Rychtalska (II)

0
20

Rychtalska (II)

Andrzej Nowicki przyprowadzał ludzi, a ja nie przerywałem roboty, chyba że kazał, bo hałasowałem, bo chciał mnie przedstawić bogatszemu znajomemu, żebym wiedział z kim się ten mój przyjaciel zadaje, albo, żebym temu znajomemu zasunął jakąś inteligentną gadką i żeby on wiedział z kim się Andrzej Nowicki zadaje i kogo zatrudnia „Renowacja Antyków – PHU Andrzej Nowicki”;

Rychtalska (II)

*
Andrzej Nowicki przyprowadzał ludzi, a ja nie przerywałem roboty, chyba że kazał, bo hałasowałem, bo chciał mnie przedstawić bogatszemu znajomemu, żebym wiedział z kim się ten mój przyjaciel zadaje, albo, żebym temu znajomemu zasunął jakąś inteligentną gadką i żeby on wiedział z kim się Andrzej Nowicki zadaje i kogo zatrudnia „Renowacja Antyków – PHU Andrzej Nowicki”; raczej nie przerywałem roboty, bo chciałem jak najszybciej skończyć te drzwi i przejść do kolejnego zadania, do czegoś trudniejszego, a te drzwi nie były żadnym wyzwaniem nie tylko z uwagi na ich mały wiek, ale i profity oferowane za ich odnowienie przez spółdzielnię mieszkaniową, od której zakład tego mojego przyjaciela Nowickiego otrzymał zlecenie. I po dwóch tygodniach skończyłem bramę i umieściliśmy ją z powrotem w wejściu na klatkę schodową jednego z budynków przy ulicy Mickiewicza na Sępolnie. A po południu wszedłem do halki mistrza Jana, wgłębi której czekał na mnie ten mój przyjaciel Nowicki z pieniędzmi za robotę. I ten mój przyjaciel siedział sam i coś tam przeliczał na małym kalkulatorku, a kiedy mnie zobaczył podniósł się natychmiast i zobaczyłem wówczas, że jego prawa ręka, jego prawe ramię było znacznie dłuższe od lewego, opadało co najmniej dziesięć centymetrów niżej niż jego lewa ręka i już chciałem zwrócić mu na to uwagę, ale był szybszy, odezwał się pierwszy, że cześhfahp hphqr ioujheqr, powiedział, pruoxzo mcwri ij. Nie rozumiem, odrzekłem, Jezu, co ci się stało z tym ramieniem i co ty w ogóle do mnie mówisz? ale on rzęził dalej, dławił się tymi bezkształtnymi dźwiękami tak, że jego oczy nabiegły krwią, a na skroniach żyłki napęczniały do grubości lin z pokładu oceanicznego promu. Stałem przerażony, a on bełkocąc podszedł do mnie i wcisnął mi w garść kilka banknotów tą silikonową ręką, a potem odwrócił się na pięcie i wrócił na swoje krzesełko, żeby znowu stukać w klawisze kalkulatorka. Bezmyślnie i ja się odwróciłem i wyszedłem z halki mistrza Jana, a już na zewnątrz, stojąc pod siedmiometrowym młotem parowym, patrzyłem na żeliwne kafle, którymi pokryta była podłoga hali i myślałem, że to, co się stało przed chwilą jest niemożliwe, że to na pewno ze mną stało się coś niejasnego, że straciłem na moment kontakt z rzeczywistością, ale przecież trzymałem w garści te kilka banknotów, więc w końcu zagadałem do siebie, żeby się przekonać, że mówię, żeby usłyszeć, że jestem, a potem pokręciłem z niewiary głową i przeliczyłem pieniądze, których było mniej niż w umowie pomiędzy mną a tym moim przyjacielem Nowickim, ale bałem się wrócić do halki mistrza Jana, żeby nie stało się ze mną coś jeszcze straszniejszego od tego, co stało się przed chwilą, więc wsadziłem pieniądze do kieszeni roboczych spodni i poszedłem do góry, do siebie, wciąż nie mogąc sobie uzmysłowić przemiany tego mojego przyjaciela, przemiany, której byłem świadkiem.
