Rychtalska (VIII)

0
28

Rychtalska (VIII)
Przebudziłem się w zadziwiającym panopticum, w żadnym tam cyrku z żydowskich kresów, menażerii postaci w rodzaju Anny Čsilag, albo Mister Hide’a, czy właściciela Pawiana Januarego, ale w gabinecie własnych figur woskowych i byłem tam w tylu pozycjach, zadziwiających figurach, że nawet chłopcy z klasztoru Shaolin czuliby się zażenowani moim kunsztem, ale problem był w tym, że ja sam byłem jedynym z tych miraży człowieka, zastygły w obserwowaniu każdej, nie mogłem tego ranka ujrzeć nic prócz siebie stłumionego, zastygłego, albo jak ciele brnąłem wśród tych postaci zadziwiających i groteskowych, i nie byłem w stanie wydostać się z tego nieznośnego muzeum manekinów niby to z wosku, niby z plastyku, a jednak z kości, krwi i żółknącej skóry.

Rychtalska (VIII)

Przebudziłem się w zadziwiającym panopticum, w żadnym tam cyrku z żydowskich kresów, menażerii postaci w rodzaju Anny Čsilag, albo Mister Hide’a, czy właściciela Pawiana Januarego, ale w gabinecie własnych figur woskowych i byłem tam w tylu pozycjach, zadziwiających figurach, że nawet chłopcy z klasztoru Shaolin czuliby się zażenowani moim kunsztem, ale problem był w tym, że ja sam byłem jedynym z tych miraży człowieka, zastygły w obserwowaniu każdej, nie mogłem tego ranka ujrzeć nic prócz siebie stłumionego, zastygłego, albo jak ciele brnąłem wśród tych postaci zadziwiających i groteskowych, i nie byłem w stanie wydostać się z tego nieznośnego muzeum manekinów niby to z wosku, niby z plastyku, a jednak z kości, krwi i żółknącej skóry. Nawet prysznic nie był mi w stanie pomóc, nawet lustro gromiło mnie spojrzeniem, a autobus z tłumem kolejnych moich postaci zaostrzał tylko poczucie nieszczęścia, którym się dotykałem tego ranka.
Opustoszała hala aż prosiła się o jakiś krzyk, wrzask zawodu, o coś dramatycznego, o akt, wyraz desperacji na miarę Polaka, o rzut żelazkiem, rzut Pawianem przede wszystkim, ale go nie było na Rychtalskiej, ale gdyby nawet był, to ja nie byłem w stanie nic z siebie wydusić. Jestem poligonem Pana Boga, myślałem tylko sobie, tak, zbiega się we mnie, jak w uranowej pięści cały magnes kosmicznych nieszczęść, już nie ma wątpliwości, że jestem zworą, przejściem, laboratorium, a w końcu przykładem człowieka fatalnego… ale muszę gdzieś mieszkać, dać sobie jakoś radę… to jednak niemożliwe, myślałem, że jestem tylko przykładem, to jednak, jednak, psiakrew! nie mam nawet czasu, żeby to przemyśleć, co poradziłaby mi mama w tej chwili, tak, co by mi powiedziała, na pewno jakąś bzdurę, ale co mogłaby mi powiedzieć, gdyby stała obok, co? bądź synu pokorny, kiedy ja nie chcę, mamo! gdzie mam mieszkać mamo, prosić? do domu wróć, synku, do domu, chociaż nie wiem po co, bo nie wiem kim jesteś, synku, ale mamo, po co do domu mam wrócić, skoro nie wiem kim jestem? gdzie mieszkać, powiedz! w sobie chyba, w sobie.
Tak gadaliśmy, ale jedno stawało się coraz pewniejsze, że musiałem oszaleć, bo cóż innego znaczyło słuchanie rad mamy, a tym bardziej wszystkich innych, a w takim razie muszę jeszcze bardziej oszaleć, żeby nie słuchać nikogo, co nie? mówiłem sobie, muszę do cna oszaleć, myślałem, żeby wyjść z panopticum, z panoptykonu, tylko wtedy bal manekinów zostanie za plecami i będę mógł odwrócić się, żeby sprawdzić czy nie gonią, cholera, a może pewnego dnia się odwrócę i zobaczę to wszystko z zewnątrz? ale gdzie mieszkać? w ciągu tygodnia niespełna znaleźć lokum i jak?

