The Grand Budapest Hotel – uwagi na marginesie

0
41

“The Grand Budapest Hotel” zapewne okaże się jednym z lepszych tegorocznych filmów. Fabuła jest wprawdzie banalną intrygą, jednak to, co Anderson oferuje w przestrzeni dialogu i obrazu, śmiało nazwać można majstersztykiem.

“The Grand Budapest Hotel” zapewne okaże się jednym z lepszych tegorocznych filmów. Fabuła jest wprawdzie banalną intrygą, jednak to, co Anderson oferuje w przestrzeni dialogu i obrazu, śmiało nazwać można majstersztykiem. Obrazki podkręcone są maksymalnie kreacjami aktorskimi, gdzie absolutny prym wiedzie Zero Moustafa (Tony Revolori) podkręcany przez Pana Gustave’a H. (doskonały Ralph Fiennes). Szczytem kunsztu jest scena w przedziale wagonu kolejowego, jakim Moustafa i Pan Gustave podróżują na pogrzeb Madame D., która była kochanką ostatniego. Ich dialog to prawdziwe apogeum absurdu.

„Pan Gustave H.: Czuję się winny. Mówiła o złych przeczuciach, nie słuchałem. Całe Lutz będzie w czerni, prócz jej upiornych, wyrodnych dzieci, których nie całowała na dzień dobry. Będą tańczyć, jak Cyganie.
Nie warto się niczym w życiu zajmować, bo w mgnieniu oka przemija. Ani się obejrzysz i tężejesz pośmiertnie. Och, ci najlepsi odchodzą młodo. Może zostawiła kilka klubeków dla twego starego druha, ale dajmy atramentowi wyschnąć na akcie zgonu.
W łóżku była jak dynamit.

Zero Moustafa: Miała 84 lata, monsieur Gustave.

Pan Gustave H.: Miewałem starsze. Młodzi wolą polędwiczkę, starsi muszą się zadowolić tańszymi kawałkami. I dobrze, bo je bardzo lubię. Mają więcej smaku, jak mówią.”

Chwilę później mamy sytuację, w której do przedziału wchodzą żołnierze kontroli granicznej. I scenę tę – przygotowaną niedorzecznym w sumie dialogiem – mogę porównać do jednej z najgenialniejszych scen slapstickowych w historii kina: w „Zemście Różowej Pantery” nadinspektor Clouseau wraca po zamachu bombowym do domu, w którym czyha na niego szalony kamerdyner Cato Fong; zadaniem Cato jest nieustanne atakowanie Clouseau, co ma uczynić go odpornym na zamachy kryminalistów.

Zaledwie dla tej przedziałowej sceny warto obejrzeć ten film; a sytuacji podobnie absurdalnych jest w nim bez liku.

revolori2       Źródło: www.nerdist.com

Mnie jednak, prócz dobrej zabawy, zaintrygowało co innego, coś, czego w filmach o podobnej tematyce jakoś wcześniej nie zauważałem. Jakie to filmy? Od razu na myśl przychodzą „Zaklęte rewiry” Majewskiego, „Obsługiwałem angielskiego króla” Menzla i poniekąd „Cztery pokoje” Tarantino i reszty. Podobnych filmów jest na pęczki, teraz jednak nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

Otóż nie zdawałem sobie dotychczas sprawy, że w tych filmach hotele i restauracje przedstawiane są jako „instytucje totalne”. Nie wiem czy jest tak na pewno i kwestię tę z pewnością zdołaliby rozpatrzeć pracownicy tych zakładów rozumiejący pojęcie instytucji totalnej. Tak czy inaczej, pociąga to za sobą konsekwentne przesunięcie pytania na innego typu zakłady, przy założeniu, że ich świat totalny nie rozciąga się na przedmiot ich produkcji lub usług (więźniowie w zakładach penitencjarnych, rezydenci w hotelach, schizofrenicy w szpitalach, studenci na uniwersytetach, żołnierze w koszarach), ale właśnie na samych pracowników tych instytucji, na ludzki aparat obsługi instytucji i jego hierarchiczną strukturę, język, obyczaje. Oczywiście Goffman – twórca koncepcji instytucji totalnej – instytucję taką opatruje pewnym zakresem jej zamknięcia w określonej, fizycznej przestrzeni, dopuszcza jednak również jej stopniowanie. Ostatecznie nie mogę się oprzeć rosnącemu przekonaniu, że poziom totalności instytucji rośnie. I jest w tym jakaś złowieszcza wizja przyszłego świata zarysowana przez Michela Foucaulta – wizja społeczeństwa znormalizowanego.

Chodzimy, drodzy Państwo, jak zegarki w tym rygorze. Może jeszcze ruskie, lecz lada dzień będziemy chodzić, jak szwajcarskie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here