A po południu, kiedy już trochę ochłonąłem z wizyty w halce mistrza Jana, spotkałem się z Sewerynem, który poprosił mnie, żebym zamieszkał w podnajętej przez niego kawalerce na okres kolejnych dwóch tygodni, bo planował wyjechać ze swoją narzeczoną do Chorwacji na urlop, na wakacje, prosił mnie, żebym dopilnował jego akwariowych rybek, a w zamian za mieszkanie, za wodę i prąd miałem pomalować tę klitkę przy ulicy Długiej, leżącą w sam raz naprzeciwko szkoły, do której przed laty chodziłem. I nazajutrz spakowałem swoje bety u Kocji, i podziękowałem mu najserdeczniej jak umiałem, i wprowadziłem się do Seweryna, a wrzesień zaczął się piękny tego roku.

*
Nazajutrz przekonałem się, że ten mój przyjaciel Nowicki wciąż ma jedno ramię dłuższe od drugiego, a z jego skroni nie znikły okrętowe liny żył, ale nie powiedziałem nikomu o tym zadziwiającym zjawisku, nawet Dominikowi nie powiedziałem o tej szokującej obserwacji, bo bałem się, że to nie ten mój przyjaciel Nowicki zmienił wygląd, tylko może coś ze mną jest nie tak, może zmienił się ten aparacik łączący moje oczy z jakimiś partiami mózgu i kłamie mi teraz jak z nut, a z drugiej strony czekałem aż Dominiś sam mi wyzna, że zauważył przemianę u właściciela firmy „Renowacja Antyków”
A moje drugie zadanie w przedsiębiorstwie „PHU Andrzej Nowicki” było już znacznie poważniejsze, z pierwszego wywiązałem się z rzadką solidnością, więc można było mi zaufać, a jednocześnie byłem przecież pod stałą kontrolą, wystarczyło tylko wydawać mi polecenia i sprawdzać ich wykonanie. Zadanie było wprawdzie poważniejsze, ale nie na tyle, bym potrzebował dużego doświadczenia: należało w miarę możliwości rozebrać i odświeżyć dębową bibliotekę, mebel nie miał specjalnych ubytków, ale był za to duży, bardzo duży, więc sporo miał detali, a każdy z nich wymagał umycia, dobarwienia i woskowania, roboty zatem było sporo.
Pierwszego, może drugiego, albo trzeciego dnia pracy na biblioteką zagadnąłem do tego mojego dziwaczejącego przyjaciela Nowickiego, że wiesz co, Andrzejku, tutaj przy schodach stoi taka niebieska Ukrainka, którą czasem jeżdżę do E. Leclerca, Dominik powiedział, że jest twoja. Mojego teścia, odparł, bo nie miał dla niej miejsca w piwnicy, to wziąłem. Poprosiłem więc tego mojego przyjaciela Nowickiego, żeby mi ten rower pożyczył, chciałem dojeżdżać nim do pracy, bo z Rychtalskiej do Długiej nie było daleko, a szkoda mi było pieniędzy na autobusy, tak samo jak dość już miałem stresów wynikających z jazdy bez biletu i ucieczek przed kontrolerami biletów. I pożyczył. Co ja miałem z tą Ukrainką! Ale lubiłem ją, pasowała do mnie, zwielokrotniała moją osobę jak lustro, ona też cała była rozklekotana. Z pozoru wszystko było z nią dobrze, kiedy jechałem do wielkiego hipermarketu E.Leclerc” przy ulicy Trzebnickiej, kiedy sunąłem do mojego ulubionego sklepiku z wyrobami garmażeryjnymi przy ulicy Jedności Narodowej, wszystko było z nią dobrze, tak jak ze mną, gdy idzie o krótkie dystanse. Wystarczyło jednak wyruszyć kawałek dalej, przewalić się Trzebnicką, dotrzeć do Chrobrego, potem Duboisa i trasą szybkiego ruchu do hipermarketu „Hit”, a miałem się z pyszna. Ukrainka najpierw hałasowała, ach, myślałem, co tam, normalka, grat przecież, szybko jednak okazało się, że to zbyt płytka diagnoza, że i owszem grat, ale jaki! Już na Trzebnickiej odpadł mi dekielek od dzwonka, wjeżdżając na Pomorską odkryłem, że lewy pedał jest obluzowany i że lada moment i on odpadnie, ale dramat zaczął się z chwilą, kiedy zjeżdżałem Długą wraz z kolumną pędzących samochodów i okazało się, że mam nieliche problemy ze skręceniem kierownicą, że kierownica porusza się w lewo i prawo, ale koło dalej trzyma oś ramy. Nie wiem jakim cudem wyszedłem z tego cało, a nawet znalazłem się pod domem, a tam już mimo złości na rower, znalazłem u Serka jakieś narzędzia i doprowadziłem go do porządku, a nazajutrz, w zakładzie „PHU Andrzej Nowicki” nareperowałem ją jak należy. A gdy już skończyłem i przetestowałem tę ukraińską kozę, to zjawił się ten mój przyjaciel Nowicki i stwierdził, że dzisiaj mamy pojechać do Szewc, bo ma tam sprawę, więc wsiedliśmy zaraz do jego transportówki i pojechaliśmy.
