Kolejne super trio: tatuś, syn i stryjo

1
44

W czasach szalonej młodości, gdy byliśmy piękni, pełni wigoru i fanfaronady – słowem jakieś pięć lat temu – koncypowaliśmy z kolegą Rudym, iż nie godzi się, by wszystkie historyjki, które nam się przytrafiają przechodziły bez echa innego, niż spotkania z ciekawym człowiekiem, jakie raz po raz organizowaliśmy (i dalej to czynimy) sami sobie na przemian, choć zawsze przed jakimś audytorium; owszem, zgoda, fakt i prawda, nieraz jest to teatr jednego widza.

W czasach szalonej młodości, gdy byliśmy piękni, pełni wigoru i fanfaronady – słowem jakieś pięć lat temu – koncypowaliśmy z kolegą Rudym, iż nie godzi się, by wszystkie historyjki, które nam się przytrafiają przechodziły bez echa innego, niż spotkania z ciekawym człowiekiem, jakie raz po raz organizowaliśmy (i dalej to czynimy) sami sobie na przemian, choć zawsze przed jakimś audytorium; owszem, zgoda, fakt i prawda, nieraz jest to teatr jednego widza. – Nie godzi się marnować tylu pięknych historii, kolego! – Mówiliśmy. I ostatecznie powstał chytry plan. Mieliśmy zatem rozkochać w nas jakieś młode dziewczę, najlepiej adeptkę dziennikarstwa, lub innego kretyńskiego kierunku studiów, dającego rzekomą władzę nad słowem, by uczynić ją prywatną kronikarką naszych poczynań. Niestety, plan się nie powiódł… Hola! Nie dlatego, że my szpetni, okulawieni i panienka żadna nawet okiem bez obrzydzenia nie rzuci. Wprost przeciwnie przecież… Baliśmy się, że na castingu do tej roli trupy pośród tłumu konkurentek się pojawią… I to jeszcze, że jednak nie wszystkie te historie są… Cóż, plan spalił na panewce, a historie – przynajmniej niektóre – pozostały i koniec końców Krajewski zajmuje się rysowaniem, malowaniem i sztuką w ogóle, a ja w ogóle słowem. Mówiąc krótko, mnie pozostaje owo kronikarskie zadanie.

Oto rysunki Krajewskiego, archiwalne, z „Przekaźnika”, ale stale te ludziki maluje. To dowód na moje słowa.

supertrio1 

 

supertrio2

A teraz jedna z tych historyjek, które należy dla potomności zachować. To drugi dowód.

Pod koniec pierwszego semestru pierwszego roku jego studiów komunikacyjnych (nie idzie o transport, lecz komunikację międzyludzką), zadzwonił do mnie Witoldo w sprawie zadania domowego: wywiadu z ciekawym człowiekiem. Natychmiast wyjaśniam, iż Witold to mój syn, młodzieniec nader systematyczny, grzeczny, ba, uładzony, znakomicie wychowany i jak się wreszcie okazało bajecznie wprost bogaty. Naprawdę o tym nie wiedziałem, a wyszło to na jaw podczas naszych ostatnich spotkań i włóczęgi wspólnej po mitingach towarzyskich, w trakcie których przyznawał się nieznanym rozmówcom bardzo szczerze, że jemu, jako właścicielowi dużej firmy, nieobce są Kostaryki, Dominikany i Singapury i tylko z dumy patriotycznej wciąż mieszka w Rewalu, o, piękny Rewalu…

A w tamtym okresie Witold nie chciał przeprowadzić ze mną wywiadu, z Rudym tym bardziej; może go nie lubił. Owszem, byłem na liście, ale na ostatnim miejscu. Na pierwszym była miejscowa guru, Reikowa. Rudego wcale nie było… W takiej sytuacji ani ja, ani Rudy nawet byśmy się nie zgodzili na udzielenie mu wywiadu. Więc została mu tylko Reikowa, miejscowa wiedźma, najmądrzejszy człowiek jakiego w życiu spotkałem – niestety – kobieta.

