A wiosną rok później… Słowenia

0
20

Do Adergas dojechaliśmy w środku nocy. Ponieważ, jakoś tak nawet niezauważalnie, zakończyło się średniowiecze i kilka późniejszych epok, zamiast łomotania kołatką w bramę pensjonatu, a nie znaleźliśmy wokół niej guzika dzwonka, przez dziesięć minut dzwoniliśmy do gospodarzy telefonem.

Do Adergas dojechaliśmy w środku nocy. Ponieważ, jakoś tak nawet niezauważalnie, zakończyło się średniowiecze i kilka późniejszych epok, zamiast łomotania kołatką w bramę pensjonatu, a nie znaleźliśmy wokół niej guzika dzwonka, przez dziesięć minut dzwoniliśmy do gospodarzy telefonem. Tym samym koło 3.30 w nocy przywitała nas w końcu kobieta, która nadeszła z innego z okolicznych zabudowań. Młoda blondynka o przyjemnych rysach twarzy i sylwetki, i niskim, lekko zachrypniętym głosie. Ponieważ rozmawialiśmy po angielsku nie mogłem jeszcze usłyszeć charakteru języka słoweńskiego. Zawsze mnie muzyczność danego języka ciekawi, bo niby nic, a jak przychodzi co do czego i zastanawiam się po raz kolejny jak to się stało, że Niemcy nam urządzili tę II wojnę światową, to I. stwierdza, że to z winy ich języka.

„Domačija Vodnik” okazała się pensjonatem wcale przyzwoitym, mniej więcej na poziomie tych, które w ostatnich latach zaczęły porastać wsie gminne Stronia Śląskiego. Słowem, standard przyzwoity, ale ceny już zdecydowanie mniej. Jeśli w Gierałtowie czy Stroniu Wsi za łóżko ze śniadaniem trzeba wybulić jakieś siedemdziesiąt złotych, to pod grzbietami Alp Kamnicko-Sawińskich poniżej stówki nie zejdziesz, nie ma mowy; a w sezonie (zimowym lub letnim) jeszcze większe dziury w kieszeniach się pojawią.

Po odbyciu odpowiednich procedur hotelowych, rozwarliśmy drzwi naszego lokum, potem szybkie ablucje, siusiu, paciorek, do spania i zrobiła się 7.30, trzeba było wstawać… Tak to szybko poszło jak wykład, który pod drzwiami przeczekał chłystek Benjamin Braddock w tym pięknym filmie Absolwent. Wstałem jak nienaoliwiony, a najbardziej to mi powieki skrzypiały, trochę jak drzwi w starym dworze, a trochę jak piach w rowerowej piaście. I. tak nie jęczała, I. ma tę poranną radość ptaszka dzień w dzień, gdy ja raz na jakiś czas. Po wtóre miała być zwarta i gotowa na jakieś jej spotkania biznesowe, gdy ja w sumie mogłem lejbować do południa, tyle że nie chciałem, bo jaki by to miało sens – być w Rzymie i Rzymu nie widzieć?

Nasza gospodyni, ta sama, która nas nocą przyjęła, i która ma piękne imię Wiosna (właściwie Wiesna), spytała ile jajek chcemy na śniadanie. I. odmówiła, bo jest na ramadanie, nie je nic innego poza owocami, warzywami i sushi. Ja też odmówiłem, bo taka jajecznica z rana działa na mnie jak relanium, ścina mnie z nóg; równie dobrze mógłbym otworzyć podręcznik do fizyki lub matematyki, albo Krytykę czystego rozumu Kanta, nawet nie musiałbym się kłaść, zasnąłbym na stojąco.