W drodze opowiedział mi po raz piętnasty o niejakim koledze Rudym. Taki niski, rozumiesz, ale ma to coś, co pociąga kobiety, gadał, ha, poza tym sam rozumiesz, wie jak się ustawić, teraz żyje z taką blondynką, która jest doktorem polonistyki i wykłada na uniwerku, no, no, spodobałaby ci się chyba, bo ty lubisz takie wygadane dziewczyny, a do tego takie elegantki, a on kiedyś był punkiem i grał w jakimś zespole, a do niedawna pracował z Motasem przy jakimś dworku, przy renowacji dworku jakiegoś bogatego faceta, który dorobił się na handlu elektroniką, importował z Dalekiego Wschodu pierwsze elektroniczne zabawki do Polski i tak się dorobił. Przemierzaliśmy Wrocław nieznanym mi traktem, była jesień, było pięknie i myślałem tylko o tym jak jest tam w moich górach, tam pod Śnieżnikiem, zastanawiałem się czy czuć już jesień w tamtejszym powietrzu, czy pierwsze drzewa zdołały już zapłonąć żółciami, czerwieniami, rudościami. Ale czułem już, że tego mojego przyjaciela coś gryzie, że gnębi i gniecie, że nerwowy i podminowany.
W Szewcach, niewielkiej podwrocławskiej wsi, skręciliśmy z głównej drogi i stanęliśmy pod jednorodzinnym domkiem, typowym klockiem z epoki średniego Gierka, za którym ścieliły się po horyzont zszarzałe już pola i łąki, stanęliśmy obok czerwonego, kanciastego Volvo, w którym rozpoznałem samochód kolegi Motasa, bo znałem ten samochód od kilku tygodni, od kiedy pracowałem z Maćkiem na drzewach, kiedy przez dwa tygodnie pracowaliśmy jako drwale wysokościowi, więc znałem Maćka w miarę dobrze, bo pracować z kimś na wysokości to nie przelewki i trzeba sobie ufać, a musiałem mu ufać, bo on znał się na tej robocie, a ja się dopiero uczyłem i wiele mnie ta nauka kosztowała wysiłku fizycznego i psychicznego, w którym Maciek mnie wspierał. Za domem było niewielkie podwórze i zabudowania gospodarcze, które właściciel domu prawdopodobnie zbudował z myślą o jakimś zakładzie, ale w końcu zrezygnował z tego pomysłu i wynajął je Rudemu i Motasowi, tyle, że Motas miał tutaj swój warsztat, a Rudy mieszkał tam od trzech lat.
