Szczeliny 4

0
15

Szczeliny 4

Krótka wizyta w mieście. Robiłem za gadającego psa przewodnika Ninji, który udał się w międzynarodową podróż z wrocławskiego airportu prosto do Londynu. Chciałem wrócić od razu do domu, ale nie udało się – ledwo wyszedłem z terminalu, ledwie krok postawiłem na trotuarze i dopadł mnie kolega M., i powiózł na Sępolno, do swojego domu.

Szczeliny 4

Dla M.
Żebyś wiedział po co, między innymi, piszę się do blogu.

Krótka wizyta w mieście. Robiłem za gadającego psa przewodnika Ninji, który udał się w międzynarodową podróż z wrocławskiego airportu prosto do Londynu. Chciałem wrócić od razu do domu, ale nie udało się – ledwo wyszedłem z terminalu, ledwie krok postawiłem na trotuarze i dopadł mnie kolega M., i powiózł na Sępolno, do swojego domu.

Nigdy jakoś nie odczuwałem więzi z rodziną, tą nieco dalszą rodziną, bo nie mówię o braciach i rodzicach, z którymi wiąże mnie pełna krew bogatego doświadczenia.
Swoją drogą, kto wie czy nie tutaj utkwione są korzenie mojej głębokiej niechęci choćby do pojęcia takiego jak patriotyzm. Bardzo prawdopodobne. Wynikać to może z ogólnych postaw, jakie w dzieciństwie i wczesnej młodości przyjmujemy wobec wzorców wpajanych nam przez otoczenie, szczególnie zaś przez rodziców. W tej naszej społecznej hodowli wpływ rodziców jest przemożny, w pełni uzależniający, ponieważ rodzi tylko dwa modele zachowań: przyjęcie postawy rodziców, lub jej odrzucenie.
Nie byłem przekornym dzieckiem, ale pamiętam, że niczego nie przyjmowałem gładko, wszystko chciałem rozumieć. Najpierw należało mi tłumaczyć dlaczego ma być tak, a nie inaczej, a ponieważ siła gardłowej perswazji moich rodziców nawet przy krzykach – nieważne, z braku czasu, czy braku dostatecznych środków werbalnych – rzadko mnie przekonywała, na ogół pojawiały się argumenty całkiem proste, które jednak znakomicie przemawiały do mojej krnąbrnej logiki: skórzany pasek, kabel od kuchenki elektrycznej, ojcowski kapeć.
Niechęć do dalszej rodziny moi rodzice wyhodowali we mnie bez paska i kabla, w sposób nieświadomy; po prostu byłem, obserwowałem i słuchałem. Chodzi o podróże do rodziny i rozmowy rodziców o rodzinie. Podróże do Bolkowa, Wrocławia, Chociwla, Szczecina, Nowego Targu, Mszany, wszędzie tam, gdzie mieliśmy rodzinę, były dla mnie trailerem Apokalipsy według świętego Jana. Nie było wątpliwości, że u babki Zarychowej zerwiemy z bratem niedojrzałe dynie, albo utopimy kurczaki w beczce z deszczówką, za co babka będzie chciała nas chciała publicznie ukrzyżować. Na sto procent można było przyjąć, że familianci w Nowym Targu wpuszczą nas do domu na kwadrans, a później wymówią się ważnymi sprawami i skończymy na całodniowym pobycie na jarmarku, pośród śmierdzących potem, wódą i tytoniem górali i ich śmierdzących bobkami stad owiec i innego bydła. Gwarantowane było, że spotkanie ojca z bratem Władkiem, lub wujkiem Adamem skończy się tęgim ochlajem i konsekwencjami rodem z piosenek Staszka Grzesiuka. A do tego dochodziły późniejsze, wiadomej natury, komentarze mamy i tatki.
Rodzina? O nie! Trzymać się z daleka!
Rodzina? Elementarna komórka społeczna, dzięki której przechowujemy, pielęgnujemy, przekazujemy określone zespoły obyczajów i wartości dalszym pokoleniom jej członków. Rodzina to coś konstytutywnego dla naszej tożsamości. Pięknie, wszystko prawda, ale pieniądz ten ma dwie strony. Rodzina wyznacza zarazem granice elementarnego podziału społecznego. Rodzina więzi, ogranicza, zniewala, deformuje. Rodzina jest w gruncie rzeczy pierwotną formą syndykatu. Interesy rodziny to siedliska ohydnych brudów, gniazda najpodlejszych zbrodni, zarzewia wielkich wojen.

A jednak jest w nas… no, dobrze: a jednak jest we mnie przekonanie, że pewnych relacji – w tym wykraczających poza więzi krwi – nie da się określić w lepszy sposób.

