Rychtalska (IX)

0
29

Rychtalska (IX)
Nazajutrz nie poszedłem do pracy, wstałem przed południem, wszedłem do wanny wypełnionej gorącą wodą, a po kilku minutach wylegiwania doszedłem do wniosku, że zobaczę sobie Wrocław.

Rychtalska (IX)
Nazajutrz nie poszedłem do pracy, wstałem przed południem, wszedłem do wanny wypełnionej gorącą wodą, a po kilku minutach wylegiwania doszedłem do wniosku, że zobaczę sobie Wrocław.
Dni były już chłodne i Wrocław jakby z ostatniego lata i pięknej jesieni wrócił do czasów Jaruzelskiego, zrobiło się szaro, trochę ponuro, ale kiedy z Bema wmaszerowałem sobie na Ostrów i dotarłem pod katedrę, było mi już dobrze, spokojnie, wróciłem pod pomnik w pobliżu mostu prowadzącego do Kościoła Maryi Panny na Piasku, przypomniałem sobie na chwilę któreś upalne lato, gdy moja późniejsza żona siedziała na balustradzie figury św. Trójcy w lekkiej kwiecistej sukience, jej śliczne blond włosy falowały lekko na wietrze i poszedłem dalej, przez Most Piaskowy i plac biskupa Nankiera, gdzie lubiłem zajrzeć do jej wnętrza przez wielkie szyby galerii fotograficznej, aż doszedłem do gmachu uniwersytetu, dotarłem do witryn księgarń i wszedłem do każdej, którą znałem, żeby nasycić się zapachem drukarskiej farby, napatrzeć na obrazki wspaniałych tytułów i takich nazwisk, aż było mi już całkiem dobrze, byłem już przygotowany do wkroczenia na Rynek, który trochę przerażał mnie swym pięknem i potrzebowałem zawsze sporo czasu, żeby oswoić się z faktem, że jestem w samym środku nieprawdopodobnego dzieła ludzkiego smaku i myśli. Wolno wydeptałem trakt wokół Ratusza, Sukiennic i innych maluśkich uliczek przecinających kwadrat bryły budynków wewnątrz Rynku, i żałowałem, że z powodu zimna nie ma piwnych ogródków na zewnątrz knajpek, których na starówce wrocławskiej jest ponad sto, byłem niepocieszony myślą, że usiądę w „Highlanderze” albo jakiejś „Witamince” i będę Rynek oglądał przez szybę, ale robiło mi się coraz chłodniej, więc wszedłem do kawiarni i zamówiłem filiżankę Lavazzy. Kawa była trochę kwaśna, ale za to gorąca, pijąc ją oglądałem ludzi przechodzących przed witryną i czułem się zadowolony, patrzyłem na ich ubrania, na twarze pięknych kobiet i przystojnych młodzieńców i myślałem sobie, że nie tylko miasto tak bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich piętnastu lat, że i ludzie w większości jakoś rozkwitli, wypięknieli, a jednak coś gryzło mnie w tym wszystkim, dłuższą chwilę odczuwałem dziwną niepewność, by pojąć, że ta niepewność dotyczy tego, co widzę, bo przecież wiedziałem, że wrocławski Rynek kontrastuje z wieloma innymi częściami miasta, że patrzę na coś nieosiągalnego dla siedemdziesięciu procent Wrocławian, którzy trafiają tutaj w wyjątkowych okazjach, że tam na Nowym Dworze, na Brochowie, na Kosmonautów, na Psiaku, tam czas przystanął albo niczym stalowy klin tkwił w ciele nowej Polski, tam wciąż panowała szarzyzna, a rzeczywistość trwała na granicy betonowych molochów i wiochy z lat pięćdziesiątych, ale co tam, w końcu byłem zadowolony, że wreszcie się zdecydowałem, że sobie powiedziałem, że już wystarczy tego dobrego w firmie „PHU January Pawian”; do szczęścia brakowało mi odpowiedzi na pytanie: i co dalej?
Z tego poczucia równowagi wyprowadził mnie telefon od właściciela Pawiana, który jak gdyby nigdy nic powitał mnie, pozdrowił i zatroskany spytał dlaczego nie przyszedłem na Rychtalską, chciałem mu odpowiedzieć coś w rodzaju: pierdol się, bucu, ale poprzestałem na jakimś szybkim i oczywistym kłamstwie i pożegnałem go do dnia następnego, oj, nie byłem asertywny.