Zaraz po cienkim śniadaniu – trudno się dziwić, że wybór był niewielki, byliśmy jedynymi gośćmi domačiji – I. pojechała do swoich obowiązków, a ja usiadłem z kawą, papieroskami i książką na werandzie Vodnika. Była ósma trzydzieści, w garści trzymałem zbiór opowiadań Jaroslava Haška otwarty w sam raz na historyjce o chomiku, delektowałem się maluńkim espresso w dużej filiżance i camelem. Tak na marginesie, jeśli prosicie w Słowacji o black coffee, dodajcie słówko long, inaczej mur beton dostaniecie to cholerne małe espresso, którego na języku prawie nie czuć, a serce po nim kołacze jak Dzwon Zygmunta. Co zaś do pana Haška, to jest dobry na wszystko, jakkolwiek należy unikać czytania niektórych jego opowiadań w miejscach publicznych, można bowiem zostać wziętym nie tylko za niezrównoważonego, ale wręcz za literalnego debila, gdy człowiekowi ze śmiechu pójdą bańki nosem.

Jako twardziel do espresso zdołałem spalić dwa papierosy, a gdy wreszcie osuszyłem filiżankę, otarłem spod oczu łzy i wysmarkałem nos, podniosłem się, poszedłem do pokoiku, gdzie zapakowałem do plecaczka butelkę wody, notes z piórem i aparat fotograficzny. Blond Wiosnę, która za kontuarem recepcji klepała do komputera jakieś cyferki, zapytałem czy daleko stąd do Cerklje. A gdy się okazało, że mam do zrobienia 4 kilometry w jedną stronę, na co się nieco skrzywiłem, dodała, że co ja tam do Cerklje będę chodził, gdy w naszej wsi piękny zabytek jest, który warto sobie zobaczyć. Więc poszedłem do centrum Adergas, które leżało za przełęczą oddaloną od Vodnika ze sto metrów.

Było nie było, chyba z domu do marketu na Morawce mam dalej, niż miałem z pensjonatu do środka słoweńskiej wioski. Nie przeraziła mnie jednak ta niewielka odległość, bo po drodze minąłem najpierw kilka domów, które okazały się dość typowe dla miejscowej architektury, później oborę, od której bił zapomniany już zapach krów, a nawet usłyszałem tych krówek porykiwania, a potem już ujrzałem mury klasztoru dominikanów, za którym skrywał się kościół Zwiastowania. W kościele tym znajduje się najstarsza w Słowenii rzeźba, datowana na 1220 rok, drewniana figura zwana Madonną Velesovską. Od razu też rzuciła mi się w oczy dekoracja w postaci około trzydziestometrowego świerka, lub sosny, okorowanej niemalże na całej długości z pozostawionym jedynie czubem, ozdobionym szarfami i jakimś wieńcem. I. powiedziała później, że to samo mają w Hiszpanii, być może, ale i u nas w Polsce jest takie święto ludowe, zwane maik, podczas którego używa się podobnego atrybutu, choć w porównaniu z tym, co zobaczyłem, w postaci szczątkowej. Ciekawym pozostaje jednak fakt, że jest to ewidentny przykład adaptacji pogańskich obyczajów Słowian na grunt katolicyzmu. Drzewko majowe w Adergas zrobiło na mnie spore wrażenie, bo do jego ustawienia potrzeba było solidnego dźwigu i głębokiego dołu na osadzenie.

A przy kościele poczułem się już całkiem swojsko, bo tylko wyszedłem za węgieł gmachu dominikanów, gdy natknąłem się na baby, na kumoszki, które – tak myślę – wracały z posługi u plebana. Ukłoniłem się więc babom z polskim dzień dobry, na co odrzekły: dobro jutro, co bardzo mi przypadło do gustu, bo przypomniało mi naszych sąsiadów Czechów, którzy mają tak samo pomieszane w głowach i na maj mówią kwiecień. A kumoszki nie były szczególnie stare, bo tak pod sześćdziesiątkę może, albo i młodsze. No, w końcu na cholerę proboszczowi potrzebne stare kobity na plebanii? Takie tylko by jęczały, że je w krzyżu łamie, że żylaki puchną, że nie dowidzą już kurzu i błota zupełnie i tak dalej. Młodsze za to zamiotą i nawet podłogi zrobią na mokro, rosołu nagotują i opierunek uskutecznią, ale też nie mogą być za młode, bo by zaraz na wsi gadali, że ksiądz jest ladaco.

