Rychtalska (X)

0
41

Rychtalska (X)
Jak mawiał parę lat później kolega Drogoś, nieważne są powody motywacji, ważna jest jej jakość, natężenie motywacji, więc niby byłem wkurwiony, to znaczy zmotywowany, psiakrew! byłem wkurwiony niby to na Pawiana Właściciela, ale w gruncie rzeczy zły byłem na siebie, złość na kogoś zawsze mi przechodzi, sobie nigdy niczego nie wybaczam, pamiętam każdą zadrę, każdy cios, każde poniżenie, do którego wobec siebie dopuściłem innym ludziom, zawsze byłem winny.

Rychtalska (X)
Jak mawiał parę lat później kolega Drogoś, nieważne są powody motywacji, ważna jest jej jakość, natężenie motywacji, więc niby byłem wkurwiony, to znaczy zmotywowany, psiakrew! byłem wkurwiony niby to na Pawiana Właściciela, ale w gruncie rzeczy zły byłem na siebie, złość na kogoś zawsze mi przechodzi, sobie nigdy niczego nie wybaczam, pamiętam każdą zadrę, każdy cios, każde poniżenie, do którego wobec siebie dopuściłem innym ludziom, zawsze byłem winny. I oto, nie wiem skąd, powoli zacząłem siebie lubić. Pawian January Właściciel ze zwitkiem banknotów wetkniętych w jego ryj z moim krzykiem, Kasia porzucona nagle i bez tkliwości, prowokacyjne spacery w dzielnicy narkomanów, aldechydów i austriaków, pojawiający się bełkot intelektualnych rozmów z doktor Kariną, które predestynowały, no, nie, tylko wyjść i zostać Bruce’m Lee. W dupę palec, robię, co chcę!
Myślę, że to było kilku kolesiów i kilka pań, którzy nie pozwolili rozpaść się temu materiałowi. Zawsze uważałem, że swój do swego po swoje.

*
Tuż po podłym posiłku z pozostawionych przez Dziwisza wiktuałów, zebrałem wszystkie swoje cząsteczki i wyruszyłem na ulicę Sępa Szarzyńskiego i ogarnął mnie taki zupełnie prosty smutek, że nie mogłem zostać z Kariną i Rudym, po prostu w chwili, w której wychodziłem z tego zabawnego mieszkania już mi ich brakowało, jakbym wychodził z ukochanej piaskownicy na wołanie matki, i to pewnie mamuńka wołała, wzywała wszelkie świętości, żebym się zachowywał, więc się zebrałem, a Bunarka z Pawełciem byli w domu i opowiedziałem im doszczętnie każdą moją impresję z ostatniego weekendu, wypowiadałem bezlitośnie każde słówko,  bo smutek po wyjściu z piaskownicy wygasł. Jak wszystko na tym ludzkim świecie. Ale kiedy rankiem obudził mnie budzik i wszedłem do łazienki i zerknąłem na moje odbicie, to byłem pewien, że z drugiej strony spogląda na mnie mistrz świata. I byłem trzeźwy, kiedy wszedłem do hali na Rychtalskiej i choroba minęła i wiedziałem, co robić, dlatego ta murzyńska skóra schodziła z kufra z jakąś miękkością, a ja dalej widziałem murzyńską skórę, mimo, że jej włókna były w kolorze świerka albo sosny, no a kiedy jeszcze wszedł właściciel January Pawian, gdy zjawił się w progu, to uśmiechnąłem się i pomyślałem sobie do niego, że siedem lat tłustych i siedem lat chudych, ja mam, a ty? i wróciłem do odzierania własnej skóry z tego kufra już z gotową koncepcją, że gdy tylko skończę opowieść o przygodach Bolka i niecnym żywocie Wadera, to zaraz się wezmę do wcielania się w skórę takiego właśnie człowieczka, takiego łyżwiarza sunącego gładko po cienkim lodzie, co czasem wykona nawet piruecik, albo tulupa czy salhoffa, po powierzchni, więc kolego Maniolo, rzekłem parę kwadransów później do Rudego wyciągając z kieszeni paczkę papierosów, a z niej sztukę, kolega wie, że ja zarobię na tym Pawianie Sympatycznym Właścicielu? i nie byle tam złotówkę, odpaliłem papieroska, ale całkiem sporo, kabza mnie się zapełni złotym kruszcem, sztachnąłem się teatralnie jak James Dean, więc już dzisiaj zapraszam kolegę na wódkę, którą wypijemy razem za jakiś czas, hihi hihi, a niby w jakiż to sposób, skoro nie umiesz z niego wydusić nawet tego, co jest ci winien. Tajemnica! odrzekłem, ale kolega może być pewien, że już dzisiaj panu Pawianowi Styczniowi Właścicielowi powinienem projektować dyplom w dowód wdzięczności, pewnie powiesi go ze złością w toalecie, wściekły i nieświadom zupełnie przysługi jaką był mi oddał. Tak powiedziałem Rudemu, bo wreszcie znalazłem się, siebie znalazłem na samym dnie rzeki w sam raz i wiedziałem jak się z niej wydostać na brzeg, ale teraz, tam na samym dnie upajałem się marzeniami szlachetnego Spartakusa, dawałem się omiatać nurtowi wody, w której do niedawna tonąłem, byłem rybą, wreszcie wiedziałem jak płynąć pod nurt, to było przyjemne, ale ciągnęło mnie na brzeg, ciągnęło do ssaka z otworem gębowym artykułującym dźwięki, to było naprawdę przyjemne uczucie, kiedy już znalazłem usprawiedliwienie, kiedy wykombinowałem sobie całą filozofię, a nawet ideologię ducha wchodzącego do wody, do ryby i może wychodzącego na brzeg. Psiakrew, duch stawał się ciałem, ogarniał roztelepane cząsteczki! Miałem ideologię, filozofię i wiarę. W siebie i w górę rzeki, ale miło zapalić tak sobie papieroska, kolego, rzekłem do Rudego, szczególnie kiedy tak kolega patrzy na mnie i myśli: pojebało go dzisiaj, bo przecież kolega zna wszystkie scenariusze, prawda? rzekłem do Rudego, który rzadko przyznawał się do tego, co wcześniej powiedział, oryginał, więc spojrzał na mnie z lekkim niesmakiem, on to dopiero nie lubił intymnej poufałości, więc miałem jeszcze więcej satysfakcji, że go przyłapałem na zdziwieniu, cóż, idę skórować murzyna, rzekłem, kolega może nakręci na radyjku dwójkę, mam ochotę na trio fortepianowe jakieś, albo i kwartet smyczkowy, skomplementuję  nawet pieśni Schuberta. Maniolo zakręcił i poleciał w eter Mahler, nic piękniejszego na okazję takiego dnia.