*
Ale byłem tylko bożym poligonem, to nie była wojna naprawdę, ale wieczne żarty Pana Boga, te moje awanturnicze romanse z życiem, więc się znalazła zaraz jakaś możliwość, w sam raz na trzeci dzień spotkałem, normalnie przypadkiem, przypadkiem znalazłem Bunarkę i mimochodem bąknąłem, że nie mam ogólnie rzecz biorąc najlepszego okresu, a ona, że nie widzi problemu, żebym zamieszkał u niej i Pawła, bo mają ten wolny pokoik, w którym śmiało mogę powaletować, póki nie znajdę czegoś rozsądnego, więc znowu byłem ratowany przez przyjaciół i nie miałem pojęcia jak się odwdzięczyć.
Następnego dnia nie musiałem ryzykować szarpaniny z kanarami w MPK, ani rozbitego łba podczas podróży Ukrainką po zalodzonym bruku, bo blisko miałem do Bunarki, dziesięć minut piechotą, trzy piętra wspinaczki i byłem w mieszkaniu, w pokoiku, w którym było ciepło i tak samotnie miło. I choć zaczęła się zima, i Wrocław tonął w aurze charakterystycznej dla południowej Anglii, to czułem się zachwycony przemierzając Żeromskiego i kawałeczek Jedności, i ten parkowy odcinek Wyszyńskiego, żeby dojść do Sępa Szarzyńskiego, byłem zachwycony, bo rano i wieczorem było na tyle spokojnie, że mogłem przez część drogi podnosić głowę i oglądać kamienice, które w tamtym rejonie mimo braku remontów, z pominięciem domu Edyty Stein, posiadają masę śladów świetności Wrocławia z dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku, więc idąc zastanawiałem się nad miastem, które sto pięćdziesiąt lat temu odwiedził poeta Goethe i zapisał w swoim dzienniczku, że to zapyziała i brudna dziura, ale w końcu co mógł był napisać facet, który był takim fantastą, że chciał się opić eliksiru młodości, czy zaprzedać duszę diabłu za kosztowności i wieczne życie na tym ludzkim padole, więc niewykluczone, że jak przystało na pijaka cały pobyt w Breslau spędził na potężnym kacu, a w takim stanie nie spodobałyby mu się nawet ogrody Semiramidy czy Rodyjski Kolos. Mnie się w każdym razie Wrocław w swoich staromiejskich, nawet tych zniszczonych dziełem komuny, częściach podobał w pomysłowości jego architektury, w swoistym przepychu sztukaterii, gzymsów, okładzin, grze kontrastów i symetrii brył, tym bardziej w aurze dżdżysto lodowych podmuchów sinej mgły czułem się jakbym zagubiony w czasie, w mrokach przeszłości przemierzał zastygłe ulice pachnące patyną dziejów, które wszakże trwały dalej za firanami, zza których płynęło żółte światło, za oknami stale siedzieli mieszkańcy Breslau i myśleli o swoich codziennych sprawach, o każdym drobnym problemie, z powodu którego kolejnego ranka czy przedpołudnia będą musieli przemierzyć to miasto pełne wspaniałości i miejsc ciemnych, o których przestrzegał Lechu Janerka, a wcale nie miał na myśli oczu tajniaków bezpieki, tylko raczej choćby tę sytuację, gdy Rudy wgrzmocił dwóm cieciom, kiedy nie chcieli mu otworzyć bramy w środku nocy, a on właśnie wrócił z jakiegoś koncertu i chciał zostawić sprzęt w sali prób, więc skończyło się na tym, że kolega Rudy wytarmosił obydwu zapitych staruchów, a kiedy na drugi dzień spotkał Lecha i ten opowiedział mu o nocnym incydencie, to się dowiedział od kolegi Rudego, że nie dziwota, bo chamy bite za grosz artysty nie szanują, więc manto należało im się jak amen w pacierzu.

*
I nie wiem jak potoczyłyby się moje sprawy, gdyby pewnego dnia nie zjawił się na Rychtalskiej starszy jegomość z eklektyczną etażerką do renowacji i gdyby właściciel Pawian January nie polecił mi restauracji tego zgrabnego mebelka, bo wprawdzie miałem już na głowie renowację kufra, do którego weszłyby dwa trupy dorodnych mężczyzn, komody w jasnym orzechu stylizowanej na Ludwika i wertiko z niewielką nadstawką, to jednak etażerka rozstrzygnęła całą sytuację, ale zanim porządnie się za nią wziąłem, wybrałem się znowu do Rudego, bo mijały kolejne dni i wyglądało, że może rzeczywiście przejmę jego robotę nad stołem cygańskim, tym bardziej, że śniady hrabia zjawiał się w pracowni co drugi dzień od tygodnia. I trafiłem na powrót doktor Kariny, jak się okazało, tym razem z Lipska, całej podnieconej i obładowanej prezentami, którą spotkałem pod bramą na Orzeszkowej, więc mogłem jej pomóc, a w drzwiach mieszkania zastał ją zaskakujący widok: oto w przedpokoju stał jej zasmarkany narzeczony Rudy w asyście kudłatego Fuksiny, który siedział obok niego, a nad orszakiem powitalnym wisiał transparent „Herzlich Willkomen” skreślony markerem na papierze toaletowym.
