Rychtalska (III)

0
33

Rychtalska (III)

Praca nad odświeżeniem biblioteki polegała w pierwszym rzędzie na rozłożeniu jej na części pierwsze. Ten wielki, dębowy grzmot nie poddawał się łatwo, pracowałem nad nadstawą zbudowaną z dwudrzwiowej, przeszklonej fazowanym kryształem witryny i dwóch położonych względem niej zewnętrznie skrzyniowych szafek z prostymi drzwiczkami po jednej wewnętrznej płycinie. Z drugiej strony był to mebel nieskomplikowany, miał prosty postument, nie miał żadnych ornamentów, a jego szczyt, pozbawiony korony czy jakichś sterczyn, wieńczony był równie prostym gzymsem.

Rychtalska (III)

Praca nad odświeżeniem biblioteki polegała w pierwszym rzędzie na rozłożeniu jej na części pierwsze. Ten wielki, dębowy grzmot nie poddawał się łatwo, pracowałem nad nadstawą zbudowaną z dwudrzwiowej, przeszklonej fazowanym kryształem witryny i dwóch położonych względem niej zewnętrznie skrzyniowych szafek z prostymi drzwiczkami po jednej wewnętrznej płycinie. Z drugiej strony był to mebel nieskomplikowany, miał prosty postument, nie miał żadnych ornamentów, a jego szczyt, pozbawiony korony czy jakichś sterczyn, wieńczony był równie prostym gzymsem. Cały problem polegał na rozmiarach, a musiałem tę bibliotekę rozebrać zupełnie, bo konieczne było zmycie szelaku, oczyszczenie zawiasów i antab, ale też w wielu miejscach ujednolicenie jej barwy. A około południa zjawił się kolega Rudy i zaczął się montować ze swoim sprzętem za moimi plecami, w czym dość szybko zaczął go wspierać Dominiś, który z niejakim zainteresowaniem oglądał często cudaczny inwentarz Ryżego, jednak w swych wypowiedziach nie przejawiał woli wiedzy co do jego przeznaczenia, jego wypowiedzi w całości wypełnione były zasadniczą sugestią, która szybko przerodziła się w formę żądania, że kolega Mariusz musi się wkupić w naszą załogę, w innym wypadku kolega może się spodziewać fatalnego wypadku w pracy, bo przynosi pecha brak wkupnego, boję się, żeby na przykład kolega pewnego dnia, podczas pracy wyrzynarką nie odnalazł na podłodze, tuż przy strugnicy, dwóch palców swojej lewej dłoni. Na co kolega Mariusz, stale porządkując to swoje zebrane w Szewcach złomowisko, coś tam kwękał, stękał, krzywił się, jakby zawstydzał, a wreszcie skwitował, że kolego, niech kolega nie pierdoli mi tu farmazonów, tylko poda jeszcze tę skrzyneczkę, a co do wkupnego, to dzisiaj nic z tego będzie, królu złoty, bo cały grosz wydałem na transport. Oczywiście Dominik wcale się nie zraził, molestował Rudego jeszcze bardziej, aż Rudy nie wytrzymał i wyjął z kieszeni skórzany, mocno zeszmacony portfelik, pogrzebał w nim, wyjął parę moniaków i wysłał Dominika po wino.
Dominik pojechał na mojej kozie do „E. Leclerca”. Wrócił po godzinie, wyjął z plecaka dwie butelki wina marki Kadarka i ustawił je na strugnicy Rudego. U, w dupę palec, kolega się postawił! zapiał stylowo Rudy na widok dwóch flaszek i dodał, że drugi flakon, no, to miło, bo już myślałem, że kolega dał dyla z tą forsą, tyle kolegi nie było. Dominik nic na to nie odpowiedział. No, kolego Kaltowicz, krzyknął do mnie, kolega tutaj przyjdzie, pijemy dzisiaj zdrowie moje oraz załogi firmy „Renowacja Antyków – PHU Andrzej Nowicki”. Więc poszedłem i tak zaczęła się ta moja epopeja z kolegą Mariuszem Rudym, tak zaczęła się artystyczno – pijacka epopeja, która do dzisiaj nie może się skończyć. Tylko jedno mnie wtedy zadziwiło: co to była za firma, której zdrowie wznosił kolega Rudy, o jakiej firmie mówił?