*
Przywiozłeś absynt? spytałem Leopolda, kiedy po powitaniach schodziliśmy mostem Wita Stwosza od kłodzkiego rynku, przywiozłem, powiedział, ale nie wolisz trochę ziela? Kolego, Polacy w naszym wieku preferują prostą drogę, to wy, Czesi, zawsze wprowadzaliście ferment na wschodzie Europy, a po prawdzie, to naopowiadałem się we Wrocławiu, że będziecie zaopatrzeni, na cholerę był Lachom taki chrzest? Nie dość, żeś mnie ochrzcił, to jeszcze chcesz oświecić?
Do klubu „Madness” zajechaliśmy kilka godzin przed koncertem, więc po ustaleniu logistyki występu czeskiego bandu „Naarden”, wyruszyliśmy na wycieczkę krajoznawczą na wrocławską starówkę, gdzie pod piórem Fredry zastaliśmy kolegę Rudego, Karinię i Polfę. Przecinając ulice Śródmieścia z bojaźliwymi Czechami sam zacząłem łapać cykora, słowem, chłopcy uraczyli mnie na odwagę absyntem, a pod piórem Fredry spotkaliśmy machających do nas i nie całkiem trzeźwych Karinę, Polfę i Rudego. Resztę wiedzy na temat popołudnia i wieczoru uzyskiwałem od osób drugich, a nawet trzecich, z mojej strony, obeszło się wszakże bez żadnego skandalu.
Nie! kolego, tak dalej być nie może! powiedział rankiem Rudy podniesionym głosem. Ale o so chozi? zapytałem, też nie wiedział, więs dopiero póśni matka boska zagubionych Kariśka opowiedziała jak nas znajdowała w toaletach, na parkingach, w ramionach dziewcząt, mnie, na muzycznych i kulturowych inwigilacjach wśród hard core’wców Ryżego, aż wzięła jednego, drugiego za wszarz i rzuciła do taksówki, gdzie było miło i ciepło, aż się obudziła rankiem w łóżku ze swoim ukochanym. O Szechów się nie martwie, rzekłem, skoro nam dali chrzest, to i sobie dadzą – radę i patrzyłem na Polfę wiszącą nade mną na sofce w kuchni kawalerki przy ulicy Orzeszkowej. Sprawdziłem natychmiast obecność gaci na dupie. Nie wyczułem ich, bo cały byłem we wczorajszym garniturze. Och, pomyślałem, a mój Niuniek, więzień, jakby powiedział: sukinsynu! No, ale ja już byłem rybą, płynąłem pod prąd.

*
Tylko te cholerne pieniądze od czasu do czasu potrafiły mnie zbić z tropu, najgorzej, kiedy już na papierosy nawet brakowało, kiedy musiałem iść na drugą stronę hali i używać różnych sztuczek, żeby zagadując kolegę Rudego wysobaczyć od niego Foxinę, albo w lepszych momentach Americana czy Chesterfielda, a palić to ja lubiłem, palenie zawsze mnie uspokajało, jakbym przystawał, przykucał w sobie na chwilę, moje ręce wyzwalały się od dygotu, świat zwalniał jak taśma w projektorze, to było to, już od szkoły średniej, kiedy na papierosku w męskiej toalecie zapoznałem niejednego koleżkę, to było to, kiedy w ramach protestu przeciw dyskryminacji palaczy wchodziłem do kibla w knajpie z zakazem palenia i zapalałem natychmiast papierosa. Więc brak forsy wkurzał mnie trochę, ale sobie myślałem, że wyżej dupy nie podskoczę, słowem, jeśli nie będzie za co, to w końcu przestanę palić, ale już mnie coś w dołku ściskało z przekory wobec tej dyskryminacji i tak w koło Macieju. Wielki mi bunt, myślałem sobie z drugiej strony, buntować się przeciw tym, którzy nie palą, a żyją w tym świecie, jakby stale mieli łeb w mikrofalówce, w samochodowych korkach, z komórkami przy łbach, z łbami w komputerowych monitorach, w domach o polach magnetycznych Trójkąta Bermudzkiego, z zatrutym żarciem w żołądkach, z toksycznymi kosmetykami na skórze? dobre sobie, równie dobrze mogę się buntować przeciwko prawnikom, lekarzom, albo innym kanaliom, a jednak zawsze istniała we mnie jakaś iskra, jakiś ognik, jakieś zarzewie niezgody, które teraz z objawów dyskryminowanego nikotynisty przeradzało się w sprzeciw upokarzanego robotnika, tak, jestem, jak tego chciała moja była żona, cholernym minimalistą, któremu wystarcza kubek kawy i paczka papierosów za całe potrzeby, jestem mistrzem świata w minimalizmie, co mi tam, ale jako pracownik nigdy już nie dam się gnieść żadnej mendzie, żadnej gnidzie, nie ma mowy! więc gdy tylko zjawiał się herr Januar, obserwowałem go uważnie, usiłowałem wcisnąć się, wniść w jego skórę, by rozsadzić go od środka i na ogół mi nie wychodziło, na ogół zsuwałem się w tę studnię zbudowaną z dobrych intencji, samych dobrych intencji, w studnię wypełnioną pustką, ech, gdybyż byłbym szaleńcem, byłoby tam coś, o co zdołałbym się zahaczyć, jakakolwiek treść, ale to tam rzeczywiście było puste, więc nie mogłem się nadziwić, czułem się osaczony tą pustką, czasami zupełnie nie wiedziałem jak w takim razie zarobię na Chesterfieldy czy Lucky Strike’i, skoro nie ma niczego na czym mógłbym się oprzeć, ale wreszcie do mnie dotarło, że tutaj nie chodzi o treść, ale o formę, że to życie, to forma, forma, która sobą treść wszelką niesie i już w końcu tygodnia zacząłem robić notatki.
Ale jeszcze niedzielę spędziłem przy ulicy imienia i nazwiska wielkiej pisarki Elizy Orzeszkowej ciesząc się litrami gorącej herbaty, paczką papierosów i zupełnym brakiem poważniejszej myśli, bo Karina i Mariusz większą część popołudnia spędzili poza domem, u swoich rodziców, a ja przed ich odbiornikiem telewizyjnym, który mogłem do woli przełączać na jakieś czterysta stacji platformy satelitarnej Canal+, co skutecznie pozbawiało mnie możliwości powstania myśli posiadającej głębszy sens, byłem po prostu wyłączony, a wieczór spędziliśmy usiłując ustalić możliwie najwięcej zaszłości ostatniej nocy.XI