Tylko się kolega nie denerwuje, powiedziałem, bo wygląda jakbym też z Lipska wracał, ale ja wracam z Drezna, lecz Rudy w ogóle nie przejmował się moim gadaniem, bo najbardziej zainteresowany był prezentami, które przywiozła narzeczona, szczególnie tymi procentowymi, więc się szybko okazało, że było jakieś winko i wódeczka, ale doktor Karinia najbardziej była rada z laboratoryjnej kolby zawierającej przezroczysty płyn, do której taśmą klejącą przyczepiona była strzykawka z czerwoną cieczą i to jest, powiedziała doktor Karina, narzeczona kolegi Rudego, wino z kocimi sikami, jakie dostałam w podziemnym wyszynku, w którym Goethe po pijaku miał wizję sceny z diabłem do Fausta, i patrzyła na nas z zadowoleniem, a ja sobie pomyślałem, że ma się jednak tę maminą intuicję, co nie? a potem był drewniany egipski kotek z jakiejś lipskiej galerii, dość duży, zwinięty w kłębek, który doktor Karinie sprawiał kłopoty w hotelu, stale ją budził i niepokoił, aż nie wytrzymała i mu powiedziała, że niech tylko przyjadą do Wrocławia na Orzeszkowej, to się skończą jego demoniczne żarciki i, jak pamiętam, a raczej nie pamiętam, to nigdy później nie było już mowy o magicznych dowcipach egipskiego kotka, leżał sobie spokojnie na jakiejś szafce, bo Rudy i doktor Karina mieli rzeczywiście ten dar, który pozwalał im zapanować nad starymi meblami, ujarzmić energię, jaką pozostawili w nich wcześniejsi ich właściciele, czego ja nigdy nie potrafiłem, w związku z czym antyki zawsze mnie trochę przerażały i nie chciałem być nigdy posiadaczem żadnego grata, a z perskim kotem nie było jeszcze problemu, bo poza dłońmi jakiegoś biednego Chińczyka, który go wykonał gdzieś pod Pekinem czy Szanghajem i kilku ekspedientów w lipskiej galerii, kot nie widział i nie czuł zbyt wiele, aż nadeszła chwila, kiedy wreszcie usiedliśmy przy ławie, która stała na moich nogach i doktor Karina, której mogłem się przyjrzeć na trzeźwo, cała w skowronkach zabrała się za otwarcie kolby i wstrzyknięcia do niej kocich siuśków, przy czym mówiła, że jej smakowały, kiedy piła je w Lipsku, co kolega Rudy po pierwszym łyku skomentował: fi, to jakaś landrynówa, co musiałem potwierdzić, aż się na nas doktor Karina pozłościła, więc narzeczony Rudy uspokajał ją i siebie bronił twierdząc, że co ja z tobą mam, Karusiu, co ja mam, normalnie cztery krucjaty w tym jedną dziecięcą, ale nie wyglądało, że się w ten sposób doktor Karina udobrucha i zaraz mi Rudy wyjaśnił, że jutro już zjawi się w pracy, co zrozumiałem bez uwag dodatkowych i chwilę później znalazłem się na bruku. A wracając na Sępa Szarzyńskiego rozmyślałem, że już ja znam ten rodzaj miłości, bo sam na to cierpiałem, że kiedy moja żona wyjeżdżała na dwa albo trzy dni z domu, to zapadałem natychmiast na każdą okazyjną chorobę, mój organizm tracił zupełnie odporność i chwytały mnie zatrucia i anginy, więc wychodziło na to, że Rudy cierpi na ten sam rodzaj uczucia, słowem, zachodzi u niego poważne zagrożenie uzależnieniem, co może się fatalnie skończyć, ale nie robiłem żadnych wróżb, bo już stanąłem w progu mieszkanka na trzecim piętrze, rozzułem się, powiesiłem na wieszaku puchówkę, a po kilku słowach powitania z gospodarzami wróciłem do swojej historyjki o zemście młodego Wadera na załodze zamku Karpenstein, bitwie pod Kunradiswalde i praktykach kata Steina, o wilkach w Klessengrund i willi von Kneepa w Landek, do romansu Bolka z Teklą i innych rzeczy, które działy się w mojej głowie umieszczonej na Ziemi Kłodzkiej na przełomie piętnastego i szesnastego stulecia po nadejściu Pańskim, ale swoja drogą, to jakoś nie mam wrażenia, że doktor Karinia, będąca doktorem i akademickim wykładowcą, jak opowiadał to kiedyś mój przyjaciel Nowicki, jednak wygląda trochę na głupią, farbowaną blondynkę, która lubi prowokować swoim wyglądem, właściwie nie byłbym w stanie powiedzieć żadnej konkretnej uwagi na temat wyglądu doktor Kariny, już wówczas straciłem do niej dystans, którego do dzisiaj nie odzyskałem.

