Rychtalska (IV)

0
31

Rychtalska (IV)
Przed południem zjawił się niejaki Grzegorzewski, niewielki krępy facio o siwiejącej czuprynie i twarzy krańcowo przeciętnej, facio, co miał na utrzymaniu żonę i nie teges córkę, który handlował meblarskim szmelcem, ot, wybierał się w wiejskie ostępy w promieniu stu kilometrów od miasta i zwoził przedwojenne graty wyprodukowane przez stolarzy podejrzanego autoramentu, niekompletne i potwornie zniszczone.

Rychtalska (IV)

Przed południem zjawił się niejaki Grzegorzewski, niewielki krępy facio o siwiejącej czuprynie i twarzy krańcowo przeciętnej, facio, co miał na utrzymaniu żonę i nie teges córkę, który handlował meblarskim szmelcem, ot, wybierał się w wiejskie ostępy w promieniu stu kilometrów od miasta i zwoził przedwojenne graty wyprodukowane przez stolarzy podejrzanego autoramentu, niekompletne i potwornie zniszczone. Grzegorzewski zajeżdżał do nas Polonezem, który przypominał mi jeden z tych do szczętu skorodowanych obiektów, których przeznaczenia nie znałem, a które tak licznie zalegały tereny doków Stoczni Gdańskiej, więc ten meblarski złomiarz wpłynął na nasze podwórko czymś w rodzaju małego holownika ledwie wydobytego z dna Zatoki Gdańskiej, który ciągnął za sobą martwą barkę przyczepki i na tym cały ten drewniany interes szaf i szafeczek, fotelików i krzeseł, ram po lustrach i toaletek, i to był dość zabawny widok ten jego kram zajeżdżający na podwórko naszego warsztatu, ale wystarczyło, że na jego pierwszym planie pojawił się ten mój przyjaciel Nowicki, a obraz nagle stał się żałosny, a ów Grzegorzewski stał się wyjątkowo smutną kreaturą. – Ile pan chce za ten nakastlik? – bez żadnych powitań zapytał właściciel przedsiębiorstwa „PHU Andrzej Nowicki”. – Aaaa! – zawył Grzegorzewski. – Widzę, że się panu podoba i nie dziwota, śliczny eklektyk! – Pytam ile? – oschle ponowił ten mój przyjaciel. – Jak dla pana – odpowiedział szmelcownik z handlarskim momentem zawieszki zwiastującej ryzykowne zagranie – dwieście złotych. – Panie, kurwa, za tego trupa? – uniósł się Andrzej, a z każdym jego kolejnym słowem Grzegorzewski kurczył się w sobie. – To przecież byle sośniak! Jakieś gówno pan zwieziesz z Pasikurowic czy Bykowa za trzy dychy kupione i co, dwieście złotych? Sama renowacja wyniesie pięćset, a ile ja za to wezmę, trzysta? Wypierdalaj pan z tym dziadostwem! – Ależ panie Andrzeju – nieśmiało odezwał się człowieczek – dałem za ten nakastlik sto sześćdziesiąt złotych. – Sto sześćdziesiąt złotych? Dobre sobie – zripostował ten mój przyjaciel Nowicki i zapędził się nieco. – Za takie pieniądze to panu byle chłopek sprzeda rodowe perły… Dam pięć dych  – powiedział i zobaczyłem nagle, że węzłowate czoło tego mojego przyjaciela zaczyna puchnąć, zaczyna wysuwać się nad całą twarz i ja już miałem dosyć, już musiałem sobie pójść z powrotem do hali i zatkać sobie gębę robotą, zamalować ten obrazek i swoje myśli bejcą i szelakiem w denaturze, zapoliturować na głucho kolejne deformacje tego mojego przyjaciela, ale i wstyd, i upokorzenie, jakbym sam był tam w ciele Grzegorzewskiego, tego zwiotczałego samca o skórze pergaminu osranego przez muchy, handlarzyny o rozbieganych ślepiach żydka z ilustracji na lekcjach hitlerjugend, tego obrzydliwego płaza, oślizłej jaszczurki, tego wijącego się we własnym śluzie piskorza, karalucha uciekającego przed twardym trepem Nowickiego, tego śmiecia zwożącego śmieci, którego jedynym celem obmierzłej egzystencji było utrzymanie zdegenerowanej rodziny.
