Silver Linings Playbook

1
18

Silver Linings Playbook

Jeśli jest pośród filmów jakiś motyw, który nieodmiennie lubię, wręcz uwielbiam, to są nim opowieści o szaleństwie, ale te dobre, ciepłe opowieści; niekoniecznie jak ta Zelenki, czy te Koterskiego. Mister Jones, K-Pax, Fisher King… Zresztą, choć nie mamy tutaj do czynienia z klinicznym szaleństwem, to czy filmy Charlie Chaplina, czy Blake Edwardsa też nie są historiami o szaleństwie?

Silver Linings Playbook

Jeśli jest pośród filmów jakiś motyw, który nieodmiennie lubię, wręcz uwielbiam, to są nim opowieści o szaleństwie, ale te dobre, ciepłe opowieści; niekoniecznie jak ta Zelenki, czy te Koterskiego. Mister Jones, K-Pax, Fisher King… Zresztą, choć nie mamy tutaj do czynienia z klinicznym szaleństwem, to czy filmy Charlie Chaplina, czy Blake Edwardsa też nie są historiami o szaleństwie?

W weekend obejrzałem film pod powyższym tytułem, który nasi, krajowi dystrybutorzy przełożyli jako „Poradnik pozytywnego myślenia”.
Silver Linings Playbook pomieścił jednych i drugich. W tym filmie nikt nie jest normalny. Główni bohaterowie płyną na spowalniaczach i antydepresantach, ojciec bohatera to zabobonny kibic amerykańskiego futbolu i nałogowy hazardzista, brat jest karykaturą wyznawcy mitu american dream, przyjaciel ma stresującą pracę, żonę zołzę, więc i sam nie jest normalny, drugi przyjaciel to eskapista, powracający do psychiatryka bumerang, hinduski psycholog też jest maniakalnym, hinduskim (Asian Invasion!) kibicem Philadelphia Eagles, a i dzielnicowy policjant ma swój sznyt „prezesa klubu dziwnych”, nawet matka bohatera w swej łagodności trąci szaleńczym humorem. Apoteoza szaleństwa. Wszyscy na swój sposób są stuknięci. Przypominają trochę bohaterów Dostojewskiego, jednak ich zagubienie nie idzie w stronę zbrodni, nie są to żadni rewolucjoniści, filozofowie, mistycy, bohaterowie nadęci i poważni jak Sąd Ostateczny. To zwyczajni ludzie, którzy poszukują własnego skrawka małego szczęścia na tym świecie.
Rodzi się zatem pytanie dlaczego historie o szaleńcach są tak szaleńczo mi bliskie? Dlaczego nie interesuje mnie raczej coś „normalnego”?
Dobrze byłoby zrobić wycieczkę do emocjonalnej nagości obrazu, urzekających chwytów filmowych i narracyjnych, dialogów, ludzkiego piękna bohaterów, ale rzecz jest bardziej skomplikowana, bardziej wielowątkowa – wszystko to odnosi się wprost do mojego dzieciństwa, wczesnej młodości, do miejscowości, w której żyłem i miejscowego szpitala psychiatrycznego.