Po kawie nie omieszkałem przejść kilku moich ulubionych miejsc w rodzaju Starych Jatek, do których miałem słabość po niegdysiejszym happeningu „Podglądanie” zorganizowanym na którąś rocznicę śmierci Gombrowicza, kiedy na Jatkach aktorzy z współczesnego pokazali scenę z „palicem” ze „Ślubu”, a w „Rurze” scenkę „Słowacki wielkim poetą był” i kilka innych jeszcze miejsc, albo w rodzaju ulicy Kiełbaśniczej, gdzie w pierwszych latach swojego pomieszkiwania we Wrocławiu umawiałem się na randki z dziewczynami ze szkół w Śródmieściu, nie zapomniałem też przystanąć na dłuższą chwilę od strony Kurzego Targu przed gmachem DT „Fenix”, który zaprojektował jeszcze przed wojną Poelzig. A wreszcie przemaszerowałem ulicą Szewską do ulicy Wita Stwosza i jak zwykle pogapiłem się na ceglane wnętrza wystawy BWA, a potem już obok kościoła studentów i powstającej „Galerii Dominikańskiej” i rotundy „Panoramy Racławickiej”, doszedłem do Muzeum Narodowego, przed którym przejrzałem tablice reklamujące wystawy w murach tego pięknego budynku. Na Moście Pokoju Odra niosła już oddech nadciągającej zimy, musiałem iść szybko, bo wiatr odmrażał mi nos, ale już na ulicy Kardynała Wyszyńskiego zrobiło się cieplej i żałowałem tylko, że wejście w taki dzień do Ogrodu Botanicznego nie ma sensu. W końcu więc skręciłem w prawo, a później w lewo i ledwie wszedłszy w uliczkę Sępa Szarzyńskiego znalazłem się w kamienicy domu Bunarki.
Towarzystwo Bunarki i jej Pawełcia było bardzo sympatyczne, lubiłem z nimi poplotkować, szczególnie lubiłem historyjki, które Paweł przynosił z zakładu pracy, gdzie robiono szkło zespolone, gdzie był kierownikiem, a zakład zatrudniał wielu byłych kryminalistów, bo zwykli ludzie nie chcieli wykonywać tak ciężkiej pracy, ale Pawełcio bardzo lubił tych młodych kićmanów, bo miał wśród nich posłuch, dbał o nich, a oni odpłacali mu się bardzo ciężką fizyczną pracą. Ale miałem ten sam problem co u Kocurka, po prostu nie chciałem męczyć moich wspaniałomyślnych gospodarzy swoją obecnością, wiedziałem, że mnie lubią, ale co za dużo, to i świnia nie zeżre, więc kiedy tylko przed wieczorem zadzwonił do mnie zaniepokojony moją absencją kolega Rudy, spytałem go czy nie planuje oglądania Al Jazziry, bo chętnie zobaczyłbym jak się mają sprawy na Bliskim Wschodzie, a kolega Rudy zaprosił mnie bez wahania, więc poszedłem.
Zaraz po wejściu do mieszkania, a było tak koło ósmej wieczór, doktor Karusia poprosiła mnie o zdjęcie moich La Sportive’k i zaraz się wyjaśniło, że wcześniejszego wieczoru kolega Rudy nie zakończył pijatyki na naszej ławeczce, ale po powrocie do domu zastał narzeczoną Karinę w towarzystwie dwóch koleżanek, paru butelek piwa i wina, a nazajutrz, po powrocie z pracy, doktor Kariśka zobaczyła na drzwiach do mieszkania kartkę z wykaligrafowanym drżącą dłonią napisem: „Prosimy nie urządzać nocnych libacji bo będziemy zmuszeni wezwać mili… policję. Sąsiedzi”, więc zdjąłem moje trekkingowe kandahary i poprosiłem o herbatę, a potem rozmawialiśmy o mojej wycieczce po Wrocławiu, bo jak kolega Rudy, tak i jego narzeczona Karina byli w tym mieście zakochani, a Rudy gromadził coraz więcej literatury i albumów na temat Wrocławia, jego historii i architektury, słowem, miałem dzień edukacji regionalnej, ale ja sam przecież też kochałem Wrocław, więc każda informacja ciekawiła mnie bardzo, a swoją drogą wtedy dopiero, chyba dopiero wtedy zacząłem zauważać w sobie jakieś poczucie tożsamości z Dolnym Śląskiem, a być może to właśnie kolega Rudy i jego narzeczona Karina rozbudzili we mnie uwielbienie dla Dolnego Śląska, a szczególnie dla Wrocławia i całej Ziemi Kłodzkiej, bo niewiele wcześniej czułem się trochę jak z Marsa, albo jakiejś innej odległej planety, bo gdzie mnie nie rzuciło, tam było mi zawsze dobrze, zawsze tak wypełniałem sobą przestrzeń, w której się poruszałem, że czułem się bezpiecznie, czy to w Warszawie, Londynie czy w Saarbrucken byłem jak u siebie, niewiele przed tym, zanim spotkałem Mariusza i Karinę byłem właściwie człowiekiem zewsząd, a więc znikąd.

*
Tak, tak, życie, to przyspieszenia i zwolnienia, cały cykl, kalejdoskop barw kolorowych i natężeń szarości, ufam, spiralny zwój wydarzeń, który wypada często z ręki, życie, niech będzie to moją definicją, jest skupieniem i rozbieganiem moich cząsteczek, życie jest moim oddzieleniem od świata, ale chyba do niego, psiakrew, pobiegnę! Tak, ileż to razy pomstowałem Kartezjuszowi, tyle samo razów dziękowałem Foucaultowi, a obydwa łotry są w tej samej mgle absurdalnej mojego rozumu utopieni, bo takie jest życie moich cząsteczek, które stale dążą do rzeczy zwykłych, kopania rowów melioracyjnych i tynkowania ścian, bo tak bardzo dążą do skupienia w poezji przedmiotów, w palecie kielni i szosie łopaty, ale czasem mam nad nimi władzę i wyrokuję nie gorsze od tamtych dzieła, a wówczas, znudzone robotą idą za brzmieniem mojego głosu, tańczą jak chcę. I gdybym tylko potrafił lepiej dogadać się z nimi, nie zmuszać ich ale dogadać się tak, jak facet z facetem i tymi myślami zmaltretowany dotarłem do Rychtalskiej, tam na piętro, a że Rudego nie było, to sam musiałem włączyć radyjko, żeby Rudy był i wziąć się za pioruński kufer na trzy niewieście trupy pojemności, osmarowany na podróż niecałe sto lat temu, gdzieś w Baku i czymś w rodzaju asfaltu, co mi polecił Pawian właściciel, jako farbę olejną, stary cwaniak, a kolega Rudy wszedł parę chwil później do pracowni i oznajmił, że nie dalej niż wczoraj, tuż po moim wyjściu odkrył wreszcie, wpadł na pomysł, dotknął go palec geniuszu, jak znaleźć się na leżaczku na Bahamie albo Kajmanie z kieliszeczkiem jarzębiaka w ręce, a mianowicie, biorąc pod uwagę fakt obecnej już właściwie zimy oraz zwyczaj, że każdy Polak i każda Polka, przede wszystkim Polka, siada wieczorem przed telewizyjnym i przykrywa się kocem, bo w mieszkaniu chłód, i tutaj wchodzimy my, drogi kolego, ponieważ pojawia się poważny problem: otóż jak zrobić, żeby wyciągnąć rękę spod koca po stojący na ławie kieliszek jarzębiaczka albo kufelek piwka i nie zmarznąć w tę rękę? i tutaj wchodzimy my z naszą propozycją specjalnych kocyków, moja stara wariatko Kaltowicz, wchodzimy na rynek z ofertą kocyków zaopatrzonych w rękawy oraz w kaptury i co ty na to? doskonały pomysł, odparłem, właściwie można zacząć produkcję, na piętro u góry sprowadzimy dwudziestu chińskich uchodźców, których przykujemy do kaloryferów, na giełdzie staroci kupimy komplet maszyn do szycia marki Singer na pedały i ruszamy, kiedy jest najbliższa giełda, bo Chińczyków ściągniemy z Warszawy, co nie? ech, kolega torpeduje wszystkie moje pomysły, stwierdził oburzony, ależ kolego, broniłem się, w życiu bym nie śmiał, po prostu mam inny pomysł, żeby się kolega wraz z narzeczoną Karinią wybrał do mnie, tam w góry i co kolega na to? pomyślimy, pomyślimy, skwitował i poszedł na swoją stronę halki, do stolika cygańskiej hrabinii.