Szewce Rudego to była prawdziwa graciarnia, niewielka artystyczna kolonia z całym bałaganem, jaki pojawia się w takich azylach. Należało minąć podwórze i wejść do ogrodu, od którego było wejście do sadyby Rudego, który zjawił się zaraz z Maćkiem i zaczęli z Nowickim gadkę o planach, według których wynikało, że bierzemy właśnie udział w przeprowadzce, że Maciek rezygnuje z renowacyjnego interesu i zabiera się już tylko za dendrologię, wobec czego będzie chirurgiem drzew, ale też ich kosmetyczką czy raczej kosmetykiem, natomiast kolega Rudy zamieszka z narzeczoną, z panią doktor przy ulicy Orzeszkowej, a warsztat przenosi na ulicę Rychtalską, w sam raz do mojej halki. A kolega Rudy był mojego wzrostu, blondas o wyraźnych rysach twarzy, z cwaniackim błyskiem w oku, wzbudzał natychmiastową sympatię albo jednoznaczną podejrzliwość, to już zależało od niego, ale we mnie wtedy nie wzbudził żadnych emocji, bo byłem wówczas jak Chodża Nasreddin, ale taki leżący po pijaku w rynsztoku, który w takiej sytuacji powiedziałby: co pisane, to pisane. Więc cała trójka ustalała dalsze kroki, co trwało dość długo, bo chłopcy zanim się za coś wzięli, zawsze przypominali mieszkańców Jarosławia i Sanoka i Krosna, gdzie stale się powtarza: langsam, langsam, więc przypominali starych dobrych Entów, a ja tymczasem oglądałem sobie wszystko, bo nigdy nie wyrosłem z dziecka, bo zawsze był we mnie taki mały szperacz, taki ciekawski oglądacz i podglądacz, a dom Rudego był na swój sposób wyjątkowy, przypominał coś niewiele solidniejszego od kempingowej budy, jakich pełno nad szerszymi wodami, a i stał w miejscu, które uchodzić mogło przede wszystkim za dogodne do wypoczynku i zabaw. W środku było kilka pomieszczeń i ogólny bałagan, całkowity artystyczny nieład, w którym znalazłem zarówno metalowe szafki ze śrubkami, które Rudy zgromadził przez lata, gipsowe elementy architektoniczne pozostałe po renowacji i dekoracji stiuków i sztukaterii w dworku handlarza elektroniką, kiczowate monidła i tandetne oleodruki świętych rodzin i wodnych nimf, w których, o czym się później przekonałem, kolega Rudy wprost się lubował i gazetowe kolaże, które kolega Rudy sam skomponował, jak i wszystkie muzyczne instrumenty, na których potrafił nieźle grać, narzędzia do renowacji, którymi posługiwał się w pracy, sterty kuchennych naczyń, książki z zakresu architektury wnętrz, malarstwa, renowacji i pełno różnej garderoby.III

*
Na ulicę Długą wróciłem nieco wcześniej niż zwykle, jakkolwiek po drodze złapałem w Ukraince gumę. Wprowadziłem więc moją upartą kozę do korytarza i wszedłem do kawalerki, włączyłem muzyczny sprzęt, a z głośników popłynął głos malutkiej Beth Gibbons w akompaniamencie jej kolegów z „Portishead”. Po zjedzeniu klopsów w sosie pomidorowym z chlebem, chciałem się zabrać wreszcie za malowanie tej klitki, ale pomyślałem, że przecież mam jeszcze tyle czasu, miałem tyle czasu, że położyłem się i wziąłem do ręki książeczkę Bohumila Hrabala Příliš blučná samota, którą kupiłem sobie jakiś czas temu w antykwariacie w Hradcu Kralovem, i zacząłem ją czytać, a w mieszkaniu Sera, z głośników Sera sączył się psychodeliczny głos filigranowej Beth. Znałem czeski od jakichś trzech lat, uczyłem się go od czasu, kiedy znacznie wcześniej w Javorniku poznałem tego szalonego Czecha Leopolda Svaty’ego, z którym wypiłem wiele piw i wiele absyntu, bo byliśmy karmicznymi braćmi, jednego wieku, jednych przejść życiowych i jednego statusu. Leopold ofiarował mi pewnego dnia Svatby v domě i Proluky, bo wiedział, że po polsku czytałem już Obsługiwałem angielskiego króla i Aferzystów, i Pociągi pod specjalnym nadzorem, a także Sprzedam dom, w którym nie chcę już mieszkać, Zaczarowany flet” i fragmenty Czułego barbarzyńcy, i że spotkałem kiedyś pisarza Trziszkę, który pewnego dnia stanął w piwiarni „Pod Tigrem” przed stolikiem starego i równie pijanego Bohumila Hrabala, by z nim porozmawiać, ale ten czeski pisarz był już rozgoryczonym człowiekiem i chciał go wygnać do stu diabłów, chciał go przepędzić gdzie pieprz rośnie zanim nie usłyszał nazwiska polskiego pisarza, a wtedy rozczulił się, bo dziadek pisarza Trziszki był Czech z krwi i kości, a do tego miał cyrk i ten cyrk dziada Trziszki bywał co roku pod Nymburkiem i malutki Hrabal chodził do tego cyrku, w którym stary Trziszka woził go na kucyku, więc kiedy już pogadali i pisarz Trziszka wyjął z teczki wyciętą z gazety, sporą czarno-białą fotografię słynnego czeskiego pisarza i poprosił o autograf, to pan Bogumił wyjął spod kufelka podkładkę z nadrukiem piwiarni „Pod Tigrem” i przykleił ją do swojego zdjęcia i opisał jak należy, i wręczył pisarzowi Trziszce, a kilka lat później pisarz Trziszka ofiarował mi ten sporządzony przez Hrabala obrazek, ten pisarsko-pijacki kolaż.