*
Rankiem, w drodze do pracy, wstąpiłem do spożywczaka, żeby kupić sobie vietkonga, więc wszedłem do środka sklepu, z cholernego ziąbu wstąpiłem w miłe ciepełko, w sercu którego panowała rudowłosa ekspedienta około trzydziestki i czy to z niedokończonego snu, czy z powodu chłodnej pory roku, czy może jej rudych włosów, w każdym razie stanąłem za kilkoma klientami jak wryty i gapiłem się na tę przeciętnej urody kobietę z pewnym zaskoczeniem, jakby coś ważnego uszło ostatnio mojej uwadze i teraz to sobie przypomniałem. Ruda była nieco gminna w sposobie bycia, więc szybko się zreflektowałem, że nie o nią idzie, ale że odczuwam brak, wiadomy brak. Kolego, powiedziałem zastając kolegę Rudego w pracy, czy narzeczona kolegi nie ma jakichś przyjaciółek, kolega wie, takich głupich intelektualistek, zaraz tam głupich, same bystre ma, po co koledze głupia, oburzył się, a bo mi Kocja stale powtarza, że nie mam właściwie nic do zaoferowania, że marna ze mnie partia, jak kolega myśli? Hm, myślał kolega Rudy, hm, właściwie w takim wypadku, to Kariśka ma przyjaciółki głupie intelektualistki, ale powiem koledze, że może na początku jest dobrze, ale później, oj, gęby się takim nie zamykają, kolega zdaje sobie sprawę z potwornego ryzyka, no, może masz rację, odpowiedziałem po krótkim namyśle, to może koleżanki artystki, takie bardziej zakręcone, takie, co nawet nie zauważą kiedy i co nastąpi, ależ kolego, już o tym mówiliśmy, że czy to warto, co czy to warto, wzburzyłem się, a co, może nie warto? czy kolega zna przypowieść Platona o potędze ludzi, których w poczuciu zagrożenia bogowie podzielili na pół i tak do dzisiaj się te połówki szukają? chyba kolega nie zna, albo nieświadomie się koledze wydaje, że już znalazł swoją połówkę i już bogom wołać może na pohybel, ale ja, kolego, widać ciągle szukam, a właściwie ostatnio to nie szukam i tym bardziej wobec bogów czuję się maluczki. A co mi tutaj kolega imputuje, naburmuszył się Rudy, o jakich bogach mówi chłopakowi z papierami na katolicki monoteizm? a mnie to się zdaje, że tu o żadne połówki nie idzie, ani tym bardziej bogów, ilu by ich tam nie było, tylko kolega już nie może dalej walić niemca w hełm, co? no, odszczekałem, chyba twój stary! Niestety, kolega Rudy miał częściową rację, o ile wszakże nie waliłem niemca w hełm, o tyle na widok kobiety coraz częściej odczuwałem poruszenie między lędźwiami, o dziwo również, jakoś nie widywałem brzydkich kobiet, były te śliczne, ładne i takie w sam raz, ale jakoś żadnych brzydul, a to raczej ze mną musiało się coś stać, tym razem to nie świat wyglądał inaczej, to ja go inaczej widziałem, ale nie było czasu, musiałem planować, musiałem znaleźć kolejne lokum, tylko gdzie, a potem, dalej, co później, kiedy wrócę tam pod Śnieżnik, gdzie znajdę zajęcie, zamieszkam z rodzicami? Pytania niepojęte mnożyły się szeregami, wreszcie więc dotarło do mnie, że nie ma sensu planowanie, istotne jest tylko to, na co nieświadomie wskazał mi ten mój przyjaciel Dżenuary: zacznij robić to, co chcesz i zadziwiające jak to na mnie działało, nagle oto zdałem sobie nawet sprawę z języka ciała, nagle oderwałem zmartwioną głowę od operowanego kufra i rozejrzałem się i miałem wrażenie, że sporo rzeczy w naszej pracowni, naszej niewielkiej halce widzę po raz pierwszy w życiu, dotarło też do mnie, że za oknem jest świat, jest Wrocław przyprószony lekkim śniegiem, zmrożony oddechami ludzi sunących po ulicach, oddechami samochodów jadących w pośpiechu, jak zwykle nie wiadomo gdzie i po co, więc w owym uniesieniu głowy już był ukryty gest oznajmiający, jakbym przemówił nieznanym, a właściwie zapomnianym językiem, jak pozycja we śnie,  bo gdy wolny jestem od trosk zasypiam na wznak, jak niemowlę z ramionami uniesionymi nad głową, oddane światu, wierne, bezbronne, wystarczy jednak mocniejsze wahnięcie, a zalegam na boku, w otwartej pozycji embriona, jak gdybym poszukiwał powrotu do łona, do macierzy, więc sobie pomyślałem, że ten mój zachwyt, gdy wchodzę do kogoś i od progu czuję jego stan emocjonalny nie do końca wynika z mojej kobiecej intuicji, ale może przede wszystkim z nie uświadamianej obserwacji zachowania odwiedzanej osoby, z  uchwycenia choćby kątem oka określonych symptomów, bo przecież nie mówię o tak wyraźnych, jak barwa głosu czy wnikliwe przyjrzenie się reakcjom. Uniosłem głowę i pomyślałem, że właściwie, to o co mi chodzi, Bóg raczy wiedzieć ilu na moim miejscu czułoby się najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi, a nie mówię o tych z Bangladeszu, Sierra Leone, Erytrei czy Angoli, po prostu zdrowy jestem, w miarę inteligentny, rzecz jasna utalentowany manualnie, nie ścigają mnie wierzyciele, miłość, która potrafi zabić nie zabiła, właściwie szczęśliwy ze mnie człowiek. Taki rachunek sumienia zawsze włączał mi jakieś dodatkowe dopalacze, mijały rozterki wielkich, a nie spełnionych planów, tu i teraz stawało się najważniejsze. Kolego, powiedziałem do Rudego, wyznam koledze, że chyba odczuwam miłą presję zbliżających się Świąt Narodzenia Pańskiego, czuję prawie zapach słodkich jabłek i włoskich orzechów, a ja, kolego, odparł, dokonuję właśnie ostatnich myznięć na stoliku, który te jabłuszka i orzeszki przyjmie w sadybie cygańskiego księcia, wprawdzie nigdy nie byłem szczególnie praktykującym katolikiem, kontynuowałem, ale powiem koledze, że wbrew pozorom jestem dość konserwatywny w wielu sprawach, a na pewno w kwestiach tradycji, Boże Narodzenie natomiast, to jedyne święto religijne, podczas którego przy stole gromadzi się cała moja najbliższa rodzina, ale moje wynurzenia przerwał bezwzględny telefon i okazało się, że to mój stary dobry przyjaciel Jacek Nindzia odezwał się po dziesięciu latach, tak sobie, z życzeniami świątecznymi i propozycją ewentualnego spotkania we Wrocławiu, bo się tu właśnie wybiera ze swoim przyjacielem Jabłonkiem w odwiedziny gdzieś tam do kogoś tam, więc może pojutrze spotkam się z nimi na mieście, w sam raz w Highlanderze, więc poczułem, że w okolicach Bożego Narodzenia przeszłość jakoś zawsze przeciw mnie się sprzysięga i to ta najbardziej odległa, jak miasto we mgle, albo najbardziej smutna przeszłość, tak że ostatecznie czuję się jak cholerny antropolog, który spotyka się z obcą kulturą, która wydaje mu się rzeczywiście obca, to naraz orientuje się, że jego własna kultura jest taka sama, że jego cały naukowy antuaż jest teraz komedią, bo spotyka się z kulturą własnej przeszłości.
