Rychtalska (VII)

0
23

Rychtalska (VII)
Co robię nie tak? pytałem siebie, kiedy po raz trzeci w ciągu miesiąca dwóch grubych kanarów wyciągnęło mnie za klapy z autobusu komunikacji miejskiej, przecież słucham się bliźnich, słucham się wszystkich życiowych rad i gdyby „Cosmopolitan” nie był dla kobiet też bym go słuchał.

Rychtalska (VII)

Co robię nie tak? pytałem siebie, kiedy po raz trzeci w ciągu miesiąca dwóch grubych kanarów wyciągnęło mnie za klapy z autobusu komunikacji miejskiej, przecież słucham się bliźnich, słucham się wszystkich życiowych rad i gdyby „Cosmopolitan” nie był dla kobiet też bym go słuchał. A może, może w tym problem, doszło do mnie, że nie powinienem ich słuchać? Może droga nie prowadzi przez rady i porady, przez żywoty bohaterów, które przeczytałem, na przykład Jezusa, Buddy, czy Olofa Palme, może numerologia ani astrologia niczego mi nie wskażą, bo chyba nie wskazują mi drogi instrukcje etyczne Carola Maya ani Charlesa Dickensa, ani tym bardziej Victora Hugo? Jedynie serce mi pokaże gdzie mam iść i co robić! Chyba że, chyba, że się mylę, że ja po prostu to wszystko stale źle czytam, jak mówią, źle interpretuję, ale czy to nie na jedno wychodzi: serce! Tak sobie myślałem odpowiadając na pytania policjanta, a co?!