*

Mieszkając u Sera każdego dnia budziłem się z chwilą kiedy ustawiony w jego sprzęcie mechanizm uruchamiał całe urządzenie o nastawionej wieczorem godzinie, a nastawiałem każdego dnia jedną i tę samą płytę, czyli No Angel Dido, więc każdego dnia budził mnie zmysłowy głos kobiecy, który łączył się zaraz z promieniami słońca wpuszczanymi przez otwarcie rolet, a później z zapachem łazienki Sera, zapachem, który dopiero całe miesiące potem rozpoznałem jako dezodorant marki Maliza. Ale nadszedł wreszcie dzień powrotu Sera i jego narzeczonej z wakacji w Chorwacji, nadszedł dzień, w którym musiałem się spakować i wynieść, wyprowadzić, tym razem do pokoiku, który podnająłem w mieszkaniu na Popowicach, w mieszkaniu wynajętym na „Popkach” przez Dominika i niejakiego Karpia oraz Karpia narzeczoną. Ale to miało nastąpić dopiero w niedzielę, tymczasem miałem przed sobą festiwal filmów górskich w Lądku Zdroju.
Seweryny zjawili się o umówionej porze, oddałem klucze, podziękowałem i wyszedłem z bloku przy ulicy Długiej, i pomaszerowałem na plac 1 Maja, skąd tramwaj zabrał mnie na Dworzec Główny PKP, a stamtąd pociąg wywiózł mnie do Lądka Zdroju.
Widzi kolega, byłem w tym Lądynie Zdroju na przeglądzie filmów o górach i ekstremalnych sportach, powiedziałem do Rudego i muszę z niejaką przykrością przyznać, że się
chyba starzeję! Krzyknąłem to zmywając denaturatem politurę z drzwiczek biblioteki. Rudy oderwał się od wycinania forniru i spojrzał na mnie, jak to często u niego bywało, cokolwiek nieprzytomnie i podszedł do mojego stołu. Zanim jednak zdołałem Rudemu opowiedzieć swoją przygodę, w progu halki stanął Dominiś i należało się spodziewać tradycyjnych rytuałów. Dominiś jednak podał mi rękę, a potem witając Mania rzekł z groźną miną, że kolego Rudy, otóż pod nieobecność kolegi, znaczy się w sobotę, pojawiło się u nas czterech Romów i pytali o pana stolarza, i nasamprzód myślałem, że chodzi o mistrza Jana, ale raz dwa skapowałem, że to nie o niego idzie, bo to tylko kolega może mieć jakieś ciemne sprawki z Ciawarami – po chytrym użyciu tego cygańskiego słówka Dominik, widząc lekkie osłupienie Rudego, zrobił jedną ze swych lisich min i ciągnął dalej, że ci panowie nie wyglądali przyjacielsko, to postanowiłem ratować dupę kolegi i nakłamałem im, że tutaj żaden stolarz nie pracuje, bo my sami renowatorzy, więc Ciawaresy machnęli ręką i poszli. No, myślę, że to zobowiązuje kolegę do rewanżu w postaci… Zanim jednak zdążył przedstawić listę żądań Rudy odezwał się. Mnie się zdaje, że to nie byle Cyganie byli, tylko ludzie od Ryśka, bo mi coś wspominał, że kilku ważniejszych z dzielnicy chce do mnie przyjść, bo mają stół do wyremontowania. Oczywiście nie sposób było stwierdzić czy Rudy blefuje, czy rzeczywiście byli to Romowie od Ryśka, również Roma, który często handlował z tym moim przyjacielem Nowickim, często przywoził jakiś szmelc i opychał go za półdarmo. Niemniej wobec takiego przedstawienia sprawy Dominik fachowo obejrzał jeszcze jakiś kawałek zmurszałego drewna, coś pomamrotał pod nosem i ewakuował się na dół. Mogłem wreszcie opowiedzieć Rudemu o swych osobistych wątpliwościach dotyczących mojego wieku i jego prawdopodobnych