Stronie Śląskie leży w łagodnej, malowniczej dolinie. Wypiętrzone jest na otwarte światło słońca, a zarazem zamknięte między kruchymi torsami starych gór. Głos miasteczka rozlega się w obrębie dwóch kilometrów od jego centrum, to niewiele. Później jałowe łąki, linia bogatych lasów iglastych i mieszanych, zmienne niebo.
Ta miejscowość, ta aglomeracja ma spokojną, tysiącletnią historię.
Coś jednak pękło w tym sielskim anturażu i od drugiej połowy XX wieku peryferyjna dziura osiągnęła zadziwiający, swoisty szczyt peerelowskiego synkretyzmu kulturowego. W roku 1953 istniała tutaj huta kryształów, kopalnia uranu, szpital psychiatryczny i uprawne, wiejskie pola. Teren był okupowany przez zakazy strefy nadgranicznej i zarazem stale eksplorowany przez „szukających swego miejsca w nowej Polsce”. Może 3 tysiące dusz do kupy, nie więcej, które stale rotowały, zmieniały się. Proletariacka awantura i zarazem powolna egzystencjalna stabilizacja. Ludzie sobie radzili.
Urodziłem się piętnaście lat później, u progu materialnej pustki komunizmu… jak gdyby kiedykolwiek był pełny…
To była granica miasta i wsi. Proletariatu i chłopstwa. Dosłownie. Ulica zaczynająca się od „Okrąglaka”, obrzydliwego produktu gierkowskiej architektury, a kończąca na moście nad niebezpieczną Białą Lądecką, za którym było kilka otoczonych sadami nędznawych gospodarstw i pola biegnące w górę, pod las.
Niewielki klin trzech kamienic (domy w solidnych murach mające po dwa wysokie piętra i strychy) i kilku domków zamieszkiwał żywioł zabugowych chłopów, młodszego pokolenia robotników i wreszcie kilku niepasujących popaprańców o artystycznym usposobieniu, którzy nie mogąc odnaleźć się w lokalnych realiach, spadli w odmęty alkoholizmu; prawie cała reszta już dawno w nich leżała. W sąsiedztwie, na tej samej ulicy kolejna kamienica i kilka chałup sudeckich, i dokładnie takie samo towarzystwo w nich wegetowało.

Życie polegało na ciężkiej harówce, żarciu przaśnie polskim i solidnym ochlaju. Awantury uliczne były na porządku miesięcznym. Tak w okolicach Matki Boskiej Pieniężnej. Piękne to były draki, familijne i między familijne. Dlatego może nigdy nie doszło do jakiejś ulicznej schizmy, że wszyscy lali się po równo i wszystkim, co w ręce wpadło. Bywały pięści, albo proste sztachety roztrzaskane na plecach, ale dochodziło też do epickich pojedynków damsko-męskich, z których – o dziwo – nieomal zawsze kobiety wychodziły obronną ręką; nie żeby zaraz były silniejsze, po prostu mężczyźni byli zbyt upici, by unieść rękę. Kobiety miały też większe talenty do roztrzaskiwania różnych przedmiotów na łbach facetów, stąd draki te były zarazem bardziej egzotyczne. I o dziwo, pomijając podbite oczy, połamane ręce czy nogi i szwy tu i ówdzie, nic złego nikomu się nie działo. No, ale to był żywioł tych starych. My, dzieciaki, mieliśmy własny, choć lubiliśmy jak cholera oglądać te bijatyki.

Na samej ulicy i leżącym przy niej, niewielkim futbolowym boisku, dokonywaliśmy różnych wyczynów. Chodziliśmy na szczudłach, skakaliśmy o tyczce na listwach kradzionych w pobliskim tartaku, ścigaliśmy się na rowerach, graliśmy w kapsle, graliśmy z dziewczynami w gumę, skakaliśmy klasy, rzadziej który pobawił się z nimi w doktora, ale wzorem dorosłych laliśmy się między sobą ile wlazło.
Nasze życie nie kończyło się jednak na ulicy Dolnej i Wembley. Mieliśmy do dyspozycji okoliczne sady, stawy rybne, rwącą Białą Lądecką (do pływania na traktorowych dętkach, łowienia głowaczy i pstrągów na rękę), wypełnione sianem stodoły, składnicę drewna (nigdzie nie buduje się lepszych „domków” i kryjówek), strome pagórki i dziesiątki wspaniałych, rozłożystych drzew, z których do woli można było spadać na łeb.
Mniej więcej wszystko, co robiliśmy jako dzieci było nielegalne i zakazane. Rzeczywiście w większości były to zabawy bardzo niebezpieczne.