*
Szewski poniedziałek, powiedziałem, szewski poniedziałek, kolego Rudy, gdy tylko zobaczyłem kolegę Rudego, a w dopełnieniu pełzł za mną Pawian, ta kreatura wykrzywiona, ten Quasimodo, mój pracodawca, którego oddech wątrobiany wwiozłem na swoich plecach na piętro, żeby rzucił się na kolegę Rudego w sprawie nie zapłaconych czynszów, rachunków za prąd czy wodę, albo używanie maszyn Pawiana bez odpłatności, więc napadł Rudego o 9.15, ale ten z niejednego pieca chleb jadł, więc trzy minuty później kazał mu wypierdalać za czerwoną linię, oczywisty wymysł Rudego, który jednak właściciela Pawiana skonfundował, wybił z rytmu narzekań i żądań, po czym kolega Rudy ostrzegawczo rzucił w stronę wyjścia starym żelazkiem używanym teraz do klejenia fornirów, a potem jeszcze postraszył go kilkoma mocniejszymi argumentami językowymi i francuskim kluczem, którym cisnął za nim, gdy ten wytaczał się za drzwi naszej halki, aż umilkł. No, kolego, powiedziałem zdziwiony taką akcją, nie znałem kolegi z tej strony, taki krzykacz i awanturnik z kolegi? i do kogo tak, do biednego, schorowanego ciężką pracą i stresami właściciela Pawiana Januarego? nieładnie, panie święty, bardzo nie ładnie, ładny nas tutaj tydzień czeka. Ale właściwa heca zaczęła się gdy, zdjąłem okulary, Rudy, mimo irytacji, a może za jej sprawą, zaczął histerycznie rechotać na widok lima balkonu śliwy pod moim lewym okiem, u, kolego, ucieszył się, piękna ultramaryna! na perłowo kolega urządzony i przez kogo? pójdziemy! pomścimy! Cóż, drogi przyjacielu, odpowiedziałem, na stare lata przyszło mi stawać w szranki o kobietę, tak, tak, pierwszy raz w życiu prałem się o dziewczynę, kłamałem jak najęty, tak, kolego, rzucił się na mnie cham bity, ale byłem dzielny, nie przymierzając jak cała polska armia podczas kampanii wrześniowej w trzydziestym dziewiątym, o której dziadek opowiadał mi kilka lat temu, nie wiem czy koledze mówiłem, jak mój dziadek wspominał jesień tamtego roku? Nie, odrzekł Rudy, a ja mu na to, że w sumie to miło ją wspominał, to znaczy z pewnym rozrzewnieniem, bądź co bądź dziewczynom podobali się chłopcy z Wermachtu.
Właściwie wszystko mnie jeszcze bolało od tego sobotniego zamiatania bruku, nie chciało mi się nic robić, więc usiadłem na starym kufrze, położyłem na kolanach ostatnie francuskie krzesło, obok tynkturę do szpachlowania otworów i tak babrałem się dziurka po dziurce opowiadając Rudemu historię dziadka mojego kolegi, który urodził się w Prusach Wschodnich, a jako ich obywatel powołany był do armii wielkiej Rzeszy tuż przed 1 września roku pamiętnego, a kolega Rudy słuchał z uwagą, bo kochał się w takich historyjkach, choć najbardziej jednak lubił te z okresu cesarza Franciszka Józefa, szczególnie te, które opisywał Radko Pytlik, piewca austrowęgierskiej Pragi i biograf Jary Haška, ale tymczasem Rudy powiedział na to, że ładna historyjka, tyle że łżesz pan jak z nut, jak to? zdziwiłem niepomiernie, co mi tu kolega imputuje? Rudy zmarszczył brwi i odparł, że dobrze sobie przypomina, jak mu pod bunkrem mówiłem, że rodzice moi są górale, Podhalańscy i Beskidzcy, to i co z tego, to dziad nie mógł być Krzyżakiem? Z pana rysów widać wyraźnie, skwitował stylowo, że pan, w dupę palec, jesteś albo Żyd, albo Góral. Ja przeciw Żydom nic nie mam, ale to chyba pan Żyd jesteś, zdenerwowałem się, Krajewski z tych łódzkich Krajewskich! U, królu złoty, rodem ze Lwowa jestem, dziadostwo mieszkali w pobliżu ciastkarni pana Piszyngera! Zawsze gnój miał ostanie słowo, prawie, bo w sam wszedł do nas Dominiś i oświadczył, że Ciawaresy stoją pod młotem, gadają z Pawianem Januarym i ewidentnie żądają od niego odrestaurowanego stołu dla żony hrabiego, a jeśli tak dalej pójdzie, to właściciel Pawian niewątpliwie zostanie obity z okładem. I bardzo dobrze, powiedział na to Rudy, a potem wybiegł na schody i patrząc z góry na Pawiana otoczonego przez smagłych chłopaków, wrzasnął: jestem! No, ale zanim Ciawary zdecydowali się, że nie obiją mordy Pawianowi, tylko wdrapią się zobaczyć dzieło pana stolarza, ujrzałem Rudego gotowego do wyskoczenia przez okno, bo przecież stół był niegotowy, w połowie roboty, był w sam raz w szewski poniedziałek.
Szanowni panowie tylko zobaczą, jak się sprawy mają, robota idzie naprzód, aż miło spojrzeć, no, piękność będzie jak ta lala! wrzeszczał Rudy, zanim jeszcze hrabia cygański w drzwiach stanął. Zapraszam! proszę tylko zobaczyć jaka rozetka się szykuje tutaj! I rzeczywiście Rudy Mariusz robotę nad stołem zaczął, na tyle wszakże, żeby wyglądał ten stół jak oskórowany zwierz, ale cygański hrabia z tej samej był piany bity, co Rudy i taki długi interes, który z małżonką swoją umówił pasował mu i to latanie mercedesem niby to do pana stolarza, więc spojrzał na swoich przybocznych, że to tak być musi i na Rudego, że chłopaki widzą, więc prawdopodobnie i niezależnie od tego czy się Dzieciątko Jezus narodzi, to wała z siebie robić nie będzie i lada dzień stół musi być gotowy.
No, kolego, rzekł do mnie Mariusz Rudy, kiedy zostaliśmy już zupełnie sami, kolega grosza ma jakiegoś? A ma, odpowiedziałem, ale to kolega musi się ruszyć, bo mnie z tym perskim oczkiem nie wypada.