No to się spotkałem z Nindzią w celach rewizyjnych.
Nindzię pamiętałem jako okropnego męczydupę, wiecznie zalanego w pestkę i namolnego człowieczka, którego główną wartość tworzyły jego niekończące się osobiste traumy, słowem jechałem ze sporą niechęcią do centrum, żeby spotkać się z nim i jego kompanem, jechałem przekonany, że stracę kilka, nagle, szalenie cennych godzin mojego życia, no i przekonałem się, że rzeczywiście każda godzina moja życia powinna być tak cenna, jak te, które spędziłem z Nindzią i Jabłonkiem, więc zanim się zjawili, siedząc przy barze zadysponowałem sobie piwo, gdy nagle stanął przede mną jegomość z pytaniem o Kaltowicza, zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, kątem oka dostrzegłem zaokularzonego gówniarza w basebolówce, który padł jak kafar w podłogę Hajusia, słowem, zanim uchwyciłem o co pyta facet przy moim hookerze, miałem moment rechotania, aż wreszcie wyznałem, że to ja i okazało się, że tam w progach Highlandera pokłada się Nindzias. Ani jednej sekundy, ani krzty czasu nie straciłem, a wprost przeciwnie, zbyt krótko z nimi byłem. Nasamprzód się okazało, że Nindzia jest niewidomy, że widzi w sam raz tyle, co kret, który wylazł w środku lipca na plażę, w związku z czym, niby to złośliwie, musiałem mu pogratulować zniżek na komunikację tramwajową, autobusową i kolejową, a nawet lotniczą, bo przecież nie mogłem go traktować nienormalnie, z jakimś przyzwoleniem na jego ułomność, która nie różniła się od moich ułomności niczym, bo w takim samym stopniu zawsze byłem zależny od bliźnich, zawsze byłem ślepy i gdyby nie ludzie, to chuja dałbym rady, więc mu powiedziałem już całkiem alkoholem otwarty, że chyba jestem teraz właśnie we własnym sosie, ale to wszystko było poprzedzone Jabłonkiem jeszcze, bo się okazało, po tym takim śmiesznym nasamprzód, że jesteśmy z Jabłonkiem sami, słowem Nindzia jest tylko adoratorem, że sobie umyślił, że mnie przedstawi, a później będzie adorować tej znajomości, bo nie mógł w niej uczestniczyć inaczej, jak spoza pijaństwa, któremu z Jabłonkiem natychmiast się oddaliśmy – Nindzia nie pił od kilku lat, przesunął się, był jak przed laty, ale w ogóle nie męczył, ba, nie widząc prawie mojej twarzy, wiedział doskonale o czym teraz myślę, naprawdę, stał się taką starą rozumną krową, przy której byłem durnym buhajkiem, bo przy nim rzeczywiście byłem mazgajem i furiatem zarazem. No bo jak inaczej mogłem inaczej, proszę ja ciebie, opowiadał, zaakceptowałem, że moje życie jest fantastycznym żartem, bo weźmy trzy dni temu, proszę ja ciebie, wyskakuję po telefonie z budki i pędzę do banku, tak, pamiętam trzy schodki, hop, proszę ja ciebie, obrotowe drzwi, wskakuję przez nie szybko do środka i się rozglądam po wnętrzu tą jedną czwartą jednego oka jak przez lunetę, przy okienku jakaś babka i dostrzegam faceta, więc się natychmiast, proszę ja ciebie, odzywam się, pan do tej kolejki? a facet milczy, więc znowu pytam, panie, pan do tej kolejki, bo się spieszę, do tego okienka pan stoi? gadam i tak się kolebię z tego pośpiechu, a gość tak samo się buja, aż się przyjrzałem dokładnie i wyszło, proszę ja ciebie, że gadam do siebie w lustrze i to nie jest żart? No może i nie, odpowiedziałem, może wszyscy gadamy do lustra i tylko niektórym udaje się to dostrzec, tak mądrze, odrzekłem, więc w ramach uniku przed tą smutną konstatacją Jabłonek wziął się za opowiadanie tym swoim głosem radiowca innej historyjki, że się mianowicie zakochał pewnego dnia w dziewczęciu z Białegostoku i tak mnie przycisnęła ta miłość, że już nie mogłem dalej czekać, musiałem ujrzeć ją, zobaczyć choćby nie wiem co, a nie wiem co oznaczało właściwie nie wiem skąd, nie wiedziałem skąd wziąć pieniądze na podróż i tak biadoliłem Nindzi, że się w końcu obruszył i powiada, Adaś, ja to załatwię, proszę ja ciebie, czekaj tutaj, wkrótce wracam i wyszedł, a jakiś kwadrans później przychodzi taki mój kumpel Andrzej i z progu mówi, ty wiesz co, dziwny jest ten twój kolega, stoi tam na rogu pod spożywczakiem i usiłuje opędzlować taki zegarek z otwieranym szkiełkiem dla brailowców, i on tę forsę załatwił i pojechaliśmy razem, bo ile tego było, a przecież z Nindzią do kupy płaciliśmy tylko połówkę biletu na PKP. Nie skomentowałem tej pięknej historii o prawdziwej przyjaźni, tylko stuknąłem się z Jabłonkiem na znak, że nie da się niczego powiedzieć, więc cały byłem zachwycony następnego ranka i opowiadałem koledze Rudemu historyjkę za historyjką, sypałem jak z rękawa, jak święty Mikołaj z bogatego wora, szczodrobliwie, aż się Rudy zmęczył tym nadmiarem anegdotek z życia Nindziasa i jego łódzkich i niełódzkich przyjaciół, a do tego zachwytu zjawił się Sympatyczny Właściciel, któremu wkrótce miałem tyle zawdzięczać i wyciągnął z opasłego wizytówkami portfelika stuzłotowy banknocik i wręczył mi go tą zadziwiająco długą ręką, i z miną Wuju Sama oznajmił, że życzy mi wszystkiego najlepszego z okazji Bożego Narodzenia, wobec czego podziękowałem mu i również życzyłem pomyślności, a potem wyszedł, a ja pokończyłem zadania zaplanowane na ten dzień, przebrałem się i udałem w stosunkowo długą podróż do domu.