Czytałem Příliš blučná samota i wiedziałem, że Bohumil Hrabal pisał piękne książki, bo żył w pięknych czasach, pisał piękne książki, bo niekiedy, na ułamek chwili doznawał oświecenia, iluminacji, tak jak i mnie się to przytrafiało, jak mnie się zdarzyło dostąpić nanosekundowych spotkań z pięknem i prawdą wtedy, gdy dyskutowałem o Kartezjuszu, a później wyszedłem na dziedziniec uczelni i jesień i to cogito ergo… jak wtedy, gdy zobaczyłem dziewczynę w lecie, tuż po sianokosach i poprosiłem bezczelnie tę moją późniejszą żonę, żeby mi pozowała nago do aktu za co najpierw oberwałem po gębie, a chwilę później powoli zdjęła z siebie ubranie i położyła się, a ja długo nie podnosiłem pasteli z pudełka… i później, potem, gdy nie mogłem zrozumieć jakiejś książki Michela Foucaulta i Karina powiedziała mi, że poza dyskursem nie istniejemy, że człowiek to język… Bohumil Hrabal pisał piękne książki, które jednak potrafiły mnie irytować, a do takich należała Zbyt głośna samotność, bo cała piękna filozofia tego wielkiego czeskiego pisarza mieściła się w jego historyjkach, w potokach historii opowiadanych przez wujaszka Pepina i żonę Pipsi, wtedy właśnie Hrabal był prawdziwym filozofem, gdy płynął życiem, płynął w życiu, ale kiedy zaczynał filozofować, to już mnie denerwował, już mnie złościł, bo dobudowywał do swej pięknej filozofii łzawe farmazony, bo choć każda wielka filozofia jest przede wszystkim poezją i posiada swoją własną manierę, to u Hrabala ta próba skończonej maniery była tylko jednym: płaczliwą akceptacją własnej, kosmicznej samotności, bo pokazywanie swojej samotności w gruncie rzeczy nie jest nawet tragiczne, ale wręcz groteskowe i trochę przyprawia mnie o mdłości ta żałosna czynność, bo jeśli nawet samotność ma w sobie ludzki heroizm, jeśli umożliwia człowiekowi spotkanie z bogami na wojennej stopie, to z chwilą, w której zostaje uświadomiona zaczynam być podejrzliwy, ale zupełnie już tracę cierpliwość, kiedy samotność jest pielęgnowana, a Hrabal jak mało kto pieści swoją samotność, cacka się z nią jak z oseskiem, tak że bardziej już przypomina żałosnego onanistę, niż poetę i filozofa. I samota jest właśnie taka, jest nieustannym trzepaniem gruchy, wcale nie przypomina Lekcji tańca dla starszych i zaawansowanych, w której się płynie, jak pływałem górską rzeką na związanej dętce od traktora, jak pływałem czytając ten wielki monolog Marcela Prousta, bo kiedy na początku zanurzałem się w detalach, to musiałem czytać akapity po dwa i trzy razy, bo na ich końcu zupełnie zapominałem od czego się zaczynały, aż porzuciłem tę dręczącą konieczność „rozumienia o co w tym chodzi” i czytałem już bez pamięci. A Zbyt głośnej samotności tak się nie dało czytać, nie dało się płynąć, więc notorycznie przy niej zasypiałem, była jak matematyczny albo fizyczny podręcznik, które działają na mnie jak relanium, dlatego nigdy nie stosowałem żadnych środków nasennych, tylko brałem w dłoń taką książkę i zasypiałem podczas jej lektury w ciągu kwadransa, albo i szybciej. Příliš blučná samota działała na mnie tak samo – zasnąłem.