skutków. Rzecz w tym kolego, zacząłem znowu, żem się wybrał na ten przegląd filmów do Lądynu Zdroju i tam mnie się dość nieprzyjemna przygoda przytrafiła, bo proszę kolegi, poznałem tam pewną miłą Kasię, która urzekła mnie co nieco, taką trochę większą ode mnie, a ja zawsze miałem ten kompleks, kolega rozumie bo sam taki knypek jak ja, że jestem niski i tylko takie jak ja kurduple wypada mnie adorować, a tym bardziej mnie urzekła, że w sobotę wieczorem była tam w takiej góralskiej chacie postmodernistyczno – radykalistyczno – nihilistyczna impreza i w końcu byłem już literalnie upity, a tutaj tym bardziej się kłania wielki romantyczny poeta niemiecki Johan Wolfgang i jego w ogóle przecież słuszna sentencja, że brzydkich kobiet nie ma, tylko wina czasem brak, choć sama się do panny Kasi nijak ma, bo mówiąc nieskromnie, to kobieta rasowa jest, no, ale w każdym razie byłem zaprawiony, a tam był tłum nie lada, kolego, sami pasjonaci gór i sportów ekstremalnych, byłem nachlany jak bela, napity tak, że gdzieś mi się w tym ludzkim kalejdoskopie nagle wątek akcji urwał. Ale oto, szanowny kolego, wątek powraca i nagle budzę się z tej maligny w sam raz za chatą, oto, kolega sobie imaginuje, trzymam wspomnianą Kasię w ramionach. Przyznaję, że ucieszyłem się na to odkrycie, tak mnie połechtało, że stoję z tą pannicą i trzymam ją w objęciach. Ale należało przecież akcję dalej posunąć, więc już się przymierzam do pocałunku, już się biorę, przymierzam się i widzę, że ona też gotowa, ale nagle, sam nie wiem, może alkohol, ale raczej wiek już taki, że byle pierdnięcie zobowiązuje, bo mi nagle do głowy przyszło, że i tak nic z tego nie będzie, więc puściłem ją i poszedłem, odszedłem bez słowa. I tak teraz trochę, zajmując się renowacją tego mebla, biadolę, nie żebym żałował, ale trochę mnie to martwi, bo to chyba ze względu na wiek miałem te wątpliwości, jeszcze niedawno nie przepuścił bym takiej okazji. Kolega sobie wyobraża? I chciałem jeszcze dorzucić coś, ale Manio już mi nie pozwolił. Uuu, kolego, ja wiem o co chodzi, ja znam wszystkie scenariusze! tak powiedział, ja to się kiedyś, proszę kolegi, obudziłem! Ja to dałem popis z Santo Poco, jak się wybrałem z moją ówczesną narzeczoną Mariolką na przyjęcie do Radzia. Otóż, proszę ja ciebie, miałem przyjaciela, niejakiego Radzia Brodę, wykidajłę w jakiejś knajpie w Śródmieściu, który miał od dawna narzeczoną i ich ślub był już przygotowany. Kolega wie, wódka zakupiona stała w kredensie w garażu pod kłódkami, lokal zamówiony, żarcie upichcone prawie, a Radzio i jego narzeczona postanowili urządzić jeszcze ostatnie przyjęcie w stanie wolnym, tydzień, rozumiesz, przed ślubem. Zostałem na przyjęcie zaproszony z moją ówczesną narzeczoną Mariolką i poszliśmy. I tak mniej więcej jak kolega zaprawiłem się i, jak kolega zgubiłem się w kalejdoskopie ludzkich spraw, i też się budzę, jak kolega w ostatnią sobotę, budzę się pod kołdrą, ale wcale nie z Mariolką, tylko z oficjalną z narzeczoną kolegi Brody, budzę się w pokoiku w sam raz w chwili, gdy otwierają się drzwi i do środka wchodzi kolega Radzio, i już wiadomo co będzie. Więc się zerwałem na równe nogi, ale kolega Broda ochroniarz przecież, no, może jedną fangę dostał, mnie fiolety przez dwa tygodnie nie schodziły, kolego, nos miałem jak kalafior, jak kropidło na Wielkanoc. Przetoczyliśmy się przez ten pokój do drugiego  pokoju jak T-34, człowieku, wszystkie szkła, zastawy wytłuczone w mak, część mebli połamana w drobiazgi, a on dalej, do kuchni mnie i tłukł mną dalszą zastawę i szkła, i szyby w kredensach, i meble, wreszcie powycierał mną podłogę i puścił. Padłem ledwo żywy, a ten wyszedł do pokoju, do narzeczonej, zwyzywał ją: poszła won, kurwo, bladź sobacza! i wyrzucił jej ciuchy na klatkę schodową, a ją samą ze schodów puścił i dalej staje w progu kuchni. W dupę palec, myślę, będzie lał znowu jak nic, gotów mnie zabić! Więc próbuję się przewrócić na bok, żeby wstać, bujam się jak żółw leżący na plecach, a on na progu stoi i wrzeszczy: Maniuś, ja pierdolę, Maniuś, tyś mi życie uratował, ja wiedziałem, że to kurwa była, tylko uwierzyć nie mogłem! Tak, kolego, tak mi powiedział i piliśmy znowu, całe trzy dni za to jego cudowne ocalenie przed małżeństwem z kurwą.

Słuchając, oczywiście, śmiałem się do rozpuku, kolega Rudy wszystkie swoje dykteryjki opowiadał z łódzko-żydowskim zacięciem, jego twarz natomiast miała w sobie coś z groteskowości kreskówkowych postaci, słowem, człowiek nie mógł się powstrzymać od śmiechu i to wtedy wpadłem na pomysł, że można te historyjki sprzedawać do jakiejś gazety. To prawdziwie szekspirowska historia, drogi kolego, powiedziałem trzymając się za obolałe od śmiechu okolice przepony, tylko w żaden sposób nie pojmuję, co ma wspólnego z moją historią, bo ja koledze opowiadam o powadze mojego wieku, o poważnym dylemacie dorosłego mężczyzny, a ty mi się tutaj chwalisz jak warszawski dorożkarz, żeś donżuan i ladaco, tfu, wstyd, kolego!
Ale właściwie wcale nie szło o mój wiek, bo dobrze wiedziałem dlaczego z Kasią tak zrobiłem, dlaczego nie poszedłem w Kasię jak w studnię, jak w topiel, jak należy, dlaczego obróciłem się na pięcie i zataczając się wróciłem do hotelowego pokoju w ośrodku Geovita „Nad Potokiem” w Lutyni koło Lądka Zdroju, tego najstarszego i najbardziej zaniedbanego kurortu w Polsce, bo dobrze wiedziałem, że moje rozedrgane molekuły znowu były w natarciu, znowu dążyły do emancypacji, a nie chciałem do tego dopuścić, nie zamierzałem folgować ich cygańskim zachciankom, na które pozwalałem im przez ostatnie dwa lata i to był mój wieczny dylemat. Całe życie byłem rozdarty, prawie zawsze tkwiłem w rozedrganiu, którego cykl był tak krótki i szybki, że byłem niemal jak w katatonii, bo całe życie chciałem być jak profesorek u Bohumila Hrabala, który wchodząc z uśmiechem w czeluść kopalni mówił, że się pogodził, że teraz jest szczęśliwy, że ta kopalnia to jest jego prawda, ale moja prawda była inna, mnie nigdy nie wystarczyło bycie pomocnikiem hydraulika, ani trakowym, ani bycie kucharzem, ani też księgarzem, ani kierownikiem spożywczego sklepu, ani nawet nauczycielem w zawodowej szkole, nie wystarczyło mi bycie kimś w rodzaju teoretyka arteterapii w Małej Akademii Sztuki „Kąty 7 i Pół”, ani bycie kamieniarzem, ani tym bardziej dziennikarzem, a przecież w każdej z tych ról radziłem sobie co najmniej dobrze i wiedziałem, że