A wiosną w Holandii

0
30

W Eindhoven wylądowałem w wielkanocną niedzielę koło 13.30, po krótkim locie z Wro. Było pięknie.

W Eindhoven wylądowałem w wielkanocną niedzielę koło 13.30, po krótkim locie z Wro. Było pięknie. Bardzo heroicznego trudu się podjąłem, by po dwóch dniach klasycznych pożegnań z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi, jednak lecieć do kraju tulipanów. Delikatnie mówiąc, byłem nieco nerwowy. Cóż, powiada się, że kiedy po tęgiej libacji jego żołnierzy, Napoleon próbował rankiem przywołać ich do porządku, ze swych pijackich gawr wydostali się tylko Polacy, gęby mieli wprawdzie jak z zapleśniałego papieru mache, ale byli w pełnym rynsztunku.
Jestem Polakiem. Rotterdam wezwał.

Lot był spokojny, ale przy lądowaniu zrozumiałem na jaką cholerę muszę mieć zapięty pas. Owszem, dla bezpieczeństwa, żebyśmy sobie łbów nie porozbijali od sufity, ściany i inne elementy wyposażenia powietrznego statku podczas turbulencyjnych skoków. Było pięknie. Po zejściu na pas bez utraty skrzydeł, podwozia i życia pasażerów, pojawiły się radosne brawa – ponoć tylko Polacy klaszczą, kiedy uda się im przeżyć lot.

Bojimans van Beuningen.

W lany poniedziałek wsiedliśmy z Becikiem na rowery (ma oldskulową Gazelle, ja na Batavusie jak katarynka) i wyruszyliśmy do Bojimansa. Walor mojej rezydencji: Beti mieszka dziesięć minut (w tym ze światłami na krzyżówkach) pedałowania holendrem od ścisłego centrum Rotterdamu.
Wjazd jedenaście i pół eurasa za głowę, plus piątak, jeśli pragniemy zobaczyć arcydzieła Brancusiego, Rosso i Man Raya do kupy. Nie chcemy. Już ja wiem, co się będzie działo i bez nich.

Na odlew dostaję po oczach Dalim. Kabotyn, bufon, megaloman i grafoman, Orwell oskarżał go o nekrofilię i inne „przywileje kleru”. Pierwsze dwa płótna bardzo mnie rozczarowały. Następne były coraz piękniejsze, coraz bardziej ażurowe, treściwe.

Słowem, zaczęło się prawie fantastycznie, ale natychmiast pomyliśmy kierunek i już tak jak ta stara strzelba Stachury, cofając się w epokach i czasami komentując, strzelaliśmy oczami fotki do pamięci:  Monet, Manet, Gauguin, Pissarro, Rodin, żadnego Polaka, Rubens, Rembrandt, Tycjan, Tintoretto, da Vinci, Bruegel, ulala! Bosch, matko moja! van Gogh, Degas, van Dyck, Tycjan, Picasso – błe, Picabia i już prawie Bacardi i Campari… bo w głowie mi się zakręciło, właśnie jak od dobrej wódki, zupełnie jakbym jeszcze od tamtych polskich pożegnań nie wytrzeźwiał!

Grzech pazerności! Z chytrości tak nażreć się chciałem tymi obrazkami i rzeźbami, których nigdy nie kosztowałem! Napaść się chciałem, żeby mi tam każdy na tym zadupiu moim zazdrościł tej uczty, a w szczególności kolega Krajewski, lecz za dużo było tych dań głównych, przystawek, deserów, kompotów, ptifur i fistaszków. Dopadłem się do tego stołu, jakbym jeszcze przed chwilą za głodomora robił w jakiejś klatce pośrodku pasażu w Buenos Aires, co najmniej za hinduskiego ascetę, który właśnie umartwienie porzucił. Sala za salą, płótno za płótnem… i tak szedłem żrąc sztukę, aż dotarliśmy do salek z malarstwem średniowiecznym i to był ten miętowy listek, absolutnie cudowny i zupełnie zabójczy. Miałem dość. Wzdęty jakbym gałę do nogi połknął wylazłem na ostatnich nogach do głównego holu, ale tam jeszcze Becik mnie spostponowała, że nie możemy sobie odpuścić, że musimy spróbować przedrzeć się przed szykana muzealnych strażników i tych tam, tego Man Raya, Rosso i Brancusiego posmakować. A mnie w żołądku już mgliło, jakbym po całym torcie był urodzinowym i sześciu tłuściutkich kotletach mielonych do kupy, i już zacząłem marzyć o tym, że takie muzea powinny być jak szpitale, gdzie wszyscy przesyceni, przeżarci, napęczniali, wzdęci, jak te zeppeliny, mogliby być wożeni przez tych mniej podatnych na sztukę, albo sportowców; kto wie, mogłyby nawet powstać specjalne zajęcia dla uczniów szkół sportowych, którzy w ramach zajęć z przedmiotu anielska cierpliwość (element fakultetu taktyka), woziliby tymi wózkami nieszczęsnych wielbicieli malarstwa i rzeźby.