*
Królu złoty, toż ja wam życie uratowałem, bronił się nazajutrz kolega Rudy w obliczu majestatu cygańskiego hrabiego, od niechybnej śmierci uchroniłem pana wraz z całą świtą, kolega Kaltowicz świadkiem! przecież gdybyście znaleźli się ze mną w jednym lokalu, to bym was momentalnie zabił morzącą mnie chorobą, ale, oburzył się na to cygański szlachcic, w takim razie jakim to cudem sam pan żeś się przy życiu uchował, skoro to śmiertelna choroba była. Cóż, odrzekł Rudy, tutaj szanowny pan mnie ma, bo mnie tak zwana polityczna poprawność nie pozwala wyjaśniać szlachetnym panom, z których z pewnością każdy jeden papiery posiada na katolicyzm, że użyłem magicznego specyfiku, który przywiozła moja prawna narzeczona od doktora von Goethego z Lipska, słowem, głupio to wyznać osobom wierzącym, ale skoro się rzekło, to dodać należy, że nie tylko od śmierci panów uratowałem, ale też od mąk piekielnych, na które byście byli narażeni biorąc w chorobie do ust diabelskie lekarstwo doktora von Goethego, ale koniec końców tylko ja fajczyć się będę w siódmym kręgu piekielnym, lecz, szanowny panie i cała świto, zanim do tego dojdzie, zdołam jeszcze odrestaurować stolik dla pańskiej szacownej małżonki.
I Cyganie wyszli uspokojeni, a ja powiedziałem koledze Rudemu, że odnoszę wrażenie, iż ostatnio nasze życie jest stałą walką ze śmiercią, naprawdę, nasze życie toczy się na poważnie, w otoczeniu cwaniackich kos i śmiercionośnych zakaźnych chorób, że nie wspomnę o wiecznej kaźni w siódmym albo i dziewiątym kręgu piekła, a że mieliśmy poniedziałek, to, jak to w poniedziałki, drzwi nie miały prawa się zamykać i stanął w nich niejaki Kisiel, długowłosy luzak, świetny renowator, wiecznie ubłocony wielbiciel cyklistyki, marihuany i psychotropowych grzybków, a skąd jesteś, spytał natychmiast, a z Ziemi Kłodzkiej, odparłem, aaa, bywałem w okolicach przełęczy Puchaczówka na grzybkach, też tam bywałem, powiedziałem dla paddzierżki razgawora, więc tylko takiego jeszcze egzemplarza w tym całym burdelu Rychtalskiej brakowało.

*
Działałem wówczas, jak moja własna wiosenna V symfonia Beethovena z niewielkimi interwałami refleksji, jak rytm lasu zagubiony we własnym takcie, jak zapowiedź dysharmonii, jak szaleniec pośród normalnych i inne jeszcze rzeczy przychodziły mi do głowy, ale bez tego całego wyniesienia, cóż, żyłem tygodniami od wypłaty do przeprowadzki i na odwrót, aż wpadłem kolejny raz w sieci moich cząsteczek, w każdy układ wiązań, którymi były, w rosnące przeświadczenie, że jestem tutaj tylko na chwilę, więc co tutaj robię? A wtedy te małe france zaczęły wmawiać i mamić, że nie siedzę teraz na uranowych polach Masywu Śnieżnika, stąd moja poezja ma teraz długie wiersze, jebaniutkie moje fraktale i pimale klekotały, że nie ma innej wiosennej symfonii od twojej, bo ty sam skomponowałeś Lud van Beeth’a, po to żeby komponował ciebie.