I już wsadziłem łeb we wnętrze biblioteki, żeby zapomnieć i prawie zapomniałem, a jakże – prawie, a to dlatego, że pomiędzy mną, a kolegą Mariuszem istniała w pracy pewna różnica, różnica w postaci radia umieszczonego pośrodku hali, które kolega Rudy przywiózł z Szewc. Aparat stał wysoko, na półce umieszczonej na lewej ścianie i grał cały boży dzień, a jego włączanie było pierwszą czynnością, którą kolega Manio wykonywał po wejściu do hali, tak że radio wyło całymi dniami, a ja nigdy nie przepadałem za radiem i choć kolega Ryży wiedział o tym i oszczędzał mnie i zmieniał średnio raz w tygodniu rozgłośnię radiową, tak że raz słuchaliśmy Trójki, a kiedy indziej Programu 2, a czasami jakiejś stacji czeskiej, a niekiedy nawet młodzieżowej Radiostacji, więc choć kolega Rudy dbał o moje nerwy, to właśnie tego dnia leciała Trójka, właśnie tego dnia kolejny raz dziennikarka Olejnik przeprowadzała wywiad w ramach politycznych obietnic przedwyborczych z politykiem Millerem, którego głównym tematem była przyszłość kraju Lachów, a w szczególności przyszłość walki z bezrobociem i odchudzenia aparatu administracji państwowej, no i nie wytrzymałem i wylało się ze mnie, wysączyła się żółć, każdą dziurką umęczonego ciała Grzegorzewskiego wypłynęło przekleństwo na władzę, ale przede wszystkim na los, który mnie cisnął w ten naród obłudny i głupi, a na tę litanię inwektyw i bluźnierstw, pośród których jedynie spójniki nie były niecenzuralne, stanął w drzwiach kolega Rudy ze zdziwioną miną. Kolego, ależ ja kolegi nie poznaję! i już inną litanię, nie do narodu, a tylko do mnie w zupełnie zimnym i cynicznym wręcz tonie kolega Rudy wygłasza, swoją opinię na temat mojej kultury osobistej oraz kultury mojej rodziny do trzeciego pokolenia wstecz, wobec czego, bo jestem tak wkurwiony, milknę zaskoczony.
I dwie minuty później wchodzą chłopaki, całą hałastrą wchodzą panowie o śniadej skórze i kruczo czarnych włosach, wchodzą niemal jak do siebie i mówią, że są od Ryśka i poszukują pana stolarza, więc my z Rudym, otwarte chłopaki, tolerancyjni i tacy, co z każdego pieca chleb jedli, my wszystko wiedzący i znający wszystkie scenariusze, chowamy głowy w szafki naszych bibelotów przed załogą Ciawaresów, więc wreszcie chłopaki do chłopaków przychodzą i rzeczywiście są od Ryśka i pana stolarza szukają. Ależ, no panie, mówi do mnie najstarszy, wąsaty cygański hrabia, takiego pana w blond włosach szukamy, blondyna takiego, co nam Rysiek o nim mówił. Odchylam łeb w ich stronę i skręcam go w głąb hali i czy ja wyglądam na blondyna? pytam się, a hrabia już wie i kolega Rudy wychodzi wreszcie z szuflady całkiem zachwycony pojawiającą się przygodą, bo kolega Rudy z natury jest niemożliwe leniwy, ale mu się życie zawsze tak układa, że musi się z niego, z tego lenistwa podnieść. Szanowni panowie, bez oszczędności jest szarmancki, ale też nie wylewny ten kolega Rudy, jeśli chodzi o Ryśka, to i pewnie o mnie, czym panom mogę służyć? Szanowny panie stolarz, przemawia na to hrabia, albowiem przychodzę do pana w sprawie interesu, który mam, więc trza wyremontować stół, który będzie w sam raz na Boże Narodzenie. A jakiż to jest stół, drogi panie? pyta na to Ryży, o wielkość się pytam i stan zniszczeń. Panie stolarz, stolik jest maluśki i roboty niewiele, ale mnie żonka pili, że na narodziny Jezuska ma być byle szybko. I ich umowa zaraz idzie pod przybiciem rąk, kiedy stoją na metalowych schodach z widokiem na halę parowych młotów, a podczas jej zawierania otwierają się drzwi i śniade chłopaki wnoszą zapłatę dla Rudego w postaci okropnie wielkiego i równie brzydkiego kredensu kuchennego machniętego od a do zet szesnastoma warstwami białej farby olejnej, bo na forsę od chłopaków nie ma szansy – nigdy jej nie mają, a kolega Rudy przybija piątkę, godzi się na wymianę usługi za towar i odprowadza cygańskiego hrabiego do mercedesa starej daty, ale wcale nie zdezelowanego.