Stanęło więc na Reikowej. Przyjąłem to z pewną dezaprobatą, ale Witold zapewne też, bo robił ten wywiad w ostatniej chwili, rzucając się na taśmę… Po trzech dniach wysiadywania u niej, zjawił się w końcu u mnie, ażeby rzec całą z notesika przenieść w bebechy i na ekran komputera, co trwało kolejne dwa dni.

Dnia trzeciego wracam z pracy do domu praktycznie nocą. Nie pamiętam, gdzie wówczas pracowałem, ale przypominam sobie, że dzień miałem wyjątkowo ciężki, a że była to niedziela, więc zapewne odstawiałem gibona na jakiejś imprezie. Styrany jak wół jarzmowy zastaję więc na moim poddaszu Witolda i wujka Ninję. Witek skończył właśnie przepisywanie wywiadu, a mój ociemniały przyjaciel Jacek Ninja – inny jego pseudonim Człowiek Demolka (Państwo myślicie, że burmistrz Stronia Śląskiego Łopusiewicz sam sobie wykombinował te krzywe latarnie przy ulicy Nadbrzeżnej? w życiu! to wszystko robota Jacka Ninji, który namiętnie zderza się z nimi!) – pomieszkiwał u mnie wówczas i jak było wtedy w jego zwyczaju, tłukł mi w tracie mycia kolejne kieliszki do wina. Jeszcze w przedpokoju nie zrzuciłem traperek z nóg, a już dostałem jedną z tych próśb, którym się nie odmawia: przeczytać wypracowanie syna i określić, czy może je oddać do oceny profesora B. Po prawdzie moje marzenia w tamtym momencie ograniczały się do złożenia głowy na poduszce, cóż jednak mogłem począć, skoro praca w przeciągu najbliższych dwóch godzin miała trafić na skrzynkę poczty elektronicznej pana profesora? Kazałem naparzyć kawy i usiadłem do laptopa.

Początek wywiadu szedł całkiem nieźle, rozmowa zaczynała się od tematów ogólnych. Niestety, na drugiej, może na trzeciej stronie tekstu rozmówcy, ni stąd ni zowąd, wskakiwali w terminologię i problematykę znaną raczej tylko wyrafinowanym ezoterykom. Kwestie struktury bytu, wizje teleologiczne, przaśne interpretacje czegoś w rodzaju „umysłu Boga”, szły jak pociski z Grubej Berty. Pozbawiony kontekstualnych didaskaliów, kulturowy i ideologiczny synkretyzm Reikowej, budził we mnie głębokie kontrowersje. Owszem, doskonale wiedziałem o czym mówi, lecz jeszcze lepiej wiedziałem, że jej słowa pojawiają się w semestralnej pracy studenta Uniwersytetu Wrocławskiego, instytucji przesiąkniętej ateistycznym racjonalizmem do imentu.

Powiedziałem więc Witkowi, że wywiad nie nadaje się do publikacji. Zapewne ogarnęłoby go dogłębne rozczarowanie moją opinią, ale nie zdążył, ponieważ wujek Ninja, zdolny krytyk katolicyzmu i Kościoła zaczął się uzewnętrzniać w temacie „metody Jezusa”. Dało to początek rozmowie, która wychodząc od paranaukowego dyskursu przerodziła się w wielki fajerwerk desperackiego poczucia humoru. Nie ma mowy, żebym sobie przypomniał, co nas tak bawiło, w moim przypadku był to z pewnością efekt zmęczenia, ten moment, o którym mówią, że „włączyła mu się głupawka”. W takim też nastroju Witold zwrócił nam uwagę, że właśnie mija mu termin, że już nie może kombinować i musi natychmiast wysłać swemu nauczycielowi list, ale nie ma bladego pojęcia, co ma napisać.
– Tatuś – rzekł w końcu – dyktuj, bo sam nic nie wymyślę.
To i wziąłem i podyktowałem synkowi list, nakazując – na szczęście – załączenie wywiadu.

Była niedziela, blisko północy. Nauczyciel zwykł był odpowiadać na mejle Witka najwyżej po kilku kwadransach. Niezależnie od pory. Minął dzień, dwa, trzy. Cisza. Mówiąc krótko, zaczęła się tak zwana sraczka. Synuś wydzwaniał do mnie każdego dnia z coraz większym przerażeniem. Uspokajałem, pocieszałem, ale sam się po cichu chwytałem za głowę, że mu pismo podyktowałem, po którym zostanie relegowany z uczelni na zbity pysk i może jeszcze z wilczym biletem. – To pięknie – myślałem – tatuś urządził synusia na czternaście fajerek, wspaniale! Fakt, wujek Ninja brał też udział w wydarzeniu, ale czy można go było winić, że on to właśnie tego wieczoru przyprawił nas o ten tę czarną komedię? Cholera! Wychodziło na to, że tylko ja jestem winny! W piątek Witold zdecydował, że w niedzielę uda się na konsultacje do pana nauczyciela.

A tak brzmi treść listu wysłanego przez studenta pierwszego roku do jego wykładowcy (na marginesie był już wówczas profesorem, nie doktorem):

Szanowny Panie Doktorze,
Przeprowadziłem wywiad, muszę go jednak uznać za niezbyt udaną próbę. Pomysł rozmowy z miejscowym guru okazał się klapą niemniejszą niż atak Hirohito na Pearl Harbor. W tej chwili właśnie siedzimy z wujkiem Jackiem i moim tatewe przy kielichu i przeprowadzamy kaźń nad biednym truchłem zapisu tego wywiadu… Oczywiście to niewinne żarciki – walimy kokę… To naprawdę żarty.
Wywiad jest na tyle nieudany, że dostaliśmy ataku kolki. Mimo wszystko, w nieutulonym żalu, wysyłam Panu, Drogi Panie Doktorze, to cudo. Muszę skończyć to pismo, bo mam zerwane boki i rozerwie mnie całkiem, jeśli przyjmę jeszcze jeden płatek miętowy tego wielkiego żarcia absurdu.
Z poważaniem,
student Pański,
Pawlęga Witold
PS
Tatewe i wuj Jacek pozdrawiają 🙂 Przeprowadzę następny wywiad, na mniej poważne tematy. Jeszcze nie wiem, na pewno będzie lżej. Pozdrawiam 🙂

W niedzielne przedpołudnie, rozdygotany jak rachatłukum Witold wszedł do pokoju profesora B.Uśmiechnięty profesor rzekł: – Panie Witoldzie, ale pan wie, że nie może pan takich mejli wysyłać do wszystkich nauczycieli?

Ja prawie zawału dostałem, a synuś dostał piątkę. Rok później spędziliśmy cały wieczór i pół nocy opracowując jakąś koncepcję spotu reklamowego dla wyimaginowanej firmy, kolejne zadanie szkolne. Tym razem obeszło się bez groźby wylania dziecka z kąpielą.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułdywanik
Następny artykułZ porannych wiadomości do I.

1 KOMENTARZ

  1. „Więc została mu tylko Reikowa, miejscowa wiedźma, najmądrzejszy człowiek jakiego w życiu spotkałem – NIESTETY – kobieta.”
    O tempora, o mores! Pan Pawlęga takie farmazony głosi!!!

    Nie przystoi, mój drogi przyjacielu z lat młodości.

    Czyżby dopadł, Pana -Tomaszu, kryzys wieku średniego? A może zazdrosny narcyzm, tudzież złość „skrzywdzonego” faceta na ród kobiecy? Czy też insza cholera??? Żarty żartami, ale „zaskoczonam OKRUTNIE” powyższym cytatem z pana Tomasza.
    Rzeknę tylko: wiedźma = kobieta, która wie.
    Więc czemu niestety?
    Ada

    P.S.
    Pozdrowienia dla Jacka,który udzielił mi w czasach studenckich schronienia w swoim łódzkim mieszkanku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