Rodzina międzygatunkowa

0
73

Sunia zwana Wandą

Moja mieszkająca od lat w Italii córeczka Miriam (lat 26), nabyła sobie ostatnio drogą zakupu szkaradziejstwo rasy gryfonik belgijski (!), któremu dała imię Wanda. Dumna jest z tego pieska – wielkości świnki morskiej na długich łapkach (zwanej w fachowych środowiskach kawią) – aż miło. Długo marzyła o podobnym stworzeniu z dwóch najmniej powodów.

  1. Misia od kilku lat pracuje i mieszka w okresie letnim w górskim schronisku we włoskich Dolomitach (lokowanie produktu: http://rifugiocarducci.eu/index.php?id=tariffe), gdzie w jej sypialni plagą są przychodzące do schroniska na wyżerkę myszy polne; ponoć pewnej nocy nakryła jedną, która zdjęła z opakowania zatyczkę i wyżerała jej pomadkę do ust. Bestie są już tak szczwane, że kiwanie mysich pułapek to dla nich betka, zwykła bułka z masłem. Kota wziąć tam nie można, bo wokół „Carducciego” (nazwa schroniska) żyją wesołe ptaszki, które koteczek z przyjemnością dekapitowałby jednego po drugim. Pozostaje tylko pies myszołap (gryfoniki brukselskie były onegdaj psami pracującymi, trudniły się tępieniem gryzoni [głównie mysz i szczurów w stajniach], cieciowaniem w sklepach, magazynach i warsztatach), lecz cóż z takim zrobić w zimie, gdy Miśka pracuje gdzie indziej albo włóczy się po świecie?
  2. Pies to wspaniałe zwierzę i (w odróżnieniu od autystycznego egoisty – kota, złotych rybek, które, niestety, nie zasypią twej pościeli sierścią, tchórzliwych kawii, bezmózgich chomiczków i durnowatych kanarków) najwierniejszy przyjaciel człowieka.

Tak czy inaczej, na początku kwietnia Wanda trafiła do torebki Misi.

Wanda w reformach. Fot: Miśka

Siedzimy wczoraj przy Dolnej w ogródku wujaszka Ninji, gdy zjawia się babcia Jasia (lat 80), czyli babcia Miśki, matka Cześki, była moja teściowa (a może ogólnie biorąc świekra, w odróżnieniu od byłej małżonki lub męża, nie bywa byłą, o ile z małżeństwa z jej córką lub synem przychodzą na świat dzieci? czy też jak w przypadku byłej małżonki lub męża, którzy pozostają jedynie matką lub ojcem wspólnych dzieci tracąc status małżonki lub męża, teściowa jest już tylko babcią tych dzieci? może ma sens to pojęcie w angielskim mother-in-law, gdy prawo przestaje działać, bo małżeństwo już nie istnieje, ale pozostają więzi krwi… no, one też ostatecznie mają prawne znaczenie – ile bym jednak nie kombinował, zawsze stanie: – Jak tam zdrówko, kochanej mamusi? [ta mamusia tutaj to z inspiracji lekturą Kawioru i popiołu Marci Shore, którą właśnie, obok książek Potockiego, Iredyńskiego oraz Frykmana i Löfgrena, czytam i w której tak w listach do swej matki pisze gwiazda polskiego proletariatu z lat 30. XX w. Wanda Wasilewska]), sąsiadka przy tym wujaszka Ninji i cała jest roześmiana. Po powitaniu powiada, że właśnie się setnie ubawiła podczas rozmowy z Cześką, która opowiadała jej, że Wanda to wspaniały, bystry gryfonik, ale ta Miśka!

Jak większość psiarzy Misia dużo mówi do swojej pociechy. Dotychczas były to klasycznie tyrli-pirli (mogę tylko przypuszczać, co sądzą o swych właścicielach słuchające tych bzdur psy), ale dzisiaj w obecności swej matki Cześki, mówiła do suczki tymi mniej więcej słowy: – Dobry piesek, dobra Wandzia, kochana Wandzia, a teraz spójrz na tę panią i zapamiętaj sobie, że twoja babcia Cześka i masz do niej mówić: babcia Czesia, zapamiętałaś? mądra sunia, mądra Wandzia.

Słysząc tę historię uśmiałem się jak do sera, i zaraz opowiedziałem ją Isce, która momentalnie rzuciła we mnie sakramenckim „dziadek Tomcio”… Wiecie co! Jakoś słuchając o Miśce i Wandzi nie pomyślałem o sobie… Niech to! Ale nie ma tego złego… Skoro o sobie nie pomyślałem, to może jednak nie jest ze mnie taki skończony egocentryk?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