Najdłużej stałem pod Małą Wieżą Babel Bruegla. Dobry kwadrans nie mogłem się nią nacieszyć; i stałbym dłużej, ale mnie stale jakieś kreatury tyrkały, żebym się przesunął, bo też chcą popatrzeć. A gdybym nie czuł się jak mustang po westernie, jeszcze dłużej postałbym przed Wędrowcem Hirka Boscha, o którym rzec genialny, to nic nie rzec. Nie przeczę, że Dali, mimo pierwszych narzekań, też mnie nie zawiódł… Ale co ja? O czym ja? Ta olbrzymia ilość płócien zrobiła na mnie przyzwoite wrażenie. Nie rozczarowałem się żadnym z tych wielkich nazwisk, może poza Picassem, ale i te kilka jego prac bez wątpienia było głównie efektem jakichś problemów gastrycznych, choć niewykluczone, że to któreś z jego dzieci machało sobie za oseska pędzlem, a ten zrobił nabierkę, machnął tylko podpis i marszandowi do opchnięcia oddał.

Cztery godziny dreptania po Bojimansie. Jeden z moich ważniejszych spacerów w ostatnich latach. Nie żałujcie tego jedenastaka, bo warto, ale zabierzcie śniadanie jakieś, by przerwę od czasu do czasu zrobić. I jakiś żel na obrzmiałe łydki to też dobry pomysł.

Potem była kawa w barze muzealnym i już mieliśmy wskakiwać na te nasze kozy, lecz Becik mówi, że daj spokój, chodźmy jeszcze na spacer do Parku Muzealnego. Cóż, spacer po parku, to nie to samo, co chodzenie po świątyni sztuki. Ale ledwo za węgieł gmachu wychynęliśmy, gdy się okazało, że na pobliskim placu targowisko jest, słowem, kolejna tego dnia atrakcja i dla zrównoważenia kalibru ostatniej, radośnie przaśna.

Holenderskie kobiety.

Wiele się mówi w Polsce różnych rzeczy o holenderskich kobietach. A że feministki skończone, że generalnie urody wrocławskich tramwajów z lat pięćdziesiątych i też podobnych gabarytów. Skądinąd słyszałem to także od kilku Holendrów.

Oto byłem i widziałem te Holenderki. I oto w gębę mogę napluć każdemu (z pominięciem kobiet, bo te potrafią odpluć), kto mówi, że paszczury są i maszkarony, bo to tak, jakby kto do Pikutkowic, czy innych Sralinek pojechał i po to tamtejszych niewiastach o urodzie wszystkich Polek wnosił. Bo targ był całkiem ciekawy, mnóstwo rękodzieła, wypieków, dupereli wszelakich, ale te Holenderki, panie, to były takie, że myślałem, że sobie łeb ukręcę od wywijania nim na lewo i prawo. Co stragan, to piękniejsza dziewczyna, same blondynki, ale nie te słomiane, żółtawe jakieś, tylko bliżej stali, bliżej matowej bieli. Cudowne stworzenia o buziach skandynawskich gwiazd filmowych. I Bojimans Bojimansem, ale tutaj właśnie była niepomiernie wspanialsza galeria: wielka wystawa ludzkiego piękna. I nawet Becik była zaskoczona, ale zaraz skwitowała, że to Rotterdam właśnie, bo jeślibym po Schiedam się pokręcił, to za cholerę jednej takiej dziewczyny bym nie ujrzał. Pokiwałem głową, ale przecież nie mogłem uwierzyć. I tego się trzymam: można tutaj, w Holandii, spotkać olśniewająco piękne kobiety i nie są to żadne napływowe elementy, lecz Holenderki z krwi i kości. I Becikowi nie wierzę, bo wcale nie jest ich mało. Na pewno jest zazdrosna, słowianka.

A wiosną w Holandii
W Eindhoven wylądowałem w wielkanocną niedzielę koło 13.30, po krótkim locie z Wro. Było pięknie. Bardzo heroicznego trudu się podjąłem, by po dwóch dniach klasycznych pożegnań z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi, jednak lecieć do kraju tulipanów. Delikatnie mówiąc, byłem nieco nerwowy. Cóż, powiada się, że kiedy po tęgiej libacji jego żołnierzy, Napoleon próbował rankiem przywołać ich do porządku, ze swych pijackich gawr wydostali się tylko Polacy, gęby mieli wprawdzie jak z zapleśniałego papieru mache, ale byli w pełnym rynsztunku.
Jestem Polakiem. Rotterdam wezwał.

Lot był spokojny, ale przy lądowaniu zrozumiałem na jaką cholerę muszę mieć zapięty pas. Owszem, dla bezpieczeństwa, żebyśmy sobie łbów nie porozbijali od sufity, ściany i inne elementy wyposażenia powietrznego statku podczas turbulencyjnych skoków. Było pięknie. Po zejściu na pas bez utraty skrzydeł, podwozia i życia pasażerów, pojawiły się radosne brawa – ponoć tylko Polacy klaszczą, kiedy uda się im przeżyć lot.

Bojimans van Beuningen.

W lany poniedziałek wsiedliśmy z Becikiem na rowery (ma oldskulową Gazelle, ja na Batavusie jak katarynka) i wyruszyliśmy do Bojimansa. Walor mojej rezydencji: Beti mieszka dziesięć minut (w tym ze światłami na krzyżówkach) pedałowania holendrem od ścisłego centrum Rotterdamu.
Wjazd jedenaście i pół eurasa za głowę, plus piątak, jeśli pragniemy zobaczyć arcydzieła Brancusiego, Rosso i Man Raya do kupy. Nie chcemy. Już ja wiem, co się będzie działo i bez nich.

Na odlew dostaję po oczach Dalim. Kabotyn, bufon, megaloman i grafoman, Orwell oskarżał go o nekrofilię i inne „przywileje kleru”. Pierwsze dwa płótna bardzo mnie rozczarowały. Następne były coraz piękniejsze, coraz bardziej ażurowe, treściwe.

Słowem, zaczęło się prawie fantastycznie, ale natychmiast pomyliśmy kierunek i już tak jak ta stara strzelba Stachury, cofając się w epokach i czasami komentując, strzelaliśmy oczami fotki do pamięci:  Monet, Manet, Gauguin, Pissarro, Rodin, żadnego Polaka, Rubens, Rembrandt, Tycjan, Tintoretto, da Vinci, Bruegel, ulala! Bosch, matko moja! van Gogh, Degas, van Dyck, Tycjan, Picasso – błe, Picabia i już prawie Bacardi i Campari… bo w głowie mi się zakręciło, właśnie jak od dobrej wódki, zupełnie jakbym jeszcze od tamtych polskich pożegnań nie wytrzeźwiał!

Grzech pazerności! Z chytrości tak nażreć się chciałem tymi obrazkami i rzeźbami, których nigdy nie kosztowałem! Napaść się chciałem, żeby mi tam każdy na tym zadupiu moim zazdrościł tej uczty, a w szczególności kolega Krajewski, lecz za dużo było tych dań głównych, przystawek, deserów, kompotów, ptifur i fistaszków. Dopadłem się do tego stołu, jakbym jeszcze przed chwilą za głodomora robił w jakiejś klatce pośrodku pasażu w Buenos Aires, co najmniej za hinduskiego ascetę, który właśnie umartwienie porzucił. Sala za salą, płótno za płótnem… i tak szedłem żrąc sztukę, aż dotarliśmy do salek z malarstwem średniowiecznym i to był ten miętowy listek, absolutnie cudowny i zupełnie zabójczy. Miałem dość. Wzdęty jakbym gałę do nogi połknął wylazłem na ostatnich nogach do głównego holu, ale tam jeszcze Becik mnie spostponowała, że nie możemy sobie odpuścić, że musimy spróbować przedrzeć się przed szykana muzealnych strażników i tych tam, tego Man Raya, Rosso i Brancusiego posmakować. A mnie w żołądku już mgliło, jakbym po całym torcie był urodzinowym i sześciu tłuściutkich kotletach mielonych do kupy, i już zacząłem marzyć o tym, że takie muzea powinny być jak szpitale, gdzie wszyscy przesyceni, przeżarci, napęczniali, wzdęci, jak te zeppeliny, mogliby być wożeni przez tych mniej podatnych na sztukę, albo sportowców; kto wie, mogłyby nawet powstać specjalne zajęcia dla uczniów szkół sportowych, którzy w ramach zajęć z przedmiotu anielska cierpliwość (element fakultetu taktyka), woziliby tymi wózkami nieszczęsnych wielbicieli malarstwa i rzeźby.

