zegarek dwa razy. Kiedy kończył się występ Rekść-Raubo i Nowakowskiego trochę się podnieciłem, że to chyba kpiny: hola! hola! grajcie państwo dalej! niech sobie jeszcze poleżę i podumam w środku siedemnastego wieku! Jeszcze nie chcę wracać do teraz!

1Tancerz, choreograf i pedagog Jacek Przybyłowicz i dziennikarz radiowy Cezary Łasiczka podczas XX Międzynarodowego Festiwalu Tańca im. O. Sawickiej (2018) zorganizowali kilka ciekawych spotkań (w największej komnacie Jaskini Radochowskiej, w basenie Zdroju „Wojciech” i w „Zamku na Skale”) z artystami, tancerzami i z samymi sobą.

2CSIR – Centrum Sportu i Rekreacji w Stroniu Śląskim, które w drodze dziejowych przekształceń stało się Strońskim Parkiem Aktywności (SPA).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