Po południu pojechałem do klubu Madness, jedynego miejsca, muzycznego klubu, w którym mógł przejść hardcore czeskiego bandu „Naarden” i udało mi się ustalić występ chłopaków z Jesenika za dwa tygodnie, więc zaraz wysłałem do Leopolda tak zwaną krótką wiadomość telefoniczną, a zadowolony Svaty zadzwonił do mnie i już było jasne, że wyjadę po nich do Kłodzka, żeby chłopcy nie włóczyli się po prostych polskich drogach tak, jak ostatnio, a wieczorem czytałem „Jesień Średniowiecza” i znowu myślałem sobie o konsekwencjach interpretacji historii zachodniej cywilizacji w wykonaniu Michela Foucaulta, szczególnie o tych pierwszych rozdziałach jego doktoratu i od czasu do czasu wychodziłem do kuchni, gdzie otwierałem lufcik w oknie, żeby, jak to mówią, puścić sobie dymka i pomyśleć, że dobrze mi się mieszka u Bunarki, spokojnie, zacisznie, ale i tutaj moje dni są policzone, nie wolno mi dłużej narażać Magdy i Pawła na ciężar mojej obecności.

*
Robota przy kufrze była niczym skaranie boskie, mało mnie szlag nie trafił od tego babrania się w jakiejś upartej czarnej mazi, co za cholerę nie chciała zejść z tego pudła, na szczęście miałem jeszcze komodę stylizowaną na ludwiczka, więc mogłem odpoczywać od zastanawiania się nad drogą przez mękę tej paki, w którą weszłyby ciała trzech kobiet jak nic, ale w głowie i tak siedziała mi ćwiekiem nieszczęsna przyszłość, a nie miałem wątpliwości, że znowu wpakuję się w kolejną serię upokorzeń, którymi od jakiegoś czasu hojnie byłem obdarowywany przez los. Byłem tchórzem, nie miałem wątpliwości, więc jedyny ratunek w tym, że w końcu dotrę do dna wytrzymałości, ale póki co stale czegoś się boję, więc może na Zachód, wyjadę na Zachód.
Na całe szczęście pawian właściciel january od kilku dni rzadko zachodził do mnie na górę i unikał dyskusji, w ogóle nieczęsto siedział w zakładzie, więc schodziłem czasem do Kisiela zobaczyć go w akcji, a Kisiel to był prawdziwy czarodziej, który prawie bez narzędzi potrafił odrestaurować każdy mebel, schodziłem do niego zamienić kilka słów na temat roboty, ale też na temat jego rzeźbiarstwa, a trochę bardziej na temat sztuk plastycznych w ogóle, bo jakoś nieufnie podchodziłem do malarstwa i rzeźby, że nie wspomnę o innych projektach fantazji plastyków, ale to chyba dlatego, że zawsze do szału doprowadzały mnie te wszystkie masturbacje, jakie na temat płótna wielkiego mistrza X spotykałem w książkach, albo w katalogach wystaw, nie mówiąc już o wernisażach, bo zawsze uważałem, że takie doznania estetyczne, to w gruncie rzeczy są tak intymnej natury, że tylko w jednym wypadku skłonny byłem do pozbawionych jednak egzaltacji objawów zachwytu – w przypadku piękna kobiet. Z pewnością byłoby inaczej, gdybym sam nie, ha ha – popełniał, tworzył plastycznych wypocin i nie wiedział jak wygląda taki proces, a jeśli do tego przypomnę sobie Wolkersa, którego bohomazy były produktem mewy stąpającej po zasranych przez nią płótnach, jeśli sobie przypomnę takie surrealistyczne discopolo Dalego i takie, powiedzmy, body art, więc byłoby inaczej niż jest, że zdarzało mi się stanąć na wystawie przed rysunkiem van Dycka i utonąć, zniknąć tak, że po powrocie do rzeczywistości czułem się tak jakoś niedoskonały, że każde słówko, które bym wyrzekł brzmiałoby jak pierdnięcie, w najlepszym przypadku porządne czknięcie.
Kisiel, poza obroną przed tymi moimi prowokacjami, zachwycał mnie swoją subtelnością, czy to od marihuany, której pewnie sporo zbakał, czy od ilości psylofitków, które zeżarł, był taki jakiś mięciutki, peace and love generation, był wrażliwy i lubiłem patrzeć jak jego dłonie macają, jak niuchają powierzchnię przedmiotów i wiedziałem, że Kisiel nawet tego nie wie, że jego palce rozumieją wnętrze materii, czują jej strukturę, rozpoznają powody jej rozpadu. Kisiel był prawdziwym lekarzem.
Kolego, powiedziałem do kolegi Rudego, powiem szczerze, wiem, że kolega zamierza zostać największym mistrzem renowacji starych gratów we Wrocławiu, co pewnie za kilka lat nastąpi, ale nie mogę pojąć, jak tak możesz stać pół godziny i wgapiać się w nogę od stołu, czy to jakaś forma medytacji? a, to ja opowiem koledze, odparł bo w mig łapał skojarzenia, że kiedyś występowałem z zespołem „Serpent Beat” w pierdlu w Wołowie, a obsługiwał nas akustyk, który wykonywał stale ten sam numer, otóż zanim zabrał się za podłączanie całej aparatury, kolega rozumie, dziesiątki kabli i gniazd, setki hebli i pokręteł, więc zanim zabrał się za robotę, to padał na wznak po środku sceny, zamykał oczy i tak leżał bez ruchu dziesięć minut, a potem zrywał się i odwalał robotę w pięć minut, no to wspaniale, odrzekłem, ale co ma piernik do wiatraka, kolega medytuje? szlag go wie, co on tam robił, a co do mnie, to nie medytuję, tylko pracuję koncepcyjnie, drogi kolego, koncypuję kolejność, technologię restauracji takiego obiektu, ale ja nic innego nie miałem na myśli, drążyłem, więc kolega się nie gniewa, ale dla mnie to jednak nudne i nie wiem jak tak można tygodniami.
Ale wiedziałem, że nie mam racji, po prostu mnie to nudziło, a jego nie, wiedziałem, że nie istnieją matryce, że antyki są produktami nieobliczalnych w swych ruchach dłoni, a nie cyfrowych automatów, produkujących nie tylko przestrzeń mebla, ale i jego ciało.

*
Rankiem spytałem Magdę czy mogę zostać do świąt Bożego Narodzenia i Magda odparła, że jak najbardziej, więc miałem jeszcze dwa tygodnie ciepłego mieszkanka, dwa tygodnie pracy nad książką o Ziemi Kłodzkiej w czasach narodzin hrabstwa, w czasach, które nastąpiły po ludowej rewolucji husytów i wojnie Macieja Korwina i Jerzego z Podiebradu o czeską koronę, w czasach, kiedy z Javornika pod, albo nad Landeck, do pustelni, przeniósł się kat Stein i kiedy Bolko wyzionął ducha na kladskim rynku po przesłuchaniach w Legnitz i kilku tygodniach lochów w kazamatach kladskiego zamku, miałem też dwa tygodnie na nie znalezienie, z powodów finansowych, pokoiku we Wrocławiu, a że sobie myślałem o kresie moich możliwości, to i moje ciało poczuło się licho, lichutki byłem, jak wtedy zanim poznałem Barneya Stopparda i kiedy w Hastings wysiadły mi dziąsła i węzły chłonne pod pachami, a na palcu miałem zastrzał kawałka drutu z myjki do kuchennych garów i chwilami chciałem się już żegnać z tym światem, więc tak się właśnie czułem rozdygotany od tego Pawiana właściciela i od tej całej masy pieniędzy, które mi się śniły i wymykały stale, że zacząłem się obawiać, że wreszcie się rozłożę, że moje drobne cząsteczki, działające stale na siedmiu kilowatach napięcia, już nigdzie nie uciekną, tylko spłoną w łańcuchowej reakcji moich decyzji. Zacząłem się zapadać, młody i krewki z panaceum w głowie wielkości stanu Alaska z Kamczatką do kupy, chory lekarz, zacząłem tonąc i pozwalać sobie, aż się zalągł jakiś wirus w ciele zaniedbanym i opuszczonym, zmogło mnie.