Najdłużej stałem pod Małą Wieżą Babel Bruegla. Dobry kwadrans nie mogłem się nią nacieszyć; i stałbym dłużej, ale mnie stale jakieś kreatury tyrkały, żebym się przesunął, bo też chcą popatrzeć. A gdybym nie czuł się jak mustang po westernie, jeszcze dłużej postałbym przed Wędrowcem Hirka Boscha, o którym rzec genialny, to nic nie rzec. Nie przeczę, że Dali, mimo pierwszych narzekań, też mnie nie zawiódł… Ale co ja? O czym ja? Ta olbrzymia ilość płócien zrobiła na mnie przyzwoite wrażenie. Nie rozczarowałem się żadnym z tych wielkich nazwisk, może poza Picassem, ale i te kilka jego prac bez wątpienia było głównie efektem jakichś problemów gastrycznych, choć niewykluczone, że to któreś z jego dzieci machało sobie za oseska pędzlem, a ten zrobił nabierkę, machnął tylko podpis i marszandowi do opchnięcia oddał.

Cztery godziny dreptania po Bojimansie. Jeden z moich ważniejszych spacerów w ostatnich latach. Nie żałujcie tego jedenastaka, bo warto, ale zabierzcie śniadanie jakieś, by przerwę od czasu do czasu zrobić. I jakiś żel na obrzmiałe łydki to też dobry pomysł.

Potem była kawa w barze muzealnym i już mieliśmy wskakiwać na te nasze kozy, lecz Becik mówi, że daj spokój, chodźmy jeszcze na spacer do Parku Muzealnego. Cóż, spacer po parku, to nie to samo, co chodzenie po świątyni sztuki. Ale ledwo za węgieł gmachu wychynęliśmy, gdy się okazało, że na pobliskim placu targowisko jest, słowem, kolejna tego dnia atrakcja i dla zrównoważenia kalibru ostatniej, radośnie przaśna.

Holenderskie kobiety.

Wiele się mówi w Polsce różnych rzeczy o holenderskich kobietach. A że feministki skończone, że generalnie urody wrocławskich tramwajów z lat pięćdziesiątych i też podobnych gabarytów. Skądinąd słyszałem to także od kilku Holendrów.

Oto byłem i widziałem te Holenderki. I oto w gębę mogę napluć każdemu (z pominięciem kobiet, bo te potrafią odpluć), kto mówi, że paszczury są i maszkarony, bo to tak, jakby kto do Pikutkowic, czy innych Sralinek pojechał i po to tamtejszych niewiastach o urodzie wszystkich Polek wnosił. Bo targ był całkiem ciekawy, mnóstwo rękodzieła, wypieków, dupereli wszelakich, ale te Holenderki, panie, to były takie, że myślałem, że sobie łeb ukręcę od wywijania nim na lewo i prawo. Co stragan, to piękniejsza dziewczyna, same blondynki, ale nie te słomiane, żółtawe jakieś, tylko bliżej stali, bliżej matowej bieli. Cudowne stworzenia o buziach skandynawskich gwiazd filmowych. I Bojimans Bojimansem, ale tutaj właśnie była niepomiernie wspanialsza galeria: wielka wystawa ludzkiego piękna. I nawet Becik była zaskoczona, ale zaraz skwitowała, że to Rotterdam właśnie, bo jeślibym po Schiedam się pokręcił, to za cholerę jednej takiej dziewczyny bym nie ujrzał. Pokiwałem głową, ale przecież nie mogłem uwierzyć. I tego się trzymam: można tutaj, w Holandii, spotkać olśniewająco piękne kobiety i nie są to żadne napływowe elementy, lecz Holenderki z krwi i kości. I Becikowi nie wierzę, bo wcale nie jest ich mało. Na pewno jest zazdrosna, słowianka.A wiosną w Holandii
W Eindhoven wylądowałem w wielkanocną niedzielę koło 13.30, po krótkim locie z Wro. Było pięknie. Bardzo heroicznego trudu się podjąłem, by po dwóch dniach klasycznych pożegnań z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi, jednak lecieć do kraju tulipanów. Delikatnie mówiąc, byłem nieco nerwowy. Cóż, powiada się, że kiedy po tęgiej libacji jego żołnierzy, Napoleon próbował rankiem przywołać ich do porządku, ze swych pijackich gawr wydostali się tylko Polacy, gęby mieli wprawdzie jak z zapleśniałego papieru mache, ale byli w pełnym rynsztunku.
Jestem Polakiem. Rotterdam wezwał.