renowacja antyków też mi nie wystarczy i jestem tutaj jak w podróży. Byłem rozdarty bo zawsze chciałem to życie pożreć, zeżreć je, zawsze chciałem pożreć wszystkie umiejętności i całą wiedzę, chciałem pożreć wszystkie dziewczęta tego świata, wszystkie chimeryczne piękności tego świata i wszystkie oddane brzydule, ale wiedziałem, że to niemożliwe i to mnie często zupełnie obezwładniało, że po co w takim razie w ogóle się poruszać, po co mieć cokolwiek, jeśli nie można mieć wszystkiego. Wcale nie szło o mój wiek, więc po rozmowie z kolegą Rudym wyjąłem z kieszeni telefon komórkowy i napisałem do Kasi wiadomość, napisałem pierwszego sms-a i tak już pisałem te sms-y przez kilka miesięcy.

*

Na początku trochę nieswojo czułem się w mieszkaniu na Popkach, w którym znowu mieszkałem na podłodze, w bałaganie swoich książek i wiecznie włączonego laptopa. Trochę obawiałem się, bo jeszcze nie wiedziałem, że prawie łysa pała Dominika i na swój sposób wyjątkowa fizjonomia wygolonego prawie do zera Karpia, i ta ich skinowska moda w gruncie rzeczy niewiele mają wspólnego z ich poglądami na świat i na życie, nie wiedziałem, że tatuaże na ramionach narzeczonej Karpia i szczeniak rasy american staffordshire terrier, to tylko wpływy miejskiej mody, a oni sami są zwykłymi młodymi ludźmi, którzy chcą uczciwie pracować, bawić się i żyć, że ta moda nie jest właściwie niczym więcej prócz ich deklaracji, że nie chcą być robolami z bloków, że mają głowy na karku i nie zamierzają być mięsem wielkomiejskiej beznadziei. Na początku czułem się nieswojo, ale to szybko minęło, to minęło po kilku dniach i pierwszej imprezie, po tym wieczorku zapoznawczym, na którym w większości słuchałem moich współlokatorów, by się przekonać, że ani moje, ani ich poglądy nie staną na przeszkodzie wspólnego mieszkania.
A w moim pokoiku przed zaśnięciem marzyłem o Kasi, o jej pachnącym ciele, o tym, że jest takie w sam raz jak ta łąka za Łotarewiczami, łąka z wiosenną trawką i niewielkim stawem, i malutkim brzozowym zagajnikiem, łąka rozległa ale nie za duża, gdzie jest miejsce na wszystko, bo można się tam wygrzać na słońcu, gdy się chce, można się ukryć przed różnymi sprawkami, albo wskoczyć do chłodnej wody spływającej do stawu górskim strumieniem, więc planowałem teksty kolejnych sms-ów i znowu myślałem o tym, że jest zbudowana jak sportowiec, że porusza się jak lekkoatletka, jak mistrzyni świata w dziesięcioboju, a jej mięso jest jędrne, a skórka sprężysta, bo w moim pokoiku nie miałem niczego prócz karimaty wypożyczonej od Kocii, mojego śpiwora i plecaka, jakichś dwudziestu książek, laptopa, sterty ciuchów i niezbyt szybko rosnącego składu flaszek po piwie i wódce, nie miałem niczego prócz książkowych przygód, egzystencjalnej mizerii i tych marzeń o Kasi. Więc w tym pokoiku, natchniony opowieścią Rudego i tą moją biedą, napisałem pierwszy felietonik obyczajowy i poszedłem z nim do redakcji „Wieczoru Wrocławia” na skrzyżowaniu ulicy Ruskiej z ulicą Kazimierza Wielkiego i zostawiłem go któremuś z redaktorów razem z numerem mojego telefonu, a dwa dni później odezwał się ten facet i powiedział, że jest zainteresowany publikacją serii moich obyczajowych felietonów