Więc chłopaki już poszły, a tymczasem kolega Rudy wydaje się podenerwowany, bo mówi, że w dupę palec, przecież ja nie jestem stolarz, ja bym mebla nie zbudował, nie znam zależności, proporcji, skąd ten stolarz? A chwilę później z tego radia, co między nami stało rozległy się dźwięki melodii, piosenki, którą zaczęła śpiewać tak zwana Beata, że coś tam, coś tam, a w refrenie poszło, że nikt jej nie dogoni i wówczas kolega Rudy też nie wytrzymał i się z niego wylało, że kto by cię gonił, ty stara ruro bardaszana i wypłynął z niego cały pasaż wielce obcesowych zwrotów, z których jasno wynikało, że tak zwana Beata jako śpiewaczka jest nie tylko niemożliwa tandeciara, ale że w ogóle jest zakałą polskiej sceny muzycznej, więc teraz ja stałem zadziwiony tą tyradą kolegi Rudego.
W zasadzie dopiero tego wieczoru pojąłem, że w tym moim przyjacielu Nowickim zachodzi przemiana, byłem już tego pewien, kiedy wszedłem w skórę Grzegorzewskiego i tkwiąc w niej widziałem dokładnie to samo, co ze swojej własnej skóry.
W zasadzie z chwilą, w której w mojej halce zjawił się kolega Rudy, skończyła się historia firmy „Renowacja Antyków – PHU Andrzej Nowicki” na terenie Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego, a zaczęła epoka „Rychtalskiej”; mój przyjaciel Nowicki ulegał jakiejś transformacji i zacząłem rozumieć, że staje się kimś innym, że wkrótce zmieni imię i nazwisko, że będzie się nazywał January Pawian.

*

A pewnego dnia zjawiło się trzech Czechów, nie licząc psa, których powitałem na Dworcu Głównym i wyruszyliśmy już w czterech, nie licząc psa, na Popki, gdzie chłopcy wyciągnęli zza pazuchy dwie flaszki absyntu, którymi zaczęliśmy się dzielić siedząc na podłodze mojego pokoiku w czym towarzyszył nam kolega Kolonko, a Karpia i jego narzeczonej akurat nie było i to dokładnie tak, jak nie było żadnego poczęstunku, żadnego jedzenia, żarcia do tego absyntu. Leopold był ich przewodnikiem w tej drodze z Jesenika, więc znowu mogłem spotkać Leosia właśnie, a z nim tego śmiesznego Mirę, który swego czasu opublikował w jakimś jesenickim czasopiśmie tekst z internetu o tym jak można oszwabić policjanta, który sprawdza czy nie jesteś nagrzany marihuaną albo haszyszem, w związku z czym Mira miał sprawę przed sądem i dostał jakiś wyrok w zawieszeniu, ale że mu się to nie spodobało, to w ramach protestu milczał przez okrągły miesiąc, milczał  nawet wtedy, gdy doszło do meczu w nogę między Polakami i Czechami na łące u Petra w Travnej, co zresztą było groteskowe i typowe dla charakteru Czechów, których nigdy do końca nie rozumiałem, a przecież wszystko tak wiarygodnie wyjaśniał reżyser Menzl mówiąc, że Polacy nie są w stanie pojąć Czechów, ponieważ my, Polacy jesteśmy patetyczni, kiedy Czesi mają do rzeczywistości olbrzymi dystans i może to i racja, nie wiem, ale pierwszy raz za to spotkałem Helmuta, a właściwie Iwana, Iwana Kalafatičia, basistę harcorowego bandu „Naarden” z Jesenika, bo to za jego sprawą chłopcy zawitali we Wrocławiu, bo chcieli, żebym zorganizował im jakieś koncerty w Polsce, a w zespole „Naarden” wokalistą był szwagier Leosia, więc Leoś powziął całą wyprawę dla zespołu, którego nazwa pochodziła od nazwy miejscowości w Holandii, w której było wielkie