Lot był spokojny, ale przy lądowaniu zrozumiałem na jaką cholerę muszę mieć zapięty pas. Owszem, dla bezpieczeństwa, żebyśmy sobie łbów nie porozbijali od sufity, ściany i inne elementy wyposażenia powietrznego statku podczas turbulencyjnych skoków. Było pięknie. Po zejściu na pas bez utraty skrzydeł, podwozia i życia pasażerów, pojawiły się radosne brawa – ponoć tylko Polacy klaszczą, kiedy uda się im przeżyć lot.

Bojimans van Beuningen.

W lany poniedziałek wsiedliśmy z Becikiem na rowery (ma oldskulową Gazelle, ja na Batavusie jak katarynka) i wyruszyliśmy do Bojimansa. Walor mojej rezydencji: Beti mieszka dziesięć minut (w tym ze światłami na krzyżówkach) pedałowania holendrem od ścisłego centrum Rotterdamu.
Wjazd jedenaście i pół eurasa za głowę, plus piątak, jeśli pragniemy zobaczyć arcydzieła Brancusiego, Rosso i Man Raya do kupy. Nie chcemy. Już ja wiem, co się będzie działo i bez nich.

Na odlew dostaję po oczach Dalim. Kabotyn, bufon, megaloman i grafoman, Orwell oskarżał go o nekrofilię i inne „przywileje kleru”. Pierwsze dwa płótna bardzo mnie rozczarowały. Następne były coraz piękniejsze, coraz bardziej ażurowe, treściwe.

Słowem, zaczęło się prawie fantastycznie, ale natychmiast pomyliśmy kierunek i już tak jak ta stara strzelba Stachury, cofając się w epokach i czasami komentując, strzelaliśmy oczami fotki do pamięci:  Monet, Manet, Gauguin, Pissarro, Rodin, żadnego Polaka, Rubens, Rembrandt, Tycjan, Tintoretto, da Vinci, Bruegel, ulala! Bosch, matko moja! van Gogh, Degas, van Dyck, Tycjan, Picasso – błe, Picabia i już prawie Bacardi i Campari… bo w głowie mi się zakręciło, właśnie jak od dobrej wódki, zupełnie jakbym jeszcze od tamtych polskich pożegnań nie wytrzeźwiał!

Grzech pazerności! Z chytrości tak nażreć się chciałem tymi obrazkami i rzeźbami, których nigdy nie kosztowałem! Napaść się chciałem, żeby mi tam każdy na tym zadupiu moim zazdrościł tej uczty, a w szczególności kolega Krajewski, lecz za dużo było tych dań głównych, przystawek, deserów, kompotów, ptifur i fistaszków. Dopadłem się do tego stołu, jakbym jeszcze przed chwilą za głodomora robił w jakiejś klatce pośrodku pasażu w Buenos Aires, co najmniej za hinduskiego ascetę, który właśnie umartwienie porzucił. Sala za salą, płótno za płótnem… i tak szedłem żrąc sztukę, aż dotarliśmy do salek z malarstwem średniowiecznym i to był ten miętowy listek, absolutnie cudowny i zupełnie zabójczy. Miałem dość. Wzdęty jakbym gałę do nogi połknął wylazłem na ostatnich nogach do głównego holu, ale tam jeszcze Becik mnie spostponowała, że nie możemy sobie odpuścić, że musimy spróbować przedrzeć się przed szykana muzealnych strażników i tych tam, tego Man Raya, Rosso i Brancusiego posmakować. A mnie w żołądku już mgliło, jakbym po całym torcie był urodzinowym i sześciu tłuściutkich kotletach mielonych do kupy, i już zacząłem marzyć o tym, że takie muzea powinny być jak szpitale, gdzie wszyscy przesyceni, przeżarci, napęczniali, wzdęci, jak te zeppeliny, mogliby być wożeni przez tych mniej podatnych na sztukę, albo sportowców; kto wie, mogłyby nawet powstać specjalne zajęcia dla uczniów szkół sportowych, którzy w ramach zajęć z przedmiotu anielska cierpliwość (element fakultetu taktyka), woziliby tymi wózkami nieszczęsnych wielbicieli malarstwa i rzeźby.