Od dzieciństwa bałem się chorób, cholerny farmakon, spędzałem od dziecka długie rozmowy z anginą, grypą i ospą, z Anitą, Alicją i Olą grałem w bierki i układałem klocki Lego, a później nastąpił okres strachu, przestraszyłem się, bo zjawiała się mamuśka i mówiła, że to złe dziewczyny, bardzo złe dziewczyny. Pogniewałem się na nie, ale sentyment pozostał, jakaś otwarta bramka, wolna furtka, żony mojego dzieciństwa, że będę mógł na powrót pogadać z nimi, jakby czekały, że gdy tylko oleję wzajemnie ten świat, tyle godzin rozmów spędzonych, to wrócę do nich, więc były stęsknione powrotu, a ja stale podpuszczałem i wymykałem się, jak najlepszy kochanek spotykałem je zmożone na łożu boleści, ich ciepłu ulegałem, przylegałem do niego z czułością, w której umierała moja babcia przez dwa lata chora na raka, ale rano dawałem dyla, z nagła odzywał się we mnie jakiś zew samczy, cholera wie, ale już byłem na ulicy. A te czekały na dobre słowo i moją tęsknotę.
W piątek wrocławska pogoda furczała mi w płucach i w krwi, i wróciły, kręgosłup latał jak początek cukrowej waty, cały byłem do dupy, ale miałem kawał roboty do wykonania i trzeba było znaleźć się na Rychtalskiej. Nie było nic innego do wzięcia, więc zebrałem swoje ciało jak brudną ścierką i ruszyłem do pracy, do roboty.
Moje cząsteczki przestały drgać, wszystkie przebiegające przeze mnie pola magnetyczne niemal zamarły około południa, gdy zjawił się właściciel z całym szacunkiem pokrzywiony January Pawian z oświadczeniem dotyczącym naszej umowy o dzieło: wykonanie renowacji kufra podróżnego za wartość taką i taką, wobec czego, z powodu i w sytuacji, a nade wszystko w związku z zażaleniami klienta na długi okres realizacji moja stawka godzinowa maleje.
Nie miałem siły.
Pawian wyszedł natychmiast z hali, ale Rudy, kolega Rudy zaczął się pastwić nade mną w chwili, gdy rozmawiałem z moimi dziewczynami coraz bardziej otwarcie i nic nie pamiętam z tego, że mi gadał stale coś o mordobiciu Pawiana i że on wszystko załatwi, niech tylko powiem, bo byłem zajęty dziewczynkami, ciągle widziałem moją jakąś miłość zwielokrotnioną, zacierała mi się granica między kolegą Rudym, a cholernym farmakonem, byłem jak kubista w jakiejś hiperprzestrzeni, więc nagle poczułem się szczęśliwy tą symultanką graną na dziewczynki i na Rudego, ale Rudy nie wytrzymał rozłożenia, dał dyla.
Chciałem wrócić do Bunarki, zebrałem się wreszcie do kupy i chciałem wrócić, ale kiedy sprawdziłem klucze zdjąłem z wieszaka firmy, żeby zamknąć firmę, zdałem sobie sprawę, że nie mam kluczy do mieszkania na Sępa Szażyńskiego, że nie mam kluczy do ciepłego mieszkanka, do którego nie wpuściłbym dziewczynek, a wiedziałem, że Bunarka i jej Paweł wyjechali z miasta na weekend. Nie miałem siły. Niczego już nie kombinowałem, zebrałem wszystkie lumpy i kapy, jakie znalazłem w pracowni i położyłem się na starej sofie, którą stale podejrzewałem, że jest domostwem pluskiew albo innego wszawego plugastwa. Zaległem na meblu, w który pierdziały dupy pamiętające Bismarcka, a że dziewczynki jakoś znikły, to bawiłem się obserwowaniem własnego ciała, czułem jak się w sobie zapada, w lekkich dreszczach maleje, zachodzi samo na siebie, niemniej ciekawie zachowywał się mój mózg, który zaczął pochłaniać zmęczone oczy, to żarzył się jakoś, to znów czułem nieprzyjemne odpływy myśli, aż mnie jakoś znowu wzięło na użalanie się nad moim zasranym żywotem, bo dlaczego do cholery nie wezmę się za coś intratnego, tyle talentów we mnie, tyle możliwości, wystarczy tylko wejść w system, bez skruchy, sumienia, bez fanaberii o swojej wyższości wejść w system, stać się kółkiem, trybem tej maszyny, a czyż, do cholery, nim nie jestem, jako jego konieczny margines, naturalny odpad? po co te mity o jakimś przeznaczeniu, prawie karmy, zafajdane koncepcje jakichś misji, po co cała ta lipa, to poetycko-filozoficzne pierdolenie o sensie, jaki sens? gdzie, jak i co to, do diaska, jest ten sens? a Bóg, zbawienie, szczęśliwość, spełnienie, brednie, wszystkie te niedorzeczności w rodzaju własnej wrażliwości, niezgody, banialuki! Prawda jest taka, że przez trzy dziesiątki lat nakładłem sobie do łba całą masę bzdur, których nie potrafię się pozbyć, jestem fizjologiczno-kulturowym tworem nieszczęsnej planety! Toż ja sam sobie siebie zmyśliłem sobą w ogóle nie będąc, bo ja, mnie, mną, sobą nie istnieje inaczej niż utrwalony wymysł, horrendalny farmazon! Ja sam… tralalala, tralalalala, dupa kwaaaas!
Rankiem czułem się znośnie, byłem słaby, ale czułem się znośnie, tym bardziej, że nie wypadało przyznać się do tego noclegu w pracowni, tego stylu kloszarda, więc zanim ktokolwiek się zjawił zrobiłem sobie gorąca herbatę, trochę się umyłem i usiadłem na sofce. Właściwie czułem się tak trochę chyba nawet szczęśliwy, oczyszczony i pokorny, nie bardzo pamiętałem o nocnych rozmyślaniach, ale jakiś proces się dokonał, bo wycieńczony fizycznie, w duchu już wiedziałem co zrobić, ba, już się rwałem do wykonania pierwszego ruchu, ale też wiedziałem, że istnieją jakieś zobowiązania, że mi zostały jakieś graty do remontu i muszę je skończyć, żeby tej łajzie nie dać satysfakcji z mojej ucieczki.
Po wypiciu herbaty poszedłem do sklepiku i za ostatnie pieniądze kupiłem paczkę mocnych i dwie chińskie zupki, jedną zjadłem zaraz po powrocie, a potem wspiąłem się na piętro pracowni, wszedłem do hali i przystępując do kufra powiedziałem sobie, że niech mnie teraz biorą, wszystkie licha i cholerstwa. Nie dam się!

*
Około południa zjawił się kolega Rudy z nowymi rewelacjami, według których wczoraj, podczas jego podróży tramwajem ujawniło się wreszcie kim jest, bo w rzeczy samej, drogi kolego, wsiadłem wczoraj do tramwaju linii numer 11 zmierzającego w stronę Rynku i dalej, gdzie byłem umówiony z poetą Sasem na ulicy Więziennej w celach konsumpcyjnych i oto stoję w tramwaju taktycznie, czyli na samym końcu, raz, żebym kanara dojrzał zawczasu, dwa, żeby mnie draby jakieś nie zaskoczyły od tyłu, ale oto kolego, wsiada w ostatnie drzwi jakiś dziadyga w utytłanej ortalionówce, łachudra zupełna i podchodzi do mnie, i zaraz wyjmuje zza pazuchy plakietkę, identyfikator i mówi do mnie bilet, no to ja patrzę mu w oczy i pytam, że a kto pan jest niby?! jak to kto, odpowiada, robię kontrol, bilety sprawdzam, panie, ja mu wtedy i to głośno, a wiesz pan kim ja jestem? nie, więc otóż, panie rewizorze, jestem nieślubnym dzieckiem Józefa Glempa! I na te słowa wszyscy pasażerowie odwrócili głowy w naszą stronę i rozdziawili gęby, a kanar z nimi, więc ja szybko dalej, że wobec tego, szanowny panie, nie róbmy tutaj poruty, akurat zbliżamy się do przystanku, ja sobie tutaj wysiądę, pan będzie dalej kontrolował i tak rozejdziemy się w pokoju, jak na porządnych katolików przystało i faktycznie wysiadłem bez kłopotów. Kolega mnie zanocuje dzisiaj? odparłem na to, nie mam gdzie spać.