Nie spałem jednak dłużej niż godzinę i spanie to wcale nie było miłe, bo mi chyba siadły na żołądku te klopsy w sosie pomidorowym, które kupiłem wracając z pracy, więc sny miałem dość przykre. Podniosłem się niezadowolony, z myślą, że klopsy nie klopsy, nie mam już innego wyjścia, muszę zakasać rękawy, poodsuwać meble od ścian, zakryć je folią malarską i wziąć się za to malowanie. Tak też zrobiłem, a później spreparowałem jeszcze pigmentami kolor farby na ten, jakiego życzył sobie Ser, na kolor łososiowy, włączyłem niedawno zakupioną kompaktową płytkę Hommage a Piazzolla, którą się jeszcze nie nasyciłem, płytkę kwartetu Gidona Kremera, który zaaranżował kilkanaście melodii Argentyńczyka, a ich wykonania posłuchać możną z tej płytki, a jest tam jeszcze ta wzruszająca wersja tanga, które skomponował Petersburski, a którą w Polsce zwiemy Ostatnia niedziela i już pędzel w mojej dłoni wykonał pierwszy ruch, nakreślił pierwszy pełny impast.
Malowanie szło mi gładko, szybko i w miarę dokładnie. Od czasu do czasu robiłem przerwy, a to na papierosa, a to na wypicie herbaty. Wreszcie koło jedenastej w nocy włączyłem sobie telewizor, dla odmiany, bo chciałem choć na chwilę odpocząć od muzyki z płyt, więc włączyłem telewizor, a kiedy pojawiła się wizja, to stanąłem oniemiały, bo pokazywali tam w okienku telewizji CNN dwa płonące drapacze chmur, które jeden po drugim runęły na ziemię, runęły same na siebie, w siebie osypały się, a ulice nowojorskiego Manhattanu wypełniły się kłębami burego pyłu. Stałem oniemiały, a telewizja CNN raz jeszcze pokazała od nowa całą historię, pokazała dwa pasażerskie jumbo jety, które jeden po drugim wbiły się w gmachy Twin Towers, uderzyły w World Trade Center, a z głośników telewizora kobieta mówiła, że to atak terrorystyczny, że ta powtórka, ten jakby riplay z futbolowej transmisji, że to nie jest żadna lipa, żadna amerykańska blaga, medialny żart, ale atak terrorystów, którzy rzeczywiście porwali te samoloty wraz z pasażerami i samobójczo uderzyli w WTC, a ja oglądałem to i czekałem na dalsze wydarzenia, słuchałem pierwszych komentarzy polityków i dziennikarzy, i czekałem na kolejne ataki, a wkrótce zawsze afektowany Mariusz Max Kolonko powiedział, a właściwie wyterkotał z prędkością aukcyjnego licytatora informację o skoku na Pentagon, że tam było to samo, ale bardzo nieudanie, bo za bardzo to tym samolotem nie trafili, a swoją drogą to prawie nikogo w pracy o tej porze i tego dnia nie było, więc było mi mało i chciałem więcej tej tragedii, tego dramatu, tego bólu i tej śmierci, chciałem efektowniejszych ataków, tam, z dala od Polski, Wrocławia, ulicy Długiej, daleko ode mnie i dlatego, że tak zacząłem czekać i liczyć na szersze posunięcia terrorystów, na jeszcze większą medialną sensację, znacznie bardziej rozdmuchany telewizyjny dramat, najlepiej, za wyłączeniem Polski, na ogólnoświatowy armagedon, dlatego, że nagle poczułem to dobrze mi znane, wyjątkowe obrzydzenie do telewizji, a przede wszystkim obrzydzenie wobec dziennikarzy, to wyłączyłem telewizor i wróciłem do malowania. I cały już wieczór myślałem o tym, jak to jest być opętanym nienawiścią Arabem, zaszczutym pragnieniem zemsty podsyconej demagogiczną ideologią Arabem, myślałem o desperacji tych ludzi, którzy nie mogąc walczyć z amerykańskim imperializmem inaczej, posuwają się do aktów terroru na zwykłych ludziach, ale nie jestem Arabem, więc jedyne, co mi przychodziło do głowy, to zupełny absurd tej ich sytuacji, absurdalność ich bezsilności. Cały wieczór myślałem też o ofiarach tego ataku, o zwyczajnych ludziach i odpowiedzialności, jaką ponoszą za ich cierpienia amerykańscy magnaci finansowi i ich polityczne marionetki razem z tym nieukiem z demencjami Bushem. I tak mi minął wieczór na malowaniu kawalerki wynajmowanej przez Seweryna i na wielkoświatowych rozważaniach dotyczących terroryzmu i imperializmu, na temat muzułmańskich fundamentalistów i ekstremistów, ale też na rozważaniach dotyczących mięsa w rzeźni wielkich kompanii, mięsa społeczeństw demokratycznych.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here