Było nie było, w tej epoce wszyscy już chodziliśmy do szkoły. Dwie były w miasteczku, stara i nowa, stara dla klas 1-3, nowa dla reszty, czyli dla 4-8. Obie były daleko od naszej ulicy. Do pierwszej szło się 20 minut, do drugiej 25 prawie biegiem. Kiedy droga do szkoły była dramatem małego, zaspanego bęcwała, to powrót z niej stawał się niejednokrotnie eposem, z którego Twain mógłby wziąć przykład pisząc kolejny tom przygód Tomka Sawyera czy Hucka Finna.

Obok wszelkich wspaniałych okazji do rozrabiania, mieliśmy jeszcze jeden częsty punkt w trakcie powrotów: spotkania z pensjonariuszami naszego szpitala psychiatrycznego.
Każdego dnia wychodziła z zamknięcia szpitalnych bloków (Morawki) garstka nieszkodliwych osobników, których prócz dziwnego wyglądu cechowało gadanie od rzeczy. Był więc pan Super, który przed każde słowo kładł przedrostek super (niczym w zabawie językowej, na przykład z „ka”: kaniczym kaw kazabawie kajęzykowej). Ten miał wielki talent krasomówczy; do dziś pozostał mi w pamięci jego superbojkot superolimpiady w superMoskwie. Drugiego zwaliśmy pan Bedłonka, ponieważ miał pozytywną fiksację na punkcie biedronek (lata świetlne później spotkałem Olafa, bystrego filozofa i zdolnego malarza z Wuppertalu, który potrafił godzinami tkwić w dzikim pejzażu u stóp Śnieżnika, jego urodę usiłował przenieść na płótno, na końcu zawsze jednak Śnieżnik był truskawką, albo padał nań deszcz truskawek, albo osnową Śnieżnika była truskawka, stąd wołaliśmy go Olaf Truskawka). Pan Bedłonka był niespecjalnie rozgarnięty, ale zarazem było w nim coś czarującego, co pozwalało nam „rozmawiać” z nim nieraz i godzinę, stojąc w jednym miejscu. Często usiłowaliśmy też zagaić pogaduszkę z małą zasuszoną wariatką, która nieustannie zadawała przechodniom (zawsze mężczyznom) jedno kwintesencjonalne pytanie: Typ palący, czy typ nie palący? Jednak w jej wypadku zawsze dochodziło do nieporozumień i konieczności salwowania się szybką ucieczką po puszczeniu kilku obraźliwych wiązanek, tyczących jej kondycji umysłowej, pochodzenia jej rodziny oraz sposobu prowadzenia się ich wszystkich oraz wsi, z której pochodziła. Było jeszcze kilka innych barwnych postaci, ale i miejscowi szajbusi dostarczali nam solidnej dawki przeżyć.

W takie oto miejsce rzucili mnie – jak i resztę stroniaków – weseli macherzy od losu. I tutaj, jak sądzę, rodzi się moja niegasnąca słabość do szaleństwa. Do życia jak na dłoni.

Kilka lat temu wybraliśmy się z kolegą R. na zakupy do Kłodzka, gdzie co tydzień odbywa się giełda używanych rzeczy, która zwiemy po prostu Szmelcowiskiem w Kłodzku. Kupiliśmy wówczas sporo mebli, a wszystkie pakowaliśmy do furgonetki, na której – obok innych wyrazów – namalowany był spory napis: „Stronie Śląskie”.
Dwóch handlarzy, którzy obserwowali nasze zmagania z pakowaniem zakupionego ambarasu, zadało nam, nie skrywając specjalnie podejrzanego uśmieszku, pytanie: Naprawdę jesteście ze Stronia?
– Ależ oczywiście – odpowiedzieliśmy z dumą. – Jesteśmy ze Stronia.
Dopiero w drodze powrotnej zdałem sobie sprawę, że w regionie nazwa Stronie kojarzy się z poważną groźbą:
– Jak się nie uspokoisz, to zadzwonię na milicję i zamkną cię w wariatkowie w tym Stroniu, ty debilu.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here