Natarłem się wewnętrznie wódą jak należy, rozmawiając trochę o tym, że Karusia lubi bardziej Kanta od Hegla, a ja na odwrót, a bardziej poważa sobie wczesnego Marksa od późniejszego, ale o tym nie miałem pojęcia, bo „Świętą Rodzinę” i „Kapitał” i „Manifest” czytałem w siedemnastym roku życia, słowem, wówczas, gdy wierzyłem w socjalizm, a nawet przypuszczałem, że komunizm jest możliwy, więc nie mogłem oponować, na co odparła, że woli literaturę rosyjską, ale ja nie wolałem, bo zawsze najbardziej wpieniali mnie Francuzi i Iberoamerykańce i dlatego powiedziałem, że oni są najlepsi, a szczególnie dla mnie tak stylistycznie, to Celine, ha, ale w ramach tłumaczenia, rzecz jasna, „Mistrz i Małgorzata”, odpowiedziała, więc nie miałem już skrupułów a’propos kotka z chińskiej czy indyjskiej galerii w Lipsku, powiedziałem, że ty jesteś wiedźma i dlatego, ale właściwie wiedziałem, dobrze wiedziałem, że doktor Karinia, nie, Karusia, że Karina nie urodziła się na ziemi, tylko gdzieś w morzu, syrena, zawsze tego zazdrościłem kobietom, tej cholernej naiwności, jak gdyby wyszła z morza, nad którym stanął Rudy i stary wyga chytnął taką wijącą się na brzegu w dobiegających ją falach, cholera ją wie, na sztuczne oddychanie ułapił, więc ułożyli mnie w kuchni, ale rankiem obudziłem się w ich pokoju, w ich jedynym pokoju, rozebrany jak do rosołu, pomijając moje sprane, ciemnolawedowe gacie, zimno mi było.
Rankiem miałem kolejne wizje, imitujące stiuki gryfy ze ścian pokoiku Rudych przemieniły się w smoka Wadera, bohatera mojej późnośredniowiecznej romantycznej opowieści o Ziemi Kłodzkiej, stale nachylał się, walczył dla Wadera w końcu tylko po to, by obnażyć jego słabości, by go zmusić do ich pokonania, no, ale co tu robisz, usłyszałem kolegę Rudego, który podniósł się z antresoli wiszącej nad zielonym pokojem kawalerki przy ulicy Orzeszkowej, leżę, odparłem i przypomniało mi się jak kilka tygodni wcześniej byłem w górach, a w tym czasie kolega Rudy z kolegą Dominisiem wybrali się na którąś z ławeczek w celach dyskusyjno-pijackich, ale o ile dyskusja szła przednio, o tyle konsumowany specyfik upodlił ich nieprawdopodobnie, a co Dominik relacjonował mi później, że się obudził pośrodku nocy w mrocznym i zupełnie nieznanym miejscu i kiedy miał już wpaść w popłoch, to po stołowej nodze, którą znalazł jakby wbitą w podłogę ciemności, rozpoznał, że jest u Rudych w kuchni, słowem, zasnąłem znowu, już bez smoka mojego raubrittera i średniowiecznego ojca chrzestnego.
A prawda tego ranka wyszła na jaw dużo później, kiedy Karina opowiedziała mi, że kilka dni przed moim noclegiem poprosiła niejakiego Dziwisza, bliskiego onegdaj kolegę Rudego, a dobrego informatyka, żeby jej porobił co należy w świeżo zakupionym komputerze i robił, ale roboty na dzień, a on dwa robi, lodówka pusta i zaczął nocować, szampony i perfumy zużyte, wszelcy znajomi przepędzeni, dzień trzeci, brudne ręczniki i telefony od jakichś szesnastolatek, aż w końcu Rudy nie wytrzymał i wskazał mu czerwoną linię, więc tego ranka, gdy obudził się na głos męskiego chrapania był przekonany, że to Dziwisz rozkłada się w najlepsze w pieleszach ich sypialni, a tego już za wiele, więc chciał mu sprawić manto.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here