*
Właściwie tego wieczoru okna kamienic w rewirze Nowowiejskiej wymieszały pomieszały poplątały mi się z noskiem doktor Karinii, nie byłem w stanie odróżnić poezji Jesenina, o której mówiła od wierszy Achmatowej, Brodskiego i całej mojej ulubionej masy Rusków, właściwie byłem kompletny przy tym z Zoszczenką jeszcze, Bułhakowem, Gorkim i prawdopodobnie Puszkinem, a nawet Czechowem, byłem tak pełny, tak zapełniony Dostojewskim, Okudżawą, Wysockim, Biczewską, że poczułem się bezpiecznie.
Na Orzeszkowej zawsze był zimny chów i kto przetrzymał Ruskich, miał jeszcze do czynienia ze szczerością, a to nie była łatwa sprawa zachować się szczerze wobec doktor Karinii, która zawsze tak jakoś układała sobie rozmówcę, tak przy nim manipulowała, że stawał się jak plastelina w jej dłoniach, ale to nie było wszystko, bo na Orzeszkowej rzeczywiście zawsze było zimno, bo przy ilości papierosów, które tam wypalaliśmy trzeba było bez końca wietrzyć mieszkanie, więc kiedy rankiem wstałem z wyrka na wprost elektrycznej kuchenki, kiedy podniosłem się i zobaczyłem pół litra barszczu zaschniętego na tej kuchence i szesnaście kilo brudnych naczyń w zmywaku, a na grzbiecie poczułem nieprzyjemny chłód, to położyłem się na powrót, na błogie oczekiwanie, że mnie ktoś zmusi do zwleczenia się z rozkładanej sofki, ale nic takiego nie miało miejsca i sam musiałem ruszyć ten świat w posadach, a zaraz potem wszedłem do pokoju, gdzie Rudy spał na sofce, a doktor Kariśki nie było już w domu, i jak się podniósł trochę na mój widok, to wyglądał jak sam Rejtan na obrazku Matejki, więc mu oświadczyłem, że czas wstać, robić stół dla Ciawaresów i krzesła dla Francuzów, ale on bez słowa padł znowu na plecy. Była koło dwunastej kiedy go zostawiłem, czyli południe i omijając psie gówna na Daszyńskiego, wskoczyłem w Rychtalską usiłując przypomnieć sobie jakieś bliższe szczegóły, jakieś cechy charakterystyczne twarzy doktor Kariny, ale po pierwsze przyszliśmy na Orzeszkowej już dobrze wstawieni, a po drugie miałem potwornego kaca. Na szczęście nie było na Rychtalskiej właściciela Pawiana, więc powitałem się tylko z mistrzem Janem i Dominikiem, który nie omieszkał skomentować mojego wyglądu i zapaszku oraz faktu, że moje leże na Popkach już pleśnieje, tak długo nikt na nie nie padł, ale ja poszedłem sobie na górę, do halki, gdzie nie włączając radia, o maszynach żadnych nie mówiąc, usiadłem przed gotowymi do odlotu krzesłami i przyglądałem się im dłuższą chwilę, a potem otworzyłem puszkę z woskiem i nabierając go szmatką pokrywałem nim powierzchnie mebelków, ale to nie było woskowanie końcowe, bo krzesła jeszcze tego dnia miały trafić do tapicera, ale nie Tapira, bo jego już u nas nie było, bo właściciel Pawian kilka dni wcześniej wyrzucił poczciwinę i głuptaka z Rychtalskiej za fuszerki, no, w każdym razie dla mnie to woskowanie było ostatnią czynnością do wykonania, bo końcówkę miał zrobić sympatyczny właściciel Januar Pawian, już u klienta. Na mnie tymczasem czekał już kolejny grat do remontu, wielki stuletni kufer wysmarowany nie wiadomo iloma warstwami nie wiadomo jakich farb; no i wypłata, kochane pieniążki miały mi wpaść do garści i myślałem sobie, że już mnie łotr nie oszuka, nie oszwabi mnie. Ale gdzie tam. Zjawił się koło czwartej czy piątej, kiedy Rudy męczył się na swojej stronie halki z biurkiem dla doktor Kariny i, po wręczeniu kilku banknotów, zaczął mi właściciel Pawian Dżenuary wyjaśniać, że klient go nabrał i cena każdego krzesełka jest o pięć dych niższa, a ja stałem zupełnie zaskoczony, bo dobrze wykonałem tę cholernie zajmująca robotę, a i tak cena była niewspółmierna do czasochłonności zadania, więc nie mogłem uwierzyć, że znowu jestem oszukany, że właściciel Pawian po raz kolejny łamie zasady gry, stałem oniemiały, ale kolega Rudy widząc i słysząc to wszystko zaczął lżyć właściciela Pawiana, że jest oszust i krwiopijca skończony, ale i tak nic to nie dało, właściciel Pawian czmychnął zaraz z halki, Rudy wciąż pomstował, a nawet zaczął mnie wyzywać, że powinienem walczyć o swoje, a ja tylko stałem z tymi banknotami w dłoni i chciało mi się płakać.