muzeum wielkiego czeskiego twórcy współczesnej pedagogiki, czyli Jana Amosa Komensky’ego, który wszakże zgubiłby się w Polsce tak, jak trójka Czechów z psem zgubiła się w Lądku Zdroju, zgubili się w polskim patosie, ponieważ pytając przechodnia o drogę do dworca kolejowego otrzymali odpowiedź: prosto, więc poszli prosto i wylądowali w szczerym polu i tylko nielichy nadmiar czasu pozwolił im jeszcze zdążyć na pociąg do Kłodzka i później do Wrocławia, ale potem Leopold zawsze mówił, że u was w Polsce to zawsze wszystko prosto i mówił jeszcze: polski teatr – nikt nic nie wie. Absynt wypity na głodnego na podłodze mieszkania na Popowicach też nie rozjaśnił im patosu polskiej rzeczywistości, w związku z czym zaraz po wyjściu z mojego pokoiku i dotarciu nad ranem do Dworca Głównego Wrocław natychmiast wsiedli do pociągu jadącego do Jeleniej Góry, a nie do Kłodzka i musieli w końcu wracać, żeby się spóźnić porządnie do pracy. No, ale tak czy śmak w końcu później doszło do koncertu jesenickiego bandu „Naarden” we wrocławskim klubie „Madness”.

*

Nie miałem co dać tym moim Czechom do jedzenia, bo przy robocie nad biblioteką zaczęła mi się prawdziwa bieda z nędzą i mizerią, bo przecież pieniądze dostawałem od dzieła, ręce miałem jedne i niewielkie, natomiast to dzieło miało format Pałacu Kultury i Nauki i w końcu jego, jej remont zaczął mi się rozciągać bezlitośnie i forsa oddalała się z każdym dniem, aż prawie nic już nie jadłem prócz tytoniowego dymu, którym na moje upokarzające prośby karmił mnie kolega Rudy.
Do uczucia głodu nawykłem w młodości, kiedy zamiast jedzenia kupowałem książki. Karmiłem się życiem bohaterów. Jak Piotruś Pan wsuwałem te fantazje, jak dzieciak żarłem te słodycze wszystkie i stale byłem niesyty, stale mi ich brakowało, jakbym wszystkie słodycze tego świata chciał zeżreć i wszystkie je pożerałem i pożarłbym na pewno, wtem jednak, jak Piotruś Pan znalazłem Moyrę, żonę, znalazłem Mojrę, sprawczego demona, zupełnie jakbym nie był już Piotrusiem, tylko takim malutkim Sokratesem ze sprawczą Mojrą zamiast demiurga, słowem, koło trzydziestki zacząłem z Piotrusia Pana zmieniać się w istotę posiadającą trzewia, kurwa, nagle miałem „prawdziwe” potrzeby! Więc jak wyglądałem później? Już wtedy, gdy chciałem zostać mieszkańcem Wrocławia i rozpocząć swoją karierę od renowacji mebli? Roztelepany szedłem wrocławską ulicą spoglądając na witryny pełne pięknych wieprzowych i wołowych i drobiowych produktów masarzy, a z każdego zaułka atakował mnie zapach wędzonego boczku, a z każdego okna wypełzał tak złośliwie smaczny zapach krupniku na wołowinowej kości, a wtedy już nie byłem nawet malutkim Sokratesem, tylko samym sobą myślącym o tym, że do cholery wszystko jest możliwe, że pewnie mi się uda zaspokoić choćby te najprostsze potrzeby, ale może mi się nie udać, co nie znaczy, że nie czas na to, żeby mi się nie udało, skądinąd jednak należy wierzyć, że mi się uda, więc tak jakoś kręciłem, tak kombinowałem, tak sobą obracałem, że w końcu kładłem się spać z żołądkiem pełnym marzeń, ale to była różnica, bo jako Piotruś tego żołądka nie miałem w ogóle, a jako malutki Sokrates czułem te wizje jak kamień. I te moje głodne dni uczyły mnie wówczas pokory, na