Minąłem wszakże kościelne baby nie nawiązując z nimi dalszej konwersacji i znalazłem się u wrót kościoła. Żadna z trzech par wielkich drzwi nie była otwarta. Znalazłem przy nich tylko gablotę z jakimiś starymi informacjami i wykaligrafowanym hymnem do Najświętszej Maryi Pani Naszych Dni. Obok była tablica upamiętniająca adergaskie ofiary złożone na ołtarzu I wojny światowej. Zszedłem więc po schodach, żeby cyknąć kilka zdjęć, ale byłem jednak trochę rozżalony, ponieważ nie ujrzałem najstarszej w Słowenii figury Najświętszej Maryi Panienki, nie zobaczyłem też żadnego braciszka dominikanina i nie pozostało nic innego, jak pocieszyć się tym, że nie widziałem również angielskiej królowej, ani nawet papieża Franciszka. Zrobiłem więc ze dwa, trzy zdjęcia i podszedłem do fontanny leżącej na placu przed kościołem, fontanny, która nie tylko działała, ale i w jej wodzie pływały złote rybki, a choć później I. wyjaśniała mi, że to nie są złote rybki, tylko karpie ozdobne, to kto by jej uwierzył, że takie maleństwa miałyby zimą wylądować na wigilijnym półmisku. A może się pomyliłem? Może nie powiedziała, że to karpie, tylko na przykład karasie? Karpie, karasie czy złote rybki, to nieważne, nie byłem na wyprawie badawczej ichtiologów.

IMG 2598

Adergas

Tak oto wyprawę do centrum Adergas miałem w zasadzie za sobą i choć wahałem się dłuższą chwilę, kręcąc się przy fontannie w tę i we w tę – jak stary profesor matematyki rozmyślający o jakimś ważnym problemie logicznym – iść czy nie iść do Cerklje, to jednak górę wzięło we mnie przekonanie, że może lepiej poczekać na I., bo te jej spotkania biznesowe nigdy nie trwają szczególnie długo, więc może razem zajrzymy do największej w gminie wioski.

Na werandzie Vodnika siedzieli już przy kawie jacyś ludzie, zaraz się jednak okazało, że to była pani Wiosna, jej mąż i najpewniej jakiś pracownik. Zamówiłem jeszcze jedną czarną kawę, wyjąłem z plecaczka notes i zacząłem skrobać tekst o występie zespołu People of The Haze w programie telewizyjnym. O dziwo pisanie szło mi całkiem gładko, podobnie zresztą jak palenie cameli, bo po godzinie fechtowania piórem znalazłem w popielniczce cztery niedopałki. Tymczasem od sąsiedniego stolika podniosła się pani Wiosna i podeszła do mnie. Zapytała czy nie potrzebuję roweru, jeśli tak bardzo chcę zobaczyć Cerklje, na co, rzecz jasna, bardzo się ucieszyłem, godząc się pożyczyć welocyped, ale bez kasku, bo nie wypada mężczyźnie w moim wieku jeździć w kasku bez odpowiedniego kostiumu rowerowego, a takiego w ogóle nie posiadam.

Kiedy kreśliłem ostatni akapit tekstu, podszedł do mnie mąż Wiosny i podając mi wyświechtaną mapkę gminy powiedział, że mam na niej wszystko, a rower już na mnie czeka. Nie było innego wyjścia, Cerklje również na mnie czekało i już bez zastanowienia podniosłem się, by wyruszyć ku nowej przygodzie.

Śmignąłem w dół koło obory z krówkami, minąłem klasztor i kościół, przed którym w fontannie pływają małe, czerwone karpie i mijając kolejne domostwa pedałowałem dalej, aż na skraju drogi odwróciłem się, by rzucić okiem na Adergas z innej perspektywy. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że zza pobliskich stoków wychyliły się nagle znacznie wyższe szczyty. No wyobraźcie sobie tylko, że jesteście mniej więcej na wysokości Lądka-Zdroju, czyli ok. 450 m n.p.m. i za tym Lądkiem, tuż tuż, wyrasta grzbiet górski, którego najwyższe szczyty mają do 2500 m n.p.m. To robi wrażenie! Na tyle duże, by upamiętnić rzecz na kolorowej fotografii, choć czy zdjęcie może się równać w takich razach z żywym obrazem?