*
A w Sylwestra wychodziłem przed dom Bułów, żeby z resztą towarzystwa hucznie powitać Nowy Rok i poślizgnąłem się na lodzie zaraz za kamiennym progiem tak, że mnie z powrotem już zanieśli do mieszkania i byłem pewien, że złamałem sobie kostkę, więc resztę wieczoru spędziłem na podłodze, bardzo uradowany tym faktem, bo wiedziałem, że idzie ku zmianom, że taki akt metafizycznej autoagresji działa oczyszczająco, bo już miałem takie doświadczenia i po nich zawsze było lepiej, ale na drugi dzień okazało się, że tylko lekko skręciłem nogę i tak trochę ją stłukłem, więc jedyna radość była taka, że nie mogłem natychmiast jechać do Wrocławia do pracy, że musiałem w ramach rekonwalescencji kilka dni spędzić w domu, co nie było próżne, bo leżąc mogłem rozmyślać do woli nad jakimś opowiadaniem i kreślić je co dnia na nowo, aż wyszła z tego historyjka o pracowniku tartaku sponiewieranym przez jego operowy głos i przez miłość, a po niej zjawił się Grubas i znowu mówił, że wykombinowali Letką Improwizację i potrzebny jestem do tych poważnych ironii w marcu, że trzeba napisać kilka tekstów, kilka skeczy, albo trochę dramatycznych scenek, wykonać kilka telefonów, zaprosić parę osób i tym mam się zająć, jeśli tylko chcę. Zwiastun nogi nie łgał.
A po pięciu dniach moczenia kostki w naparze z macierzanki i nacieraniu maściami dla sportowców, zdecydowałem się wrócić do stolicy Dolnego Śląska i zamknąć swoje sprawy, bo na razie nie miałem co szukać w tym pięknym mieście. Zapakowałem swoje rzeczy plus dwa duże słoiki ze smalcem i niechętnie znalazłem się w autobusie, który przystanął wreszcie w moim Kłodzku. A kwadrans później wszedłem do kolejowego wagonu, a w podróży koleją istnieją najwyżej dwa sposoby na jej zniesienie, pierwszy to romantyczny, drugi praktyczny, a że nie miałem ducha otwartego na jej cel, to programowo jakoś nie zamierzałem się zachwycać pejzażami za oknem, a w wagonie, na dermie zapierdziałych miejsc siedziała tylko nuda, zmęczenie ostatnią nocą, okutanie snem w barłogach zimowych nakryć, rzeczywiście nuda, więc i ja siadając zagłębiłem się retrospektywnie w wypożyczonej książeczce poety Ginsberga, bo nigdy wcześniej nie zrozumiałem o co mu szło, a ledwo przeszedłem trzy strony „Skowytu” i vis a’ vis dojrzałem nową pasażerkę, to znaczy jej oczy wgapiające się we mnie, takie wielkie jasne oczy, aż musiałem spuścić wzrok, aż musiałem oglądać jej buty, materiał spodni na jej kostkach łydkach udach, przepraszam panie poeto Ginsberg, jej dłonie leżące spokojnie, bardzo spokojnie o siódmej trzydzieści rano w pociągu do Wrocławia, gotyckie kształty w samym środku zjawiska zwanego w tym kraju Pięknie Kurwa Pięknie, dłonie, które mnie ośmieliły do spojrzenia, sorry panie Gins, pieprzę pana poezję, jako i inne poezje zawarte w książeczkach, które czytam, aż muszę, spojrzałem tam wyżej i znowu te oczy, ale skowyczałem i ona teraz gdzieś sobie poszła, ale nie minęło pięć minut i już byliśmy na czwartym peronie Dworca Głównego Wrocław. Uciekła. Uciekłem. Psiakrew, było się w kilku galeriach, co nie, widziało się kilka ładnych obrazków. Więc o to panu szło, panie Gi.
To nie potrwa długo, drodzy moi, powiedziałem koło południa do Karuśki i Rudego, wszystkiego najlepszego z okazji Nowego Roku, słowem, najdalej dwa tygodnie i będziecie mnie mieli z głowy, w sam raz tyle zostało mi roboty, albo i mniej, na krócej jeszcze zasiedlę waszą kuchenkę, a rankiem wykonaliśmy z kolegą Mariuszkiem stylowy slalom między psimi gównami ścielącymi chodnik przy ulicy Orzeszkowej, wielkiej polskiej pisarki i znowu znalazłem się na Rychtalskiej, ale to już była nostalgiczna podróż, bo nawet wtedy, gdy zobaczył mnie imiennik tego chłodnego miesiąca i zaczął coś kwilić trzy po trzy o mojej niesubordynacji, nieterminowości i psioczących klientach, to mu tylko rzekłem, że gadasz do lustra, chłopie, gadasz do lustra i przetarłem ludwiczka z trzytygodniowego kurzu, i zobaczyłem już radość tej komódki, zobaczyłem jak się uśmiecha czując mój pieszczotliwy dotyk, więc zajmowanie się tymi uśmiechniętymi mebelkami było przyjemne, ale jeszcze przyjemniejsze były wieczory u Rudych, u Rudego, który niestrudzenie karmił mnie literaturą o Wrocławiu. Pasł mnie na łąkach sepiowych zdjęć i własnych przekonań o świetności tego miasta, ale ja już wcześniej wiedziałem, znacznie wcześniej widziałem te belgijskie holenderskie angolskie chałupki, te domki z zapałek, te pokurcze przy naszym nie amerykańskim, ale dolnośląskim przepychu, które stale mnie przyprawiały o pokorne przytaknięcie w geście zrozumienia belgijskiej holenderskiej angolskiej historii opartej na solonych śledziach i kwaśnym chlebie, więc słuchając Rudego, dobrze czułem niemieckie parcie na wschód, czyli tam, gdzie nie było (i nie ma jeszcze) tej zachodnioeuropejskiej ciasnoty myślowej i ciasnoty człowieka, dobrze czułem w tych historyjkach Rudego ten cały polsko-niemiecki-polski-niemiecko kompleks, dobrze wiedziałem, że podczas zbliżających się mistrzostw świata w piłce nożnej będę zawzięcie kibicować Polakom i Szkopom. A wreszcie kłócił się o Wrocław, a ja o Kraków i musieliśmy tak dalece pójść w tej drace, ja musiałem tak pójść, by się przyznać do błędu z tym Krakowem i proklamować wreszcie wszem i wobec niezależność Dolnego Śląska od reszty świata, co nie było specjalnie potrzebne, bo jeśli idzie o Polskę, to ona takie rzeczy zauważa dopiero, jak przestajemy płacić podatki, a ja podatków nie płaciłem od dwóch lat, więc szło tylko o to, że Warszawka jest stolicą polityki, Kraków koterii, a Wrocław jest stolicą carte blanche, na wszystko, co chcemy, a wreszcie zawsze budziła się Kariśka i skracała to wszystko do jej pracy o ósmej rano. Słowem, słowem, znowu byłem w domu. A świat cały miał to w głębokim pobłażaniu.