wielkości dziewięćset znaków na jeden felieton, w których będę komentował wybrane wrocławskie zdarzenia w sposób podobny do tego, w jaki felietony pisali Wiechecki i Zoszczenko i Bułhakow, a później zjawiłem się w redakcji i zażądałem okrągłych pięćdziesiąt złotych netto za te dziewięćset znaków, czyli pięć groszy za każdą literkę do każdego weekendowego wydania „Wieczoru Wrocławia”, a redaktor zgodził się bez specjalnego kręcenia nosem i rozstaliśmy się zadowoleni, a ja szczególnie, bo te pięć dych mogłem wydać na papierosy i piwo, a felietony pisałem zawsze, jak to się mówi, na kolanie, zawsze, jak to się mówi, za pięć dwunasta, nigdy nie więcej niż pół godziny pracy kosztowało mnie to pięć dych. Z czasem, tak jak planowałem, historyjki do felietonów otrzymywałem w prezencie, kilka historii ofiarował mi kolega Rudy, pewne Dominik, część była opisem przygód Tymka Skrobana, a niektóre zmyśliłem. Najbardziej jednak lubiłem te prezenty od moich kolegów, to mi się najbardziej podobało, że w gruncie rzeczy ofiarowywali mi za każdym razem jakąś przygodę, bo rzadko to robiłem, ale wiedziałem już od pewnego czasu, że gdy tak pisałem, to nie był tylko opis, ale za każdym razem przygoda, za każdym razem pisząc wybierałem się na przygodę. Ale to wszystko nie trwało długo, bo na jesieni zmieniły się władze, bo wybory wygrał Sojusz Lewicy Demokratycznej z Unią Pracy i zaczęły się wielkie zmiany, wielkie reformy i wielkie złodziejstwo oraz inne wybujałe kłamstwa i już nie mogłem będąc oficjalnym bezrobotnym sprzedawać swoich historyjek do gazety, bo trzeba było płacąc mi honorarium płacić również za mnie moje ubezpieczenie społeczne, płacić z mojego lichego honorarium, więc odechciało mi się pisać felietony.

*

Kilka dni po przeprowadzce na Popowice umówiłem się z kolegą Rudym na pijatykę. Prawdę mówiąc miałem cichą nadzieję, że mnie kolega Rudy zabierze na ulicę Elizy Orzeszkowej, do mieszkania jego i doktor Kariny, którą chciałem poznać, bo wiele już o niej słyszałem, ale gdzie tam, kolega Rudy zabrał mnie na ulicę Słowiańską, gdzie piliśmy na schodach poniemieckiego bunkra leżącego w pobliżu zajezdni tramwajowej, zabrał mnie na rewir starych kamienic, gdzie wszelka zgnilizna pleniła się w każdym ciemniejszym kącie, gdzie skóra tych kamienic leżała na bruku, a ich bramy miały gęby oszczymurków i oligofreników. Ale my w tej zgniliźnie wyzierającej z każdej dziury czuliśmy się bezpiecznie, jak na zapiecku babcinej chaty, ponieważ obydwaj wywodziliśmy się z epoki, w której w tym mieście niewiele było miejsc lepszych, mniej niebezpiecznych od tego, w którym właśnie byliśmy, bo to była nasza pierwsza podróż w przeszłość, w przeszłość bezpieczną bo wygasłą. Więc płynąc na fali kolejno opróżnianych piwek, zaczęły nam się kłaść na horyzoncie kolejne wyspy obu nam znane i te wyspy to byli ludzie, to był nasz kolega Suchy, to był niejaki Szlaban, a wreszcie mały garbaty Kajtek, perkusista i poeta i utracjusz, którego znałem z czasów baru „Gracjan”, a który pomieszkiwał w Szewcach Rudego, a potem reżyser Jarosza, pijak i erudyta wielkiego formatu, którego Mariunio znał z czasów realizacji jakichś dokumentów o Wojtyle, a ja jeszcze z