Za Adergas wypadłem na wypłaszczenie. Asfalt przecinał pola skoszonej już trawy – zapewne po raz pierwszy, lecz nie jedyny w tym roku – a właściwie siana, którego zapach unosił się w coraz gorętszym powietrzu. Po prawej, w dali rysowały się majestatyczne kontury skalistych Alp włoskich, albo austriackich, przede mną nizina pofałdowana i w dali porośnięta wyspami pojedynczych gór, ale ja dojechałem do głównej drogi we wsi Trata pri Velesovem i skręciłem w lewo, na Cerklje.

IMG 2605

Centralny placyk w Cerklje z ładnym ażurowym szczytem domu

Moja wizyta w tej miejscowości była dość krótka. Coś na wzór ryneczku, niewielki cmentarz za kościołem, z którego prowadząc rower trafiłem pod kaplicę cmentarną, gdzie jak na złość trwała ceremonia pogrzebowa, a ja z tym rowerem przedefilowałem obok ludzi w czarnych strojach: składali sobie kondolencje ściskając dłonie, chwytając się za ramiona. Chwilę później wróciłem na centralny plac, ale nie chciałem jechać z powrotem tą samą drogą, odbiłem więc na wschód, za Cerklje i za ostatnim zabudowaniem wsi zjechałem z drogi, by usiąść sobie w trawie i popatrzeć na tę część Alp Kamnicko-Sawińskich. Studiując mapę ponazywałem widoczne szczyty z tym charakterystycznym Krvavcem, bo stoi na nim jakaś wieża, pewnie telewizyjna, a poza tym dociera tak kolej gondolowa. Napiłem się jeszcze wody i wyruszyłem na wprost do podnóża gór, do wsi Dvorje. Piaszczysta droga prowadziła mnie między polami młodych zbóż i łąk, na miedzach których Słoweńcy mają takie jakby wieszaki, na które pakują siano. W Polsce widziałem tylko zwykłe stogi wspierające się na trójkątnych żerdziach, albo świerkowe chochoły zasypywane sianem, tutejsi natomiast mają rzędy żerdzi zainstalowanych w pionowych ściankach i zadaszonych. Co kraj, to obyczaj.

IMG 2610

Cmentarz w Cerklje

Na skraju wsi kobieta chodziła między grządkami z wielką zieloną konewką. Chwilę później wsiadała z nią i jeszcze jedną na rower. Biorąc pod uwagę, że do najbliższego domostwa było stamtąd dobre sto metrów, nieźle się musiała z tymi konwiami najeździć. A Dvorje to kolejna, podobnie jak Adergas, mała wichura z gęstą zabudową. W większości to gospodarstwa rolne, ale wyglądające inaczej niż nasze dolnośląskie, Te są zadbane, uporządkowane. Słoweńcy zdają się w ogóle być bardzo uporządkowani, drobiazgowi, dbający o detal. Powiem szczerze: byłem nawet trochę zazdrosny, że oni tak mogą, tak potrafią, gdy Polacy stale przy gospodarstwach i gdzie tylko się da hodują te rozlatujące się szopki, drewutnie i wiaty, ich podwórza wydziobane i obsrane przez kury wyglądają jak klepiska, a często w obejściu lata pies przybity do budy łańcuchem. Olbrzymia część słoweńskich domów w tym regionie ma potężne okapy dachów, wydłużone często od szczytów tworzą nieosłonięte ścianami werandy. Ma to swój charakterek.

Za Dvorje przejechałem kawałek znanej mi już drogi, ale korzystając z mapy skręciłem wcześniej i po kilkuset metrach znalazłem się znowu w Vodniku.