początku uczyły mnie tej najpiękniejszej pokory, bo czułem wzniosłą pokorę, a słaniając się w tym upokorzeniu wspierałem się stale na ramionach wszystkich znanych mi świętych Pańskich, zdawało mi się, że teraz właśnie przychodzi kryska na matyska, przychodzi to doświadczenie, które jest wyjątkowe, bo przecież już wcześniej czułem nieraz pokorę, kiedy musiałem poniżyć się przed tronem człowieka, przed tronem nauczyciela, pracodawcy czy żony, ale nigdy dotąd nie kajałem się przed swoim własnym tronem, przed swoim własnym głodem, czyli właśnie przed samym sobą i już mi się różne rzeczy zaczęły zdawać, aż wstyd przyznać, bo czułem się patetycznie jak umierający z głodu Marek Hłasko w jakimś izraelskim kibucu, bo jednak upokorzyłem się przed samym sobą, a czułem się tak dobrze, czułem się tak pogodzony i powolny, jak górnik emeryt, jak muzułmanin z Auschwitz czy Stuthoff, byłem pogodzony z losem. Ale przecież to niemożliwe, myślałem zaraz potem, bo jestem przecież styczną, zworem, zbiegiem wielu linii, to niemożliwe, przeze mnie linie tylko przechodzą i nikną poza mną i to jest ważne, że nic nie jest wieczne prócz mnie samego, ale ta styczna, wiedziałem, ten wydłużający się moment spotkania linii, to oznaczało tyle, że lada dzień, to się chyba wkurwię na ten kamień w brzuchu, na biedę, na tę robotę i zasadniczo się wkurwię na tego pracodawcę, który z mojego przyjaciela Nowickiego zmienił się we właściciela firmy „PHU January Pawian” i z każdym dniem bełkotał i dusił się słowami coraz bardziej. A wtedy, psiakrew, a wówczas różnie może być, prawda?
I w takim stanie podniosłem się z podłogi pustej od moich kochanek, podniosłem się z kamieniem w brzuchu i świadomością, że mi ciąży pokora i coraz bardziej opada na woreczek żółciowy, który może pęknąć i pocieszałem się tylko, że jak wytrzyma, to może uda mi się dotrzeć do toalety, a potem pojechać tam w góry, do domu, tam pod Śnieżnik, bo chciałem już trochę uciec, ale uciec nie od głodu, tylko od myślenia o głodzie, o którym myślałem, od wyjazdu Czechów do Jeleniej Góry stale myślałem – wyjechać – tylko jak, też myślałem, skoro w kieszeniach same dziury? I w takim stanie podniosłem się z podłogi na Popkach, zjadłem trochę suchego prowiantu z chińską zupką i udałem do zakładu „PHU January Pawian”, gdzie kolega Rudy zdołał już załączyć radyjko na fale Programu 2 i powitał mnie skąpym uśmiechem, więc z  czczym raczej zapałem składałem drzwiczki biblioteki, dopasowywałem elementy, które nagle przestały do siebie pasować, więc zacząłem trochę przeklinać do siebie, trochę złorzeczyć, troszkę, jak od zawsze miałem w zwyczaju, gadać głośno do siebie, aż podszedł do mnie kolega Rudy i poczęstował mnie papieroskiem marki Fox, wyciągnął paczkę papierosków, które zwał Liskami i zapytał o co chodzi, a potem dokonał prelekcji dotyczącej wpływu warunków klimatycznych na drewno, dotyczącej znajomości zależności drewna od wilgotności powietrza, od temperatury otoczenia, od struktury wewnętrznej i naprężeń w kolejnych gatunkach tej szlachetnej materii, tak że w końcu zaczął mi dopasowywać kolejne fragmenty drzwiczek i komór szafkowych, gdy ja sztachałem się Foksiną, brałem kolejne machy Liska i zrobiło mi się lepiej, znośnie.