Moje pobyty u K. i M. stały się w ostatnich latach zdecydowanie rzadsze, sami rzadziej też bywają tutaj, w górach. Mniej spraw mnie do Wrocławia sprowadza, więcej wszyscy mamy obowiązków… właściwie oni mają więcej obowiązków, ja natomiast zdecydowanie mniej, a co za tym idzie, żadnych pieniędzy na reprezentacyjne kanikuły. Tym bardziej dziwi, że mimo to, nasza znajomość trwa z nieomal równą intensywnością od ponad jedenastu lat i tak naprawdę w niewielu opresjach na przestrzeni tych lat się znalazła. Dodajmy: z równą, a może w ostatnim okresie nawet większą „intensywnością emocjonalną”.
Z dumą i chichoczącym uśmiechem mogę powiedzieć, że więź łącząca mnie z K. i M. nosi prawdziwe znamiona epickiej przyjaźni.
Śluby i wesela, pogrzeby i narodziny, duchowe wzloty i emocjonalne zapadki, siła i energia, spontaniczność i duch zespolone w rozlicznych towarzyskich i publicznych działaniach… We wszystkim stałe wsparcie, niewymuszony stan akceptacji mimo wszystko…
Mówię o przeszłości, ale bigiel między nami nie gaśnie.

Pamiętam taką sekwencję sprzed paru lat.
Niedzielny ranek. Leżę rozkwaszony sobotą na sofce w pokoju gościnnym u K. i M. Wspaniałą ciszę ogrodów Sępolna zakłóca światło słońca wściekającego się na moje wylegiwanie. Okrywam oczy kocem.
Nagle złośliwy dzwonek do drzwi. K. jest w pracy. Słyszę, jak w sypialni M. podnosi się, złorzecząc na intruza, podnosi słuchawkę domofonu, pyta kto, otwiera drzwi i klnie jeszcze bardziej. Do mieszkania wpada Filip, nasz młody kolega ze Stronia Śląskiego. W swojej naturalnej afektacji ocenia świat… dość krytycznie, od tonącej w letnim upale przyrody, po krety i ludzi. Filip, duży, charyzmatyczny, przystojny facet myśli teraz tylko o jednym. Wdziera się do gościnnego pokoju, w którym spoczywa moje umęczone truchło, siada do pianina i zaczyna grać.
Pokój jest uporządkowany, żadnych znamion nocnego melanżu, przedmioty stoją na swoim miejscu, jednak wejście Filipa wznosi drobiny kurzu, który zaczyna wirować, tańczyć… do 2, tej pogrzebowej, sonaty Szopena, w sam raz na złość sobie… ale już, już po trzech minutach, na jakimś szalonym mazurku, wchodzi M. z gitarą elektryczną i malutkim wzmacniaczem, instaluje się w pół minuty. Zaczyna rześko dogrywać. Też kocha Chopina: nasz boski Fryderyk, często powtarza.
Leżę, słońce porusza światłem w centkach kurzu – oto jest maść tamtej rzeczywistości. Jej dotyk.

Inna sekwencja.
Środek tygodnia prawie, czwartek. Siedzimy przy stole w kuchni. Rozmawiamy… K., M. i ja. Plotkujemy o tym, co u kogo, kiedy i jak; nie widzieliśmy się trzy tygodnie, wcześniej bywało, że i pół roku, czas nie ma znaczenia.
Wieczorem brzęczy domofon i po chwili w kuchni pojawia się młodziak, student z instytutu K. Rozmowa musi zboczyć z obranego kursu, kurtuazja, a wreszcie groźba nudy, która ponęka młodego, domaga się innych tematów.
Na wysokości zadania, aż się naprasza, chce stanąć literatura. Te ostatnie nasze lektury (co czytamy? czy to takie ważne?). Pojawiają się konteksty: poglądy, premedytacje, uzurpacje, słabości. I hasła: mit sztuki, rzeczywistość kultury masowej, dyskursy takie i owakie, potem inne, ostrzejsze teorie społeczne. I nie ma w tym cienia przymusu, wszystko to forma lotu, lekkiego odjazdu, subtelnego flow; przynajmniej dla kogoś jak ja, na co dzień utkwionego na geograficznych peryferiach ludzkiego świata.
Rozmowy nie kończą wnioski, nic nie jest zamknięte, bo w sumie to tylko dobra zabawa.

To wydarzyło się wczoraj. Młodziak zaś, to mój syn.
Syn K. i M. zasnął, kiedy czytałem mu do poduchy wierszyki Brzechwy. Wiosną skończy sześć lat…
Wypada mi tylko dodać, że wprawdzie nasi synowie nie są duzi, ale są charyzmatyczni i przystojni. I zdecydowanie młodsi od Filipa.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSzczeliny 3
Następny artykułSzczeliny 5

ZOSTAW ODPOWIEDŹ