*
W ramach przerwy wdrapałem się na piętro, do naszej, mojej i Rudego halki, bo tymczasem komodę kończyłem na dole, w siedzibie mistrza Jana, Dominika i Kisiela, więc wspiąłem się po stalowych stopniach na górę, a w hali Rudy ślęczał nad biureczkiem dla doktor Kariny, przerwa na papierosa, powiedziałem wobec tego, a może masz tam jeszcze łyczek kawy w termosie? znajdzie się coś, kolego, odpowiedział kolega Rudy, więc oparliśmy się o jego strugnicę i paliliśmy sobie popijając kawę małymi łyczkami z maluśkiego kubka. Kolego, powiedziałem po chwili milczenia, czy koledze nie wydaje się, że troszkę za dużo pijemy, aż tak za wrażliwi jesteśmy na ten świat? Rudy, naturalnie, spojrzał na mnie jakbym wyraził jakąś potworną herezję i odrzekł, że co też kolega opowiada, toż jak się wszystko rozłoży proporcjonalnie, to w proporcji na rok najdalej jedno piwko wychodzi na dzień, a co do wrażliwości, to istotnie, inaczej nie dalibyśmy rady, człowiek natychmiast by eksplodował od nadmiaru wrażeń na tym świecie, słowem, trzeba od czasu do czasu oczyścić czarną skrzynkę przepełnioną informacjami, bo się całkiem rozleci, zupełnie i sama. To fakt, skwitowałem, z drugiej strony, chciałem coś powiedzieć, ale rozległ się dzwonek telefonu kolegi Rudego, na co Rudy rzekł, o, kontrahenci z Białorusi i odebrał typowo rozmowę, że tak jest, tutaj klinika chirurgii plastycznej doktora Ciszka, w czym mogę pomóc? co? poeta Sas, na leczenie? ależ tak i owszem w ogóle. Wreszcie odłożył aparat, no, kolego, powiedział zaraz, właśnie otrzymaliśmy zaproszenie na wieczorek prawdziwych uczuciowców, poeta Sas z towarzystwem przedstawia dzisiaj wiersze w galerii BWA przy ulicy niemieckiego rzeźbiarza Wita Stwosza, więc jak tu nie pić?
I wieczorem znalazłem się w towarzystwie Kariny i Rudego w jednym z pomieszczeń Biura Wystaw Artystycznych przy ulicy Wita Stwosza, i znowu poczułem się jakbym trafił do filmu z lat sześćdziesiątych, jak gość, który przypadkiem przychodzi na imprezę bohemy i nic nie rozumie z tego, co się dzieje, bo mnie te wieczorki autorskie zawsze dziwiły, nigdy nie rozumiałem ich sensu, jakiejś ich istoty, dawniej chodziłem na takie spotkania, żeby oswoić się z tym światkiem na poły grafomanów, na poły poetyckich dusz miażdżonych przez ilość poetyckich dusz, ilość dusz piszących wiersze fryzjerów, kucht, stolarzy i forowanych akademików, później chodziłem, żeby sobie podrwić trochę, trochę jak Celine drwił sobie z hitlerowców podczas spotkań z ich ideologami, ale później straciłem humor, bo z każdym kolejnym spotkaniem byłem coraz bardziej przygnębiony tym dramatem mitomanii, coraz bardziej zniesmaczony całą tą modlitwą do wielkości literatury, ale przede wszystkim do samych pisarzy, więc w kilku miejscach stałem się, i słusznie, niemile widziany z powodu kwaśnych uwag i ataków na tych wrażliwych ludzi, i słusznie, bo byłem jak cham w środowisku arystokratów, albo całkiem na odwrót, a co do poety Sasa, nauczyciela piszącego wierszyki, miałem niejakie skłonności, ale też do poetki Sonnenberg, która miała wygłaszać swoje wiersze.
Półmrok pomieszczenia wypełnionego ludźmi, gdzieś z kąta płyną stłumione dźwięki trąbki, część gapi się na wszystkich, druga część zawzięcie konwersuje pokazując, że światowcy i takie spędy, to dla nich bułka z masłem, ale ja byłem w tej pierwszej grupie, więc po kilku chwilach zbliżyłem się do kolegi Rudego i powiedziałem tak, żeby doktor Karinia nie słyszała, że no, kolego, jest tutaj kilka ładnych istotek, spójrz na tą dużą, ja to lubię takie mamuśki, u! kolego, odpowiedział, taką rozbujać, to do szóstej rano by zeszło, ale wtem zaległa cisza i gdzieś w kącie ktoś zaczął deklamować, ale na szczęście ten wierszyk nie był długi, a chwilę później pojawiła się Ewa Sonnenberg, poetka, i stanęła na taborecie w ładnej wieczorowej sukni w żałobnym kolorze i wyrecytowała swój wiersz, a ona umiała, jak rzadko który z pisarzy mówić swoje rzeczy, zawsze była przekonująca, już wtedy, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz u Bogusia Michnika w Kłodzku, kiedy zdecydowała się na rzeźnicze krytyki Marka Garbali, ale ten nie tylko jej nie pokroił, a wprost przeciwnie, więc i tutaj panna Sonnenberg wyglądała przekonująco i gadała do rzeczy, a potem na arenie pojawił się nauczyciel piszący wierszyki Sas, który, jak zwykle, nie oparł się kilku pieprzniejszym metaforom i porównaniom, tak że się zrobiło trochę ostro, ale sprawę załagodził chwilę później poeta Jurek którego nazwiska nie pamiętam, więc poeta Jurek, zanim wyrzekł słowo zapłonął spod marynarki, ni mniej, ni więcej, tylko choinkowym sprzętem oświetleniowym i bardzo mnie tym rozbawił, bo to był jakiś pomysł, jakiś ruch, coś więcej niż paplanie rzeczy, których nie byliśmy w stanie ad hoc pojąć, nie wspominając o ich przetrawieniu.
A po tym zacnym spotkaniu, w holu BWA, powiedziałem do doktor Kariny i do kolegi Rudego, że to jednak dziwne towarzystwo, a może ja jestem już stary i coraz bardziej dziwny, e, tam, odpowiedział, poeci są okej, sympatyczni, bo największe jaja są u plastyków, szczególnie, kolego, u malarzy, ci się w ogóle nie przejmują, ich łatwość jest szokująca, ale zauważyłem, że na te ich imprezy zawsze trafia z jakąś niunią z plastyka czy akademii ktoś, kto nic z tego nie rozumie, prawie jak kolega, pewnego razu wybrałem się na taki wernisaż nad Odrą z kumplem, którego narzeczona studiowała na akademii, rozumiesz, miłe popołudnie nad rzeką, komary jeszcze tak nie rypały, jak od czasu powodzi w dziewięćdziesiątym siódmym, więc paliło się jakieś ognisko, a nad brzegiem stały sztalugi z wielkimi płótnami mistrza Grzesia czy Kazia,  było miło, ale wina nikt nie wylewał za kołnierz, więc po dwóch godzinach wernisażu rzeczony mój kompan Rysiek zauważył, że się do jego narzeczonej przystawia gospodarz, mistrz Janek albo Andrzej, ale Rysiek pomyślał, że to zwykła zażyłość, więc nasamprzód nie reagował, jednak po kolejnych dwóch kwadransach, drogi kolego, Rysiek nie podzierżył i zaczął się odlewać na jedno z tych jego płócien, a kilka minut później pokazowo zaczął lać na drugie, aż wreszcie mistrz gospodarz zauważył całą profanację i doskoczył do Ryśka, tyle że Rysiek już był rozsierdzony i od razu zafasował go w gębę, a potem dorwał to płótno i dawaj z nim do ogniska, cóż kolego, musiałem odejść od miłej studentki ASP, bo do Ryśka podskoczyło trzech artystów malarzy, albo rzeźbiarzy, więc jak to, kumpla leją? i dalej, zaczęliśmy tych pacykarzy wrzucać do Odry, a płótna do ogniska, słowem, u plastyków są często takie jaja, bo chłopcy są nieopanowani, ale tymczasem poeta Sas umówił się z nami w restauracji „Staromiejskiej” na tatara i wódkę. Więc poszliśmy do restauracji „Staromiejska”, a nazajutrz, w drodze do pracy zadałem koledze Rudemu pytanie, że czy nie wydaje się koledze, że za dużo pijemy?