czasów jego „Szczurów”, jeszcze zanim Jarosza znalazł się w Pradze i jeszcze wcześniej, z czasów kiedy w górach rozegrałem z nim jedną jedyną partię szachów i ograłem go cofając, za jego zgodą, jeden ruch, czego do dzisiaj pewnie mi nie wybaczył. Ale ja wiedziałem, że tego wieczoru kolega Rudy mnie sprawdza, że mnie bada, że ten powszechnie znany luzak i największy kolorysta w mieście wysila swój aparacik aksjologiczny, wiedziałem to, ponieważ sam go sobie obserwowałem, sam go chciałem capnąć na interesowności i cwaniactwie, ale przecież nie mogłem, bo ten mój aparacik aksjologiczny opierał się w gruncie rzeczy na ocenie tego mojego coraz dziwniejszego przyjaciela Nowickiego i ta ocena była niewątpliwie właściwa, ale dla właściciela firmy „PHU Andrzej Nowicki”, lecz nie dla mnie. A później zaczął padać drobniutki deszcz, który wessał w siebie cały smog Wrocławia i wracając jakimś nocnym autobusem na Popki, jak w młodości, sunąłem w perlistym świetle najważniejszych wydarzeń tego świata.
A kiedy już położyłem się z Kasią, to następnego dnia wcale z nią się nie obudziłem i to mnie tak przeraziło i uszczęśliwiło zarazem, bo wstawałem rankiem ze wszystkimi kobietami, w których tak się kochałem, ale i tymi, które pokochać mogłem, więc budziłem się z moją pierwszą dziewczyną i z byłą żoną, i z tą dziewczyną, którą widziałem wczoraj w tramwaju, z tą jedną, ale i z tą drugą i trzecią, ale jeszcze bardziej wstawałem z Lothą i Maitreji, budziłem się obok żony pana Swana i wśród tych nimf z oleodruku moich rodziców, który wisiał nad ich małżeńskim łóżkiem. To mnie później tak przeraziło, bo zobaczyłem w tym jakby własną śmierć, przed którą stale myślałem o tej jednej wyśnionej, o tej jakby Kasi, ale też uszczęśliwiło, bo po drugiej stronie śmierci były wszystkie moje miłości i w tym ostatnim uniesieniu zawsze próbowałem pozostać jak najdłużej, a tego ranka, podobnie jak w wiele innych dni, miałem taką możliwość, bo Dominik rzadko wstawał tak wcześnie jak ja, bo na ogół wychodziłem z domu szybciej od niego i jeszcze na chodniku, jeszcze do przystanku autobusowym, a czasem nawet w autobusie mogłem przeżywać swoją pobudkę. Mogłem odnaleźć się w tym węźle zadziwiających zależności, niczym objawiający się sobie punkt, niczym styczna zbiegu wielu prostych, a odkrywałem wówczas siebie w sposób najwyraźniejszy, bo przecież nigdy niczym więcej od takiego punktu nie byłem, w którym rzeczywistość i wszystkie możliwe światy zwijają się, centralizują, odkształcają i odchodzą w swoje strony, a te odkrycia, te objawienia dawały się dostrzec tylko na styku rzeczywistości i wszystkich możliwych, a niewidocznych światów, na styku, którym byłem i to było tak niesamowite, tak nieprawdopodobne, że później, pomimo lekkiego kaca, przez cały dzień byłem szczęśliwy, bo już nie pytałem się po co ten świat istnieje, a ja w nim, nie pytałem się bez końca czy to wszystko ma jakiś sens i też przez cały dzień miałem cichą nadzieję, że to doznanie nie jest fenomenem pojedynczym, ale pojawi się jeszcze i to właśnie teraz, właśnie gdy pracuję dzięki pomocy tego mojego zniekształconego przyjaciela Nowickiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here