*
Wieczorem siedziałem na Popowicach w swoim pokoju, wypełniony słoną wodą z makaronem i pisałem, gdy zadzwonił do mnie młodszy Buła i powiedział, że przygotowuje na marzec kolejną edycję Improwizacji i czy chcę wziąć w niej udział, bo jeśli chcę, to mam załatwić spotkanie z jakimś reżyserem, może z tym, o którym kiedyś mu opowiadałem, ale którego nazwiska nie pamięta. Ja też nie pamiętałem o kim mu opowiadałem, ale wychodziło na to, że musiałem gadać o Jaroszy, no bo ilu znałem reżyserów, więc zgoda, odparłem, tylko nie wiem czy mi się uda go namierzyć. Załatwiaj, zakończył. Chwilę potem wykonałem krótki telefon do starej przyjaciółki Kwaśki i numer telefonu Jaroszy miałem w garści, ale tego wieczoru nie chciałem już dzwonić, nie miałem nastroju na rozmowę z facetem, którego nie widziałem z piętnaście lat, więc wróciłem do swoich wypocin o wojnach husyckich, awanturach o czeską koronę i uzyskaniu przez Jerzego z Podiebradu praw hrabstwa dla Kłodczyzny.
A z Jaroszą spotkałem się kilka dni później, w barze „Europejskiej”, więc kiedy go zobaczyłem, to zrozumiałem dlaczego jakoś tak unikałem tego spotkania, że najpierw trzy dni przekonywałem siebie, że muszę zadzwonić, a kiedy zadzwoniłem i on bardzo chciał się spotkać, więc znalazłem się w lokalu „Europejskiej”, to poczułem upokorzenie, byłem zwykłym szarym człowieczkiem, który piętnaście lat temu miał kupę ambitnych marzeń i planów, z których nie zrealizował nic w odróżnieniu od Jaroszy, absolwenta praskiej szkoły filmowej, twórcy kilku uznanych dokumentów i wielkich produkcji operowych. Na dokładkę fiolet pod moim okiem przechodził w żółć, a strupy na czole trzymały się uparcie. Czułem więc upokorzenie i lekkie przerażenie, jakie odczuwałem od kilku lat, kiedy dostawałem ze szkoły przy Młodych Techników zaproszenia na kolejne spotkania absolwentów mojego rocznika i odkładałem je do szuflady, niby dla namysłu, ale żeby nigdy z nich nie skorzystać, bo co miałem pokazać kumplom, z którymi rywalizowałem przez kilka lat? Wchodząc do knajpy, w której piwo kosztowało co najmniej siedem złotych, czułem się, jak muszą się czuć polscy Kazachowie, którzy wyjeżdżają z domów na dalekim wschodzie i osiedlają się na ziemi swoich przodków, czułem się, jak tego dnia, gdy wylądowałem na autostopa w Bawarii i włócząc się po tamtejszych miastach dobiegałem wyglądem do kloszardów. Wszystko to jednak opadło, gdy Jarosza podniósł się z kanapy i zaczęliśmy się witać, bo miałem do czynienia ze starym dobrym Jaroszą, który w przeszłości wskazał mi kilka dobrych lektur, który nabijał się z Edzia Stachury, że był z niego okropny kabotyn, bo był mieszczuchem, bo z miasta chciał się przenieść na wieś i sądził, że mu się to uda, był tym Jaroszą, który w czasie wakacji, gdy wszyscy młodzi Wrocławianie wyjeżdżali nad morze albo w góry, szedł pracować do fabryki, tak kochał miasto, z którym byliśmy kiedyś w górach, a potem obaj mieliśmy piękne zatrucie fasolką po bretońsku, jakiej żaden Bretończyk do ust by nie wziął, a jaką wsunęliśmy w barze na dworcu PKP w Kłodzku. W ciągu paru minut zdaliśmy relacje z ostatnich piętnastu lat życia i już mogłem przejść do powodów tego spotkania, na które Jarosza bardzo się ucieszył, ale nie był w stanie powiedzieć co będzie robić w marcu przyszłego roku, natomiast jeśli będzie wolny, to niechybnie zagości na Improwizacji w lądeckim „Kinoteatrze” i wtedy przypomniała mu się pisarka Olga Tokarczuk, a bo wiesz, jak rozmawiałem niedawno z Wajdą, to mi sugerował, żebym z nią coś napisał do filmu, na co mu odrzekłem, że moi znajomi dobrze ją znają, ale co do tego Wajdy, to muszę ci powiedzieć, że miałem, stary, okazję poznać syna Toma Stopparda, a nawet nocowałem w tej ich muzealnej posiadłości w Backingham Shire i na tym w końcu stanęło, że się zdzwonimy na początku przyszłego roku, bo już będzie wiadomo jak wyglądają terminy, plany i tak dalej.