*
Kolego, powiedziałem do Rudego, ja chętnie urządziłbym jakąś postmodernistyczno – nihilistyczną imprezę w ramach mojego pożegnania z renowacją meblarskich gratów w firmie „Renowacja Antyków – PHU January Nowicki”, ale nie mam funduszy, więc sobie pomyślałem, drogi kolego, że jak tylko ochłonę z wrażeń przeprowadzki do domu, to zaraz do kolegi odezwę się i zmuszę do przyjazdu na moją Ziemię Kłodzką, ależ ja doskonale znam Ziemię Kłodzką, szanowny kolego, odpowiedział, chodziło się przecież w góry. Tak, tak, ja wiem, kolega zna wszystko, każdy jeden scenariusz kolega zna, bo czy ja mówię, że kolega nie zna? ale nie tak dobrze jak ja, słowem, pokażę koledze kilka miejsc zupełnie wyjątkowych.
Siedzieliśmy w kuchni mieszkanka przy ulicy Orzeszkowej, paliliśmy papierosy w kuchni, żeby nie smrodzić Karinie w pokoju, był zimowy wieczór, zbliżała się północ.

*
Drogi przyjacielu, tutaj jest twoje szesnaście złotych, które pożyczyłem na papieroski i kilka piwek, słowem, po ludwiczku zostało mi w sam raz na kilka bochenków chleba i podróż do domu, ale, bądź co bądź, zainwestowałem tutaj bardzo dobrze, więc lada dzień spodziewaj się prasowych wieści o narodzinach kolejnego milionera w tym kraju, gdyby się nie pojawiły, to sam zadzwonię, bez interwencji osób trzecich, a biorąc pod uwagę, że niezależnie od moich finansowych sukcesów będziemy razem na scenie Improwizacji, to się z pewnością spotkamy i powiedz Karinii, że bardzo jej dziękuję za gościnę i wytrzymałość wobec mojej osoby. Idę.