Najdłużej stałem pod Małą Wieżą Babel Bruegla. Dobry kwadrans nie mogłem się nią nacieszyć; i stałbym dłużej, ale mnie stale jakieś kreatury tyrkały, żebym się przesunął, bo też chcą popatrzeć. A gdybym nie czuł się jak mustang po westernie, jeszcze dłużej postałbym przed Wędrowcem Hirka Boscha, o którym rzec genialny, to nic nie rzec. Nie przeczę, że Dali, mimo pierwszych narzekań, też mnie nie zawiódł… Ale co ja? O czym ja? Ta olbrzymia ilość płócien zrobiła na mnie przyzwoite wrażenie. Nie rozczarowałem się żadnym z tych wielkich nazwisk, może poza Picassem, ale i te kilka jego prac bez wątpienia było głównie efektem jakichś problemów gastrycznych, choć niewykluczone, że to któreś z jego dzieci machało sobie za oseska pędzlem, a ten zrobił nabierkę, machnął tylko podpis i marszandowi do opchnięcia oddał.

Cztery godziny dreptania po Bojimansie. Jeden z moich ważniejszych spacerów w ostatnich latach. Nie żałujcie tego jedenastaka, bo warto, ale zabierzcie śniadanie jakieś, by przerwę od czasu do czasu zrobić. I jakiś żel na obrzmiałe łydki to też dobry pomysł.

Potem była kawa w barze muzealnym i już mieliśmy wskakiwać na te nasze kozy, lecz Becik mówi, że daj spokój, chodźmy jeszcze na spacer do Parku Muzealnego. Cóż, spacer po parku, to nie to samo, co chodzenie po świątyni sztuki. Ale ledwo za węgieł gmachu wychynęliśmy, gdy się okazało, że na pobliskim placu targowisko jest, słowem, kolejna tego dnia atrakcja i dla zrównoważenia kalibru ostatniej, radośnie przaśna.

Holenderskie kobiety.

Wiele się mówi w Polsce różnych rzeczy o holenderskich kobietach. A że feministki skończone, że generalnie urody wrocławskich tramwajów z lat pięćdziesiątych i też podobnych gabarytów. Skądinąd słyszałem to także od kilku Holendrów.

Oto byłem i widziałem te Holenderki. I oto w gębę mogę napluć każdemu (z pominięciem kobiet, bo te potrafią odpluć), kto mówi, że paszczury są i maszkarony, bo to tak, jakby kto do Pikutkowic, czy innych Sralinek pojechał i po to tamtejszych niewiastach o urodzie wszystkich Polek wnosił. Bo targ był całkiem ciekawy, mnóstwo rękodzieła, wypieków, dupereli wszelakich, ale te Holenderki, panie, to były takie, że myślałem, że sobie łeb ukręcę od wywijania nim na lewo i prawo. Co stragan, to piękniejsza dziewczyna, same blondynki, ale nie te słomiane, żółtawe jakieś, tylko bliżej stali, bliżej matowej bieli. Cudowne stworzenia o buziach skandynawskich gwiazd filmowych. I Bojimans Bojimansem, ale tutaj właśnie była niepomiernie wspanialsza galeria: wielka wystawa ludzkiego piękna. I nawet Becik była zaskoczona, ale zaraz skwitowała, że to Rotterdam właśnie, bo jeślibym po Schiedam się pokręcił, to za cholerę jednej takiej dziewczyny bym nie ujrzał. Pokiwałem głową, ale przecież nie mogłem uwierzyć. I tego się trzymam: można tutaj, w Holandii, spotkać olśniewająco piękne kobiety i nie są to żadne napływowe elementy, lecz Holenderki z krwi i kości. I Becikowi nie wierzę, bo wcale nie jest ich mało. Na pewno jest zazdrosna, słowianka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here