Czubek nosa Eskimosa, powiedziałem sobie i dodałem, że czas się zebrać, że taki jest plan. Żeby poezja pomału stała się życiem – nie umiałem jeszcze życia zamienić w poezję. U ciebie wszystko jest na odwrót, powiedziały cząsteczki Kaltowicza. Tak jest, odrzekłem, żołnierz Pana Boga, Pan Bóg jest poetą, ale powoli uczy się życia.
Więc wszystko, myślałem, przyszło do początku wiosny, gdzie miało się momentalnie dziać wszystko, bo myślałem, że coś zmienię, że wybuchnę na nowo, całe moje natężenie eksploduje, ale znowu pojawił się kolega Rudy i powiedział mi, że jest schyłek listopada i znowu paraliż: czy mówi prawdę? Ale już nie miałem czasu na odpowiedź, bo musiałem przyłożyć się do pracy, skupić uwagę na sprawach bardziej realistycznych, jak mama mówiła, ty bądź realistą!
Ale tego dnia chyba pierwszy raz pomyślałem o szaleństwie, bo czymże innym jest zerwanie z poradami bliźnich, tak rozumnych i znających życie? I ta refleksja toczyła mnie, niczym nowotwór, moje biedne cząsteczki, zarażała, uderzała w coraz odleglejsze zakątki kosmosu moich szarych komórek, porażała każdą synapsę między nimi szaleństwem. Od tego dnia przedmioty zmieniły swoje kształty, tak tylko trochę, ale miał to być proces postępujący, moje dłonie ożywiające umarłe przedmioty, jak i same te przedmioty wyglądały trochę inaczej. Piękniej.

*
Bo praca nad etażerką miała w sobie już coś z działań mistrza, nie tylko czeladnika, bo kiedy toczyłem lauferki do balustrady, kiedy pasowałem je w otworach blatu tego delikatnego mebla, wiedziałem, że rzeczywistość ugina się w moich oczach, ale kiedy skończyłem, kiedy zjawił się właściciel mebla, pojąłem również, że niektórzy mają większą wizję.
Cały dzień zajęło mi politurowanie etażerki, co nie było żadną sztuką, bo nakładanie szelaku przypomina malowanie pejzażu, ale impasty nie idą w perspektywę malowidła lecz w ten jeden jego fragment wycelowany do uderzenia pędzlem, a przy właściwym zagruntowaniu płótna dostrzegasz, jak z każdą sekundą zmienia się kolor drewna, jak chłonie szelak z alkoholem, jak każde włókno tej szlachetnej materii reaguje, jak wciąż żyje i czuje. Więc cały problem w robocie restauratora wyznacza czas, bo doskonałe manualne umiejętności i sztuka obserwacji potrzebują jeszcze cierpliwości. Prawdziwy renowator jest jak prawdziwy lekarz, niby zna organizm, którym się zajmuje, może skorzystać z masy statystycznych instrukcji, ale też dobrze wie, że każdy organizm jest osobliwy, jest utkany z tak wielu włókien, że żadne nozologiczne tablice, żadne sprawdzone analizy nie dadzą mu nigdy wyczerpującej odpowiedzi z czym ma do czynienia, jak zachowa się drewno po zaaplikowaniu wybranej kuracji, bo drewno to stale żywy organizm, który reaguje na zmiany temperatury, wilgotności, z natury drewno jest meteomeopatą, renowator, jak i dobry lekarz dobrze zatem wie, że jedyną drogą uzupełnienia kilku brakujących danych jest jego intuicja, jego własny, osobisty udział. Z intuicją człowiek się rodzi, każdy człowiek, wielu ludzi potrafi jej słuchać i świetnie z niej korzysta. Takim mistrzem, takim czarodziejem jeszcze nie byłem, ale zachowanie drewna fascynowało mnie coraz bardziej, byłem więc w stanie zaobserwować wiele zmian, którym ulegało, gdy się do niego zbliżałem. Ażurowa konstrukcja etażerki, w której brakowało kilku laufrów, którą trzeba było umyć, dobarwić, skleić w podejrzanych miejscach, wreszcie zapoliturować zabrała mi trzy dni roboty, a godzinę po tym jak przetarłem ją ostatnie razy gazą, niespodziewanie zjawił się jej właściciel.
