Zachciało mi się remontu – kolejne dni

0
24

Po pierwszych dwóch dniach odkrywkowych robót archeologicznych…

Po pierwszych dwóch dniach odkrywkowych robót archeologicznych (bolszewicka pasta do podłogi pod warstwami linoleum i pilśni, jakieś trzy warstwy farby z ostatnią ciągniętą wałkiem w finezyjne wzorki winorośli zapewne przez starego Stelmacha z Polnej, kute, kwadratowe gwoździe, którymi przybite są listwy przypodłogowe, wreszcie pokłady moich wspomnień – w końcu mój synalek twierdzi, że jestem tak stary, iż pamiętam, jak Wezuwiusz pogrzebał Pompeje) kalendarz wyznaczył mi błogi odpoczynek w dzień pański – niedzielę.

Normalnie wziąłbym przykład z kolegi Rudego, który często w niedzielę zasuwa w swojej nierobni (czyli malutkiej pracowni renowatorskiej, z której próbuje się utrzymać; ponieważ jednak równie często miewa okresy pozbawione restauratorskich zleceń i wcale się tam nie pojawia, więc ze swoim synem owo zamurszałe atelier nazwali nierobnią), postanowiłem jednak powziąć inną taktykę. Raz, że jestem przekonany, iż kolega Rudy tyra w niedziele nie dlatego, że taki z niego znowu pracuś, ale dlatego, że nie bardzo wie, który jest dzień tygodnia. Dwa, że dla zdrowotności uznałem mierzyć zamiary na siły. Ot, od miesięcy nie pracowałem fizycznie, więc tak nagła ilość ruchów z użyciem siły mogłaby wywołać w moim ciele jakiś nieodwracalny wstrząs. Nie, nic z tego, pomyślałem, trzeba dać mięśniom odpocząć. I poszedłem na piwo do pobliskiego wyszynku „Balon i Syn” z dewizą prawdziwego Polaka w sercu: od jutra.

W poniedziałek miałem zacząć na dobre. Bądź co bądź posiadówki w zacnym towarzystwie przyjaciół i wódki czystej z sokiem grejpfrutowym do drugiej w nocy nigdy nikogo nie męczyły, więc i ja wstałem dość rześko. Tak koło dziesiątej. Po ablucjach i – wypitej siedząc wciąż w samych slipkach – drugiej kawie, podjąłem męską decyzję: czas wziąć się za robotę. Zarzuciłem na siebie zakurzone ciuchy robocze i przedarłem się przez folię malarską zawieszoną w drewnianej ościeżnicy między pokojem a kuchnią. Rozejrzałem się po skromnym lokalu i dotarła do mnie świadomość, że tą nędzną szpachelką, jaką posiadam pośród nielicznych narzędzi, będę skrobać te ściany do Bożego Narodzenia. A mamy marzec i bardziej na Wielkanoc chciałem… Nie było innego wyjścia, wróciłem do kuchni, przebrałem się w czyste odzienie i postanowiłem zjechać na welocypedzie do Zbyszka Ćwika, albo Ernesta Łapiaka. Po szpachelkę i może kilka innych praktycznych narzędzi.

Jakiś czas temu pojawiła się, szczególnie u facetów, moda na sporty ekstremalne. Narciarstwo pozaszlakowe, downhill, paralotniarstwo itp. Skąd taki flow? Mam wrażenie, że odpowiedź tkwi w tym, kto te sporty uprawia. Otóż z reguły są to całkiem znośnie sytuowani kolesie, których głównym zajęciem jest upierdliwa psychicznie robota w korporacji lub własnym small businessie. W ich potrzebie uprawiania ekstremalnych sportów jawi się coś atawistycznego, jakaś konieczność powrotu do samca, który walczy ze światem w sposób naturalny, bezpośredni, zwierzęcy, poza rejestrami układów społecznych i sankcji zawodowych. Ja tymczasem swoje atawistyczne, samcze korzenie odkrywam, kiedy wchodzę do Ćwika, Łapiaka, albo Duninowskiego. Kiedy widzę te wszystkie piękne narzędzia, urządzenia i przybory, ciąłbym, przykręcał i odkręcał, kosił, piłował, rąbał i napierdalał młotem te gwoździe jak zwierzę! Bez dwóch zdań, zawsze wychodzę z ich sklepów zupełnie oszołomiony urodą wszystkich narzędzi – od kołka rozporowego poczynając, a kończąc na kwasie solnym – i moimi możliwościami, gdyby znalazły się w moich rękach. Czuję się jak po udziale w Mistrzostwach Polski w DH! Naprawdę często brakuje mi tchu po wizycie w tych sklepach i magazynach… Ale ja nie o tym, bo tylko szpachelkę miałem kupić i kupiłem, a oprócz niej rękawice robocze, mały łom i obcęgi do rwania tych bolszewickich papiaków.

W poniedziałek miałem zacząć na dobre i zacząłem. Po powrocie do domu, przebrałem się i wstąpiłem w Tartar mojego pokoiku. Kolejne cztery, może pięć godzin skrobałem strupy goldbandu z delikatnej, piaskowo-cementowej skóry ścian. Od czasu do czasu dobierałem się do górnictwa podłogowego, niezbyt nachalnych odkrywek złóż buraczkowych desek. W przerwach ćmiłem papieroski i pisałem do Anki M. Franczukowskiej na czacie FB. Szybko doszedłem do wniosku, że gdyby nie jej elektroniczne gołębie, czułbym się osamotniony w swej wierze w sukces remontu, jak Jonasz w brzuchu wieloryba w wierze w… swoja wiarę. Było nie było, znakomity był to erzac pomocy pracowitych dłoni, które nazajutrz miