Tancerz podróżującego Pawlęgi

0
28

Tancerz podróżującego Pawlęgi

Wsiadłem w Kłodzku w pekaes dalekobieżny. Przede mną stała wizja bez mała sześciu godzin podróży w pozbawionym komfortów i ciasnym pojeździe. Na szczęście była już chłodna jesień, dżdżysty środek tygodnia, więc – jak należało się spodziewać – pasażerów było niewielu.

Tancerz podróżującego Pawlęgi

    Wsiadłem w Kłodzku w pekaes dalekobieżny. Przede mną stała wizja bez mała sześciu godzin podróży w pozbawionym komfortów i ciasnym pojeździe. Na szczęście była już chłodna jesień, dżdżysty środek tygodnia, więc – jak należało się spodziewać – pasażerów było niewielu.
    Pociągi w naturalny sposób prowokują ludzi do konwersacji. W autobusach człowiek najchętniej barykaduje się na wszystkie kontakty – jakby ludzie siedzieli zbyt blisko ciebie i bliskość ta przekracza pole twojego bezpieczeństwa, jest odstręczająca – chowasz spojrzenie na stronicach lektury, lub trzymasz głowę stale skierowaną ku oknu, zakładasz słuchawki i słuchasz muzyki z telefonu, mp3, czy innego szpejstwa posiadającego funkcję odtwarzania.
    Jak na złość zapomniałem zupełnie o swoim srajpodzie, a telefon mam z epoki pisma klinowego, pozostała więc lektura ostatnich „Dzienników” Márai’ego, książki, która stała się moją prawdziwą ucztą, pieściłem ją tygodniami i z wielkim żalem zbliżałem się do jej finiszu.
    Ledwo pojazd ruszył, a już wiedziałem, co mnie czeka. Kierowca, poczciwy w obyciu i z chłopskiej facjaty, tylko wyruszyliśmy z dworca, a podkręcił natychmiast potencjometr głośności. RMF FM! Pięknie! Wspaniale! Bez dwóch zdań mam przechlapane! Telewizora nie posiadam, radia unikam i proszę, trafił mi się TVN polskiej radiofonii!… Naubliżałem sobie zaraz za tego zapomnianego i-poda… Natychmiast w pysk dostałem przebojem zespołu „Zakopałer” chyba, w którym podhalański frontman zapiewa o swoich dylematach lansera, który do Pana Boga pójdzie – wiadomo, że heroicznie – całkiem boso; filozofia i religijne wyznania właściciela lumpeksu w jednym. Zatrważające arcydzieło! Później dowiedziałem się, że za jedyne „dwa czterdzieści” wyślę sms-a, dzięki któremu mam niebywałą szansę zarobić ćwierć miliona złociszy. A potem usłyszałem monumentalną kompozycję zespołu „Budka Suflera”, czego do końca nie jestem pewien, bo to był jakby Krzysiek Cugowski w trakcie mutacji.
    Na kolanach Márai, głośniki emitują jakieś potworne katusze – wyła jakby ją inkwizycja ze skóry obdzierała, biedactwo – którejś z div polskiej sceny popowej, ale oto jeszcze coś pobrzękuje i nie są to zepsute głośniki, uszkodzony motor pekaesu. Nasłuchuję: głos kobiety, jakieś nieartykułowane nucenie, ale fałszywie, jak niektóre staruszki z ostatnich ławek podczas mszy świętej. Wyjrzałem zza barykady oparć: jest, w drugim rzędzie, kilka miejsc w stronę kierowcy, blond włosy, bawi się telefonem i fałszywie nuci. Ach! Zreflektowałem: – Toż ta sama, która pośrodku peronu kłodzkiego dworca rozmawiała przez telefon. Mało to były interesujące rzeczy, a do tego wyszczekiwane bardziej niż mówione, ale zachowanie jednak uderzające, słowem, albo wariatka, albo ten typ człowieka, który wszędzie czuje się jak u siebie. Niech śpiewa, pomyślałem, wytrzymam te pomrukiwania, ostatecznie lubię tych szurniętych.
    Mija jednak dziesięć minut i pojawiają się pierwsze słowa: „Ale fajnie, ale fajnie, tralalala…”. Już się nie opanowałem, zacząłem się śmiać, siedzący przede mną facet pokręcił głową. I tak leciała z tym wybitnie fałszującym „ale fajnie, ale fajnie” i szczególnie inspirującym „tralalalala”.
    Znowu. Márai, RMF FM, zażywna sześćdziesięciolatka nucąca jakąś biesiadną popierdułkę i pstrykająca telefonem zdjęcia pejzaży za oknem, za którym naprzemienne leje mniej lub bardziej – Pawlęga w podróży.
    Wtem jednak biesiadne fałszowanie się skończyło i kobieta poszła w inną nutę – w nutę papieskiej Barki: „O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś…”, a do tego mocniej już szła… aż wstydziłem się słuchać… Nie! Tego już za wiele!
    Podniosłem się i podszedłem do niej. Delikatnie dotknąłem ramienia, kobieta jednak podskoczyła. Wskazałem na słuchawkę w uchu. Wyjęła ją z małżowiny. Uśmiechnąłem się i mówię. – Przepraszam panią, widzi pani, kiedy szło jeszcze ale fajnie, ale fajnie, to było jeszcze fajnie, ale Barki to już chyba nie udźwigniemy.
– To ja śpiewałam? – zrobiła wielkie oczy. – Owszem.
    Zaczęła przepraszać ile wlezie. Na twarzach ludzi, którzy odwrócili się w naszą stronę, widziałem wdzięczność. Ta dalej przeprasza. Musiałem uciec i szybko ukryć się za zasłoną autobusowych foteli. Nie poszła za mną.
    Za to na krótkim postoju wyszedłem na papierosa i już była, i już, że raz jeszcze przeprasza, ale najgorsze to, że ona śpiewać nie „umi”, bo jej matka to umiała, ale ona ani w ząb, a ona to teraz z sanatorium wraca. Na szczęście postój był krótki. Ale już na drugim wysłuchałem całej sążnistej historii o jej problemach zdrowotnych, bo znowu, że właśnie wraca z sanatorium w Długopolu-Zdroju, a do Lądka to ona nie może, bo tam wody radowe jak ją napromieniowały dwanaście lat temu, to normalnie guzy jej tutaj, o, tutaj powyskakiwały. Cała fontanna opowieści i, a jakże od Sasa do lasa, od zdrowia do stanu polskiej komunikacji publicznej i służby zdrowia. W te i we w te…
    Na szczęście był to zarazem mój ostatni postój. Na docelowym przystanku wysiadłem chyłkiem, tylnymi drzwiami, zarzuciłem sakwojaż – wiedziałem, że tutaj też wysiada – i popędziłem ile sił w nogach w swoją stronę. Nie daj Boże, zechciałaby mi kupić jakieś kwiaty, albo bombonierę w ramach przeprosin.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here