I. wróciła jakieś pół godziny później. Przebrała się i wyruszyliśmy na wycieczkę krajoznawczą samochodem. Do miejscowości Bled, którą do pewnego stopnia można porównać do Lądka-Zdroju, ponieważ jest to również uzdrowisko.Powiada się, że taką Holandię to bez problemu można w parę godzin przejechać taksówką. Zapewne Słowenię dałoby się w parę godzin przejechać hulajnogą, gdyby nie fakt, że pojazdem tym nie wolno się poruszać po autostradzie. I. pokpiwa sobie, że Słoweńcy mają tylko jedną autostradę. Niewiele się myli, mają dwie na krzyż. Można sobie z tego kpić, ale przynajmniej na odcinku z Mariboru gdzieś pod Ljubljanę, a na pewno po Bled, jest to autostrada biegnąca po prostu przepięknie. Słowenia jest ciasna, co – jak sądzę – wynika z mocnego pofałdowania jej terenu. Autostrady w Polsce, Niemczech, czy Austrii suną jak amerykańskie highwaye – prosto, do tego osłonięte są setkami kilometrów przez ekrany, płoty, żywopłoty i inne obwarowania, tak że się człowiek czuje, jadąc nimi, jak w okopach. Tymczasem w Słowenii drogi te są otwarte, a malowniczość terenu jest wyjątkowa. Oczywiście kierowca musi się skupiać na częstych zakrętach, wlotach i wylotach z tuneli, przede wszystkim zaś na tirowcach i innych luzakach, ale taki pasażer, taki ja mogę się delektować do woli obrazkami roztaczającymi się za oknem. Zapewne w zimie popadłbym w melancholię oglądając te cuda, ale nie wiosną, nie wtedy, gdy zieleń już wybuchła.

Bled

Miasteczko pocztówka. O tej porze roku, przy tym słońcu chciałoby się wysłać cały Bled przyjaciołom. Ale tylko tym, których się lubi. Reszcie mms-y, żeby zazdrościli.
Po niedługich poszukiwaniach miejsca postoju parkujemy w centrum miasteczka, w miejscu ruchliwym i nawet trochę brzydkim, co pocieszające, że nie wszystko jest tutaj doskonałe. Prócz bledskiego zamku, który jako pierwszy rzuca się w oczy dostrzegamy bliżej położony kościół. Krótkie podejście w cieniach malowniczych domów prowadzi nas do ulicy wiodącej prosto do św. Marcina. W zaułku, między gmachem świątyni, na ścianie plebanii odnajduję małe lapidarium, którego czar polega na tym, że umieszczone jest wysoko pod okapem jej dachu. Św. Marcin jest otwarty, więc bez wahania wchodzimy do środka i siadamy w środkowej ławce. I. odmawia zapewne w myśli kilka zdrowasiek, jak sobie inwentaryzuję wnętrze. W głębi kościoła dwa ołtarze, wyrzeźbione najpewniej w maślanej karrarze zachwycają drobiazgowymi detalami, ale to nie one są tutaj najciekawsze.

IMG 2637

Św. Marcin w Bledzie

IMG 2625

Lapidarium przy św. Marcinie

Prawie wszystkie ściany boczne jednonawowej świątyni ozdobione są freskami. To komiksy pomysłu i ręki niejakiego Slavko Pengova. Namalowane w latach 30. XX wieku były chyba niedawno restaurowane, bo wyglądają świeżutko. Przenika się tutaj biblijna mitologia z rzeczywistością początków XX wieku, wszystko w żywych kolorach, malowane kreską, której nie powstydziliby się najlepsi rysownicy komiksów. Prawdziwe cudo i kiedy I. już kręci się wokół kościoła, ja jeszcze w nim wystaję, podziwiając te freskowe kolaże.Niczym najeźdźcy zdobywamy średniowieczny zamek, z którego roztacza się panorama na kurort i jezioro o tej samej nazwie, pośrodku którego wyspa z kościołem. Zdobywany go szorując stopnie biegnące hen w górę od św. Marcina, położonego nieco nad miasteczkiem. Na miejscu okazuje się jednak, że wcześniej już wzięła go szturmem wycieczka japońskich emerytów, którzy przybyli na zamkowe wzgórze autokarami. Japońskie hordy schodzą jednak szybko, zapewne mają jeszcze tego dnia do zrobienia Ljubljanę, Triest i Wenecję, żywotne cholery, mimo że emeryci.