I kolega Manio wrócił do remontu stołu stanowiącego własność Ciawaresów, a ja do syntetyzującej pracy nad pieprzoną biblioteką, która prócz wyzwania stała się moim skaraniem, ale wcale nie trwało to długo, ponieważ kolega Rudy wziął i zaczął restaurować inny stolik, który miał służyć w mieszkaniu pani doktor i jego, w mieszkaniu przy ulicy Elizy Orzeszkowej, ale miał problem w postaci nóg, które były za długie, więc przyciął jedną z nich i wstawił w kły tokarki, i zaczął toczyć, i gdyby nie moja ingerencja, to nie mam wątpliwości, że straciłby oko, kawał nosa, ewentualnie przednie zęby, albo złamałby sobie co najmniej obojczyk. Więc kiedy to zobaczyłem, kiedy ujrzałem kolegę Rudego pokładającego się na posadzce, broczącego szeroko krwią, kiedy zobaczyłem nad nim tę jego blondynę lamentującą, ale przede wszystkim kiedy zobaczyłem siebie samego w roli instruktora kolegi Rudego, to się rzuciłem jak w ukrop, że ja pierdolę, czy koledze zdrowie fizyczne albo i życie niemiłe?! o, to ja koledze tej satysfakcji nie dam! i wyrwałem mu z ręki nóż, wydarłem mu ten otoczak i zacząłem go instruować o zależnościach występujących podczas skrawania mechanicznego w ogóle, a tutaj na tokarce, o czystej geometrii fizyki i siłach w niej występujących, a także o podstawowych problemach chirurgii urazowej i plastycznej wynikających z jej ceny. A kiedy utoczyłem już pół tej stołowej nogi i sporo piany z gadających ust, to już oddałem mu nóż, ale po chwili znowu chowałem oczy w dłoniach, bo kolega Rudy nie miał smykałki do tej roboty, nie miał tego szmergla, ale tym razem sam już to zauważył. Kolego, powiedział widząc, że jego wiór wygląda jak obierka z jabłka, gdy mój był jak ta ze strugaczki do ołówków czy kredek, więc może kolega chce zarobić na bilet do domu? I ten stolik stał później na Orzeszkowej, stał na moich nogach i zawsze byłem dumny wchodząc tam i widząc to moje dziełko stojące w tym domu.
A kiedy już pojechałem do swojego domu i napasłem się ciężką wołowiną i miękkim drobiem, kiedy spoczywałem przed telewizyjnym odbiornikiem huczącym na cześć mojego tatki, kiedy już leżałem jak hitlerowska bomba na dnie stawu, to sobie pomyślałem, że filozof Hegel, to jednak pierdolił farmazony i kocopoły i duby smalone, że jakoby świat ten zmierza do jakiegoś celu, no bo jeśli ja jestem częścią tego świata, jeśli jestem odbiciem świata, mikrokosmosem w skali makrokosmosu, jeśli na górze jest jak na dole, to on, ten świat, do żadnego celu nie zmierza, a już na pewno do Ducha Absolutnego, bo przecież moje życie musiałoby krok po kroczku iść do tego Ducha, iść po linii do środka tarczy boskiego uniwersum, a tymczasem wygląda jak zbiór punktów, w których przecinają się linie, wygląda jak zbiór historyjek, książeczka słabo powiązanych ze sobą anegdot, które nie stanowią narracji zmierzającej do jakiegoś celu, są jak rzeka, która nie utonie w niczym innym prócz meandrów własnego koryta i to razem ma też przełożenie ze mnie raz jeszcze na dużą skalę, bo zaraz sobie pomyślałem o filozofie Arystotelesie, że historia w wymiarze celowości, to pewnie biegnie w drugą stronę, zupełnie jakbyśmy się właśnie oddalali od celu, bo skoro Grek Arystoteles filozofował dopiero wówczas, gdy brzuch miał pełen, to ja właśnie zasypiam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here