Było po dwudziestej drugiej, właściciel Pawian January był nieobecny, a facetowi bardzo się spieszyło, wypłacił zatem ustalone, według niego, honorarium za dzieło, zaniosłem mu mebel niczym niemowlaka do samochodu, gdzie go zabezpieczyłem i poinstruowałem co facet ma zrobić z nim po powrocie do domu, a w ogóle to nienajlepszy pomysł, że go zabiera już dzisiaj. Kwadrans później do halki wparował właściciel z nerwowym tikiem i wypytał o klienta, etażerkę, a przede wszystkim o pieniądze. Sprawę miałem uplanowaną, oddałem mu zatem forsę po odliczeniu ustalonej przez nas kwoty za moją pracę, na co lewa ręka Pawiana właściciela opadła na podłogę, pięść palnęła w posadzkę jakby pękła guma, na której zapewne wisiała tam w rękawie kurtki i January Pawian właściciel wybełkotał, tak że ledwo zrozumiałem, że jakim prawem zainkasowałem pieniądze, jakim prawem rozmawiałem z klientem, w ogóle jakim prawem, dziadu? Cóż, wpadłem w szał, przyznaję, wpadłem w amok dziki, tego było już za wiele, ale nie zamierzałem sukinsynowi niczego wyjaśniać, za to wygłosiłem, wykrzyczałem wyplułem swoją kwestię, swoją własną litanię bardzo niemiłych zwrotów! Pierwszy rząd był zupełnie zapluty! Jak na przedstawieniach ze słynnym aktorem Danielem Olbrychskim, widzowie wycierali sobie gęby z mojej śliny! Więc właściciel Pawian wycierał sobie twarz literalnie, jak ołówek B6 gumką wspaniałej czeskiej firmy Bohemia, nic już na niej nie wróciło na swoje miejsce, wyglądał jak dzieło malarza kubisty, ale już mnie to nie ruszało, tylko wciąż wrzeszczałem, a wreszcie wydarłem z kieszonki kombinezonu niewielki plik banknotów i strzeliłem nim w to dzieło dywanowych nalotów Luftwaffe i wyszedłem z halki, zbiegłem na dół, umyłem się i przebrałem. Znowu wróciłem na piętro, gdzie właściciel Pawian stał w otępieniu, z zebranymi banknotami Narodowego Banku Polskiego. Wyjąłem bez słowa forsę z jego ręki i rzekłem do kolegi Rudego, że pan się dzisiaj nie musisz myć, bo ciemno już i nikt plamki brudu na pana gębie nie zobaczy, słowem, ruszamy kolego! I kolega Rudy bez słowa odpowiedzi zdjął z wieszaka swoją czarną skórę i poszedł za mną, a resztę wieczoru spędziliśmy na ławeczce w jednej z bram ulicy Jedności Narodowej i tego wieczoru już nie wróciłem do siebie. W sensie samopoczucia, choć miałem niejaką satysfakcję, kiedy sobie przypominałem zdumienie kolegi Rudego podczas mojej tyrady.
Tak trochę zaczęły ze mnie wypadać różne rzeczy, jak zepsute organy chyba, więc nie wiem o co chodzi, mówiłem, drogi kolego w tym całym moim żywocie, choć nie miałem w zwyczaju tak mówić do kogoś kogo dobrze nie znałem, a tym bardziej takiego wydrwigrosza i prawdziwego ironisty, jakim był Rudy, ale po kilku piwkach miałem sobie dużo do wyrzucenia, aż się całkiem rozczuliłem i doszedłem do kwestii damsko-męskich i własnych w tym względzie niepowodzeń, ależ kolego, odparł na to kolega Rudy, toż mnie Karisia wyliczyła siedemdziesiąt trzy narzeczone, zanim do naszego spotkania doszło. Siedemdziesiąt trzy narzeczone? kolego, to nawet nie wypada mówić, co najmniej mnie, bo natychmiast staję się zazdrosny i może dojść do afektacji wszelkiego skutku, mogę się zachować nie fair wobec kolegi i nawet poddańczo, w sposób uniżony i w ogóle do dupy, jest możliwy nawet taniec mecenasa Krayewskiego. – Ale co pan opowiadasz! odrzekł, ciul chyba  panu przysłania opowieść, bo ja tylko mówię, że tej Karuśki szukałem przez siedemdziesiąt trzy narzeczone, czy nie sądzi pan, że mogłem się umęczyć? Nie sądzę, odpowiedziałem, ale nie podjął już, kanalia, tematu, to mu na to rzekłem, że pokończę rozpoczęte zadania i rzucam robotę w zakładzie „PHU January Pawian – Renowacja Antyków”, nie będę dalej żadnym Kuntą Kinte, choćby nie wiem co.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here