IMG 2621

Na krawędzi stoku zamek w Bledzie

Zamek robiłby niezwykłe wrażenie, gdyby nie stał się siedliskiem nowoczesności. Obok gablot z archeologicznym szmelcem, telewizorów plazmowych i manekinów odzianych na średniowieczną modłę, inspiracją może być kibelek położony w kącie którejś izby, zaopatrzony w tak zwaną czarną dziurę z deklem; niestety, dekiel jest przyśrubowany do desek sraczyka. Położenie zamku, jego mury i część bruków przywołują dziwne emocje, inspirują myśli: ilu ludzi tutaj żyło na co dzień, jak byli w stanie wjeżdżać konno na tę górę, gdzie były stajnie, jak żyli w tych przeciągach… To wszystko roi się człowiekowi, ale falami tylko, bo nie da się zagłębić w wyobraźnię, gdy obok kręci się kelner w eleganckim uniformie, gdy w salach średniowiecznego zamku atakują cię multimedialne prezentacje, a cieć naprasza się, byś szedł we właściwym kierunku zwiedzania. Dobrze, że mam I., która jest jak żyrafa wyjadająca najsmakowitsze listki, te z samej góry drzewek – zaciąga mnie do winiarni. Znowu polski, słoweński i angielski. I. naciąga przebierańca w stroju mnicha na degustację lokalnego winka i facet leje do kieliszka jakby z naparstka. Dostaję w odprysku resztkę koloru na ściankach naczynia ze statkami szminki I. – Młode – mówi I., ale nabywa buteleczkę. – Będziemy mieli na wspominkowy wieczór, w Polsce, przy kominku.Marzeniem I. tego dnia jest dopłynięcie na wyspę z kościółkiem na jeziorze Bled. Kiedy się nad nim zjawiamy jest jednak późno. Na wyspę pływają takie małe dżonki. Na brzegu stoją trzy, ale tylko na jednej siedzi jeszcze przewoźnik, gruby ignorant, który nie chce nas przewieźć za normalną stawkę od osoby, żąda wykupienia dodatkowych dwóch biletów. Bledzki grubas rozlewa się w małej dżonce, jak jeziorko Bled w polodowcowej niecce, tłusty mors z wiosłami w dłoni… No nic z tego nie wychodzi i tylko wgapiamy się już w łabędzie przy brzegu wyżebrujące żarcie od turystów.

IMG 2631

Dziedziniec zamku w Bledzie

IMG 2633

Widoczek na jezioro Bled

Rozczarowana I. pyta czy wracamy do Adergas, czy jedziemy do Kranj. W ciągu ostatnich 36 godzin spaliśmy jakieś 3, ale co mam jej powiedzieć o 17 pod wieczór, że mam dość? W zasadzie mam, ale na mały spacer jeszcze mnie stać. Jedźmy, dziewczyno do Kranj, zobaczmy większe miasto w tym pięknym kraju.

Kranj

W Kranj mógłbym przemieszkać nawet z miesiąc, pod warunkiem, że na starówce. Wypływa ze mnie cała słabość do starych miast, wylewa się szeroko po długim kranjskim rynku, po kamienicach, kościołach, po zakamarkach wąskich uliczek, ulicznych kanałów.

Zaczynamy od cerkwi św. Krzysztofa, niewielkiej świątyni położonej na skraju skarpy, na której rozkłada się całe stare miasto. Fotografuję dość szkaradne malowidło: święty Krzyś przeprawia się z małym Jezuskiem przez jakąś wodę. Musieli strasznie długo pozować, Jezuskowi ścierpły nogi i bardziej już kuca na ramionach świętego, niż na nich siedzi, można to również wnioskować po rozmytym spojrzeniu i usteczkach ściągniętych w tutkę. Ale co tam, obrazek będzie dla naszego ociemniałego stryjaszka Ninji, wiecznego podróżnika na trasie Stronie Śląskie – Łódź Kaliska, który lubi pasjami spadać z peronu kolejowego na dworcu we Wrocławiu. Obrazek pomoże mu pozostać na platformie.