*
I poszedłem z moim ciężkawym Corazonem na plecach wprost na ulicę Rychtalską, bo miałem jeszcze naprawdę ostatnie zadanie do wykonania, miałem dzieło do spełnienia, bo wiedziałem, że inaczej nie wyzwolę się z tej całej historii, z tego miejsca i z tego czasu, bo wiedziałem już, co zrobić, więc z rosnącym we mnie pięknem, z rosnącą radością wkroczyłem po cichu do hali pracowni renowacji starych gratów i odłożyłem plecak, ukryłem go przy metalowej bramie, a sam zbliżyłem się do drzwi, za którymi siedział renowator Nowicki, zbliżyłem się bezszelestnie, żeby nie drażnić tego nieszczęsnego, tego nieszczęśliwego osobnika, którego ja sam chciałem przecież uszczęśliwić, chciałem mu pomóc, skrócić jego wielkie cierpienia.
Przy stercie z pociętymi deskami przeznaczonymi na opał, jak zwykle, leżała spora siekiera, wspaniałe narzędzie, którym dawno temu lubił operować każdy prawdziwy mężczyzna od drwala począwszy, a skończywszy na kacie, którym teraz miałem zostać i ja, bo ja bardzo chciałem się cofnąć do tych prostych zasad, jakimi rządził się tamten świat, musiałem na powrót stać się prawdziwym mężczyzną, którego poczucie sprawiedliwości równoważy z poczuciem okrucieństwa, który nosi w sobie piętno odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za społeczeństwo, a to społeczeństwo było już w fazie rozkładu, błagało o ten ostatni akt, to społeczeństwo, ten Nowicki, więc natarłem na niego z furią od samych drzwi, gdy on siedział i dłonią chromego ramienia zamieniał kliknięcia kalkulatorka w światełka cyferek, przeliczał te swoje wirtualne srebrniki, a gdy podniósł na mnie wzrok, to w jego zalęknionych ślepiach widziałem tylko odbicie kolejnych sum, zysków, strat, bilansów, rachunków.
I tak pozostał z tymi szkiełkami oczu, z tymi wyświetlaczami, malutkimi ekranikami, które niczym ledy nowojorskiej giełdy emitowały kolejne kursy cen ropy naftowej i bawełny, z tymi gałami, które na amen rozdzieliłem zimnym metalem ostrza siekiery marki Husqvarna, pozostał siedząc na obrotowym krześle ze swoim ukochanym narzędziem pracy, z kalkulatorkiem, który stanowić będzie symboliczny element jego epitafium, portret jego samego, którym przyozdobi ktoś jego płytę nagrobną. Idę, powiedziałem i uśmiechnąłem się czując przepełniającą mnie radość, i pstryknąłem do swej pamięci ostatnie, pożegnalne zdjęcie, tak pięknie wyglądał, naprawdę, wyglądał na szczęśliwego, wyglądał na istotę uwolnioną od cierpienia, bo zamarłą w bezruchu, wolną od czegokolwiek na tym świecie. Idę.

*
I poszedłem sobie z moim Corazonem na plecach do przystanku przy ulicy Jedności Narodowej, a niebo było przygniecione ołowiem, którego jednak nie czułem, które nie przeszkadzało mi swym światłem w oglądaniu kamienic mijających mnie podczas podróży tramwajem do Dworca Głównego, bo wiedziałem, że to nie jest pożegnanie, że pogoda się zmienia, że jeszcze tutaj wrócę i pokażę.
Na dworcu firmy Pięknie Kurwa Pięknie poczułem się jak całe miasto Guernica, które zostało zachowane na płótnie boskiego Pabla, tak mnie oblegli penerzy żule narciarze wszelkiego autoramentu, że nie uszedłem bez uszczerbku ani na forsie, ani na papierosach, a z drugiej strony byłem podniesiony na duchu wstępując po stopniach dworca na jego czwarty peron, pokrzepiony byłem spokojną pewnością własnej decyzji. Pociąg jednak nie pachniał tak uroczyście jak moje uczucia, na szczęście była zima i większość zapachów i lepka miękkość dermy siedzisk w przedziale piętrusa nie była nieznośna jak zawsze, więc usiadłem i wyjąłem sobie „Z zamku do zamku”, aż pociąg ruszył i usłyszałem sześćdziesiąt dziewięć stuknięć, sześćdziesiąt dziewięć dźwięków łoskotu kół walących o szyny i usłyszałem głos zapytania czy wolne jest to miejsce? Jej głos zabrzmiał czysto i naturalnie. Nie przejmuj się, że masz tak niski głos, według jej opowieści powiedziała jej nauczycielka miesiąc wcześniej, tak, to miejsce jest wolne, proszę, wskazałem skinieniem głowy. Wreszcie usiadła, wyciągnęła swoją dłoń, na imię mi Sylwia, powiedziała, a ja nie czułem się, w ogóle nie poczułem się rozdygotany.

KONIEC

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here