*
W środku tygodnia w naszych progach znowu zjawił się hrabia cygański w asyście smagłych chłopaków, stół stał jak nieboga, a Rudego nie było, więc należało przemówić, że szanowny panie oraz czcigodni panowie, kolega stolarz zaniemógł, rozchorował się i chorobą złożony w domu pozostaje od trzech okrągłych dni, a nie dalej niż wczoraj widziałem go i obawiam się, że rokowania są nienajlepsze, zatem jeśli nie przeżyje do końca tygodnia, to chętnie przejmę jego robotę od poniedziałku, a na serio, to rzeczywiście ma grypę pioruńską i dlatego do roboty nie przychodzi, ależ kolego drogi, odpowiedział na to wąsaty hrabia, cóż począć zatem, jak nie życzyć za pańskim pośrednictwem zdrowia panu stolarzowi, co mu składa przede wszystkim moja cierpliwa małżonka.
Tak naprawdę nie miałem pojęcia, co się dzieje z kolegą Rudym, ale w ciągu ostatnich tygodni zdołałem się przyzwyczaić, że czasem znikał na dzień lub dwa, bo miewał lepsze interesy albo jakieś inne sprawy do załatwienia, ale kiedy nie pojawił się w pracy trzeci dzień, zadzwoniłem do niego, by przekonać się, że wyczułem jego stan, bo właśnie, co było słychać po jego głosie, zapadł na jakiś ostry nieżyt gardła, na który, drogi kolego, nawet spirytus nic mi pomóc nie chce, a Kariny nie ma bo wyjechała właśnie na konferencję do Lipska czy Drezna, więc sam się tutaj męczę. Obiecałem wobec tego, że go wspomogę w cierpieniach swoją obecnością.
Kolego, powiedziałem stając w drzwiach mieszkania przy Orzeszkowej, toż ja koledze życie uratowałem przed śmiercią od zakłucia cygańskim sztyletem, albo i nożem fińskim! Cherlawo wyglądał Rudy, chrypiał i pokasływał jak starucha w „Szerszeniu” Voynich, więc zaproponowałem, że mogę mu zrobić syrop z cebuli, postawić bańki, ewentualnie wtrzepać kijanką po plecach, ale na żadną z propozycji nie przystał, więc usiedliśmy w pokoju przy grzanym winie przed telewizyjnym odbiornikiem, na którym leciała stale Al Jazzira, bo kolega Rudy, w asyście Fuksa, kudłatego perskiego kocura doktor Karinii, za którym Rudy nie przepadał i wołał na niego ten Śmierdziucha, oglądał stale wieści z Bliskiego Wschodu, choć nie rozumiał ani w ząb arabskiego zawodzenia.

*
Wieczorem dotarłem na Popki na lekkim rauszu, i w tym poetyckim nastroju dowiedziałem się, że nasze dni w tym miłym mieszkanku są policzone do końca miesiąca, bo sytuacja się zmieniła i ani Karpia, ani narzeczonej Karpia nie stać na dalszy wynajem pokoiku i znaleźli sobie tańszy, gdzieś w śródmieściu, a ponieważ w kwestii czynszu tworzyliśmy naczynia połączone, wyprowadzka czekała wszystkich i tym oto ciekawym akcentem zakończył się kolejny dzień mojej kariery renowatora w mieście Wrocławiu.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRychtalska (VI)
Następny artykułRychtalska (VIII)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