IMG 2639

Św. Krzyś dla Ninji

Od św. Krzysztofa ulica biegnie już szeroko do podłużnego rynku. Czasy średniowiecza pamięta drugi kościół, kamienice za to bez końca wspominają Austro-Węgry i jego wysokość cesarza Franciszka Józefa. Sezon turystyczny jeszcze się nie rozpoczął, nie ma wycieczek japońskich emerytów, po placu kręcąc się tylko lokalesi, jest luźno, przewiewnie między fasadami kranjskich kamienic. Najpiękniejsze są te niewyremontowane, te z osypującą się farbą, starymi, skrzynkowymi oknami, bramami pamiętającymi XIX wiek. Kranjski rynek nie gości kolejnych banków, ekskluzywnych butików, snobistycznych studiów tego i tamtego, ekstrawaganckich knajp, w których kufelek piwa ma wartość miesięcznego wyżywienia somalijskiej rodziny. Sklepik z patchworkową pościelą, urocza witryna sklepu z zabawkami, malutkie interesy z odzieżą, galeria sztuki, knajpa z ogródkiem piwnym, następna galeria, dzieciarnia snująca się z futerałami, w których odpoczywają skrzypce, waltornie, puzony, sporo ludzi na rowerach, pod wielkich gmachem większa ekipa rozgrywająca mecze w jakiejś odmianie ciepłego hokeja.

IMG 2652

Fontanna z rzygającym kogutkiem

Patrząc na tę piękną starówkę słyszę gdzieś z tyłu głowy głosy mieszkańców Lądka-Zdroju, tych narzekających na lądecką starówkę, na nieremontowane kamienice, na zrujnowane budynki dawnych sanatoriów i pensjonatów w części zdrojowej miasta. Tak, tak, lądczanie wciąż psioczą na swoje miasteczko, nie wszyscy, rzecz jasna, ale wielu. Otóż gdybym mieszkał na stałe w Kranj i przyjechał do Lądka, byłbym tym miastem zachwycony tak, jak mieszkając koło Lądka zachwycony jestem starówką kranjską. Te stare miasta nie są odpicowane, wyjęte spod igły, wycackane, owszem, takie „zrobione” są piękne, ale te słabiej wypielęgnowane zdają się mieć w sobie więcej życia. Zapewne te niedoskonałości będąc jakimś wyrazem użytkowania, ukazują ślady zostawione przez czas, są otwartymi notatkami historii miasta i jego mieszkańców. Nie tylko więc piękno ich architektury urzeka, ale przeczucie ich losów. Trochę to jak z tym zamkiem w Bledzie, którego magia historii zaczyna zanikać w muzealnej sterylności, w nienagannym porządku, sztywnej geometrii poruszania się w jego murach.

IMG 2656

W drodze do rynku w Kranj

IMG 2658

Kranjskie kamieniczki

IMG 2661

Rynek w Kranj

Mamy więc szczęście odwiedzając kranjskie stare miasto poza sezonem turystycznym, w jego naturalnym stanie, w świetle zbliżającego się wieczoru, mamy szczęście jak Marcel Proust, gdy odkrywał kolejne tajemnice buduaru pani Swann.

IMG 2665

I jeszcze trochę kamieniczek

IMG 2667

IMG 2668

A kiedy opuszczamy ryneczek i stare uliczki, nachodzi mnie frapująca refleksja: jak dalece nie lubiłbym moich gór, Masywu Śnieżnika, Bialskich, Złotych, Krowiarek, lasów, pól, całej tej zieleniny Matki Natury, to jestem w głębi duszy mieszczuchem. Ludzie oddający się relaksacji lub medytacji, udają się wyobraźnią do swojego refugium, miejsca, w którym czują się bezpieczni, zwykle są to nagrzane słońcem, pachnące trawami łąki, ocienione zagajniki, miejsca idylliczne, sielankowe, w których cisza zalega tonami. Moim refugium są uliczki starych miast, w ich architektonicznym ambarasie, w ich ludzkim rozgwarze popadam w stupor zachwytu, emfazy, uniesienia. Rozpływam się.Słowenia
Polecam.

IMG 2670

IMG 2672

ZOSTAW ODPOWIEDŹ