Zachciało mi się remontu – pierwsze dwa dni

2
29

A w zasadzie remont mojego mieszkania stał się swoistą koniecznością. Dość już miałem ostrzeżeń kierowanych bez końca do gości: tylko się nie przeraź, wiesz, to moje poddasze nie wygląda najlepiej. I taka jest prawda.

A w zasadzie remont mojego mieszkania stał się swoistą koniecznością. Dość już miałem ostrzeżeń kierowanych bez końca do gości: tylko się nie przeraź, wiesz, to moje poddasze nie wygląda najlepiej. I taka jest prawda. Ostatni remont, a w zasadzie lifting robiłem chyba w 2006 r., położyłem wówczas nierówno rotband, czy może goldband i pomalowałem go farbą w kolorze wybranym przez żyjącego jeszcze wówczas Staszka Pawlęgę, mojego czcigodnego ojca.

Od pewnego czasu bliżsi krewni, przyjaciele i znajomi królika, pytali dlaczego mieszkam w takim miejscu, dlaczego nic nie robię. Oczywiście nie przeszkadzało i nie przeszkadza im to miejsce w nachodzeniu mnie, bo jak twierdzą dobrze się w tej mansardzie czują. Cóż, miałem pewne – całkiem racjonalne – powody, by nie remontować, ale nie przyznałem się do nich nikomu. W końcu po latach postanowiłem jednak, jak przystało na prawdziwego faceta, olać sikiem prostym andegaweńskim moje wątpliwości i wziąć się do rzeczy. Tym bardziej, że mam poważny przestój w pracy zawodowej, a taki remont, czy raczej kolejny lifting nie jest drogi, gdy robi się go samemu.

Oczywiście na budowlance znam się jak na fizyce kwantowej – wiem o czym jest, ale poza tym dupa blada. Owszem, byłem w swej epickiej karierze zawodowej pomocnikiem hydraulika i kopałem też doły pod kanalizację burzową, ale raz, że było to dawno temu, dwa, że nie zamierzam zmieniać żadnej instalacji. Ale czułem, że dam radę!

I teraz ważna uwaga! Otóż nie stanęła przede mną wizja samotnej walki z materią mojej sadyby. Pomoc bowiem zaoferował mi mój nieceniony przyjaciel i znakomity masażysta, Ninja. Chętnie ową ofertę przyjąłem, pojawił się jednak problem w postaci charakteru tej pomocy, ponieważ Jacek Ninja jest praktycznie ociemniały, czyli niewidomy (choć to pewna różnica, bo niewidomy nie widzi od urodzenia, a ociemniały kiedyś widział, ale dzisiaj nic). Wprawdzie Ninjas słynie z tego, że potrafi u babci Jasi rąbać drewno w piwnicy, ale przecież nikt tego nie widział. Nawet on sam. Ostatecznie też nie było szansy, żeby mi drewno rąbał na poddaszu. Zastanawiałem się dłuższą chwilę czy nie może na tej mojej budowie robić za szołmena, bo co jak co, ale gadane ma lepszą od fryzjerek i jak one zna wszystkich na mieście. Proponowałem mu to szacowne zajęcie, ale – i słusznie – zbył mnie milczeniem. Umówiliśmy się wobec tego, że zdiagnozuję boleści tej mojej gawry i nazajutrz, lub dnia kolejnego zjawi się u mnie w roboczym stroju, gotowy do wykonywania najtrudniejszych prac budowlanych z pominięciem stawiania ścianek działowych i wymiany stolarki okiennej.
 
Plan był taki, żeby podrównać ten goldband, czy rotband, wymienić listwy przypodłogowe, wreszcie zobaczyć, co kryje się pod dwoma warstwami linoleum okrywającego podłogę. Plan był na lifting całego mieszkania, bo w końcu to tylko pokój, kuchnia, łazienka i mikrokorytarzyk, ale rzecz zacząć chciałem od pokoju. I zacząłem.

Dzień pierwszy
Po usunięciu zawad w rodzaju większości mebli, książek i obrazków ze ścian, jak prawdziwy fachowiec wziąłem się od razu do rozgrzebania wszystkiego. O! Nie było to bezmyślne, albowiem przyświecała mi dewiza, że jeśli znudzę się wyrównywaniem ścian, to będę mógł demontować listy, albo grzebać przy podłodze. A wierzcie mi, ja szybko nudzę się takimi robotami.

Dzień drugi
Wpadka. Przymierzam się do ścian. Zaczynam z grubsza równać rotbandowe zadziory twardą szpachelką, ale po dziesięciu minutach okazuje się, że nic z tego: szpachelka wdziera się pod zaprawę, która chętnie odpada sporymi płatami. Trzeba zdzierać cały pieprzony rotband, czy goldband! Dlaczego byłem takim durniem te osiem czy dziesięć lat temu?! Dlaczego nie zostawiłem tego remontu na głowie taty?! On umyłby tylko ściany i je pomalował!! No tak, ale miał siedem dych na karku…

Nie pozostaje nic innego, jak wstydliwy telefon do mojego brata, który ma przerwę w swych budowlanych delegacjach; jest znakomitym murarzem wyspecjalizowanym w budowie pieców szklarskich. Proszę go zatem, żeby nauczył mnie kłaść gładź. Zgadza się bez zająknięcia, morowy chłop! Ale za dwa dni, bo coś tam śmośtam. Nieważne, jest nadzieja, że nauczy mnie kładzenia gładzi.

Znudzony obieraniem ścian ze skóry goldbandu, lub rotbandu, zrywam w kącie dwie warstwy linoleum. Pod nią pojawia się płyta pilśniowa w postaci kwadratów 40x40cm. Każda płyta przybita jest co najmniej dziesięcioma papiakami, a pod nią kryją się… deski podłogowe! Hurra! Uwielbiam podłogę z desek.

Wpadka druga. Wnet okazuje się, że deski nie mają nawet piór, a rozstępy między nimi wynoszą średnio około centymetra. Co więcej pokryte są buraczkowym preparatem, który z pewnością nie jest farbą olejną. Budynek, w którym mieszkam został zbudowany przez Rosjan około 1950 roku. Wtedy też na pewno położono te deski i chwilę później pociągnięto woskiem, albo pastą do podłogi, które wdarły się głęboko w ich pory. Cholerni bolszewicy! Bladego pojęcia nie mam co z tym zrobić! Przecież nie stać mnie na nową podłogę, a paneli za żadne skarby kłaść w domu nie będę! Zresztą na nie pieniążka też nie mam.

Ostatecznie postanawiam, jak każdy prawdziwy facet, „wogle” się nie przejmować, bo na pewno dam radę. Dzień kończę położeniem się w kuchni na podłodze, na cienkim materacu z jakiego kompletu z wełny merynosów, czy innych bydlątek. Świętej pamięci tatulo dał się naciągnąć komiwojażerom na te produkty. Drogie to było, ale nie powiem, śpię jak zdrowe niemowlę.

2 KOMENTARZE

  1. Ja tam lubię Twoje mieszkanko takie jakie jest. I biesiady w części niedostępnej zwykłym śmiertelnikom też lubię. Nie zdrap tylko wszystkich wspomnień i zapachów przeszłości z tych ścian …

  2. Nie wiem kiedy ale na parapetówkę przyjadę z dziką rozkoszą – absolutnie ( jak mawia klasyk) nie o „gołym laczu” Tak więc orientuj sie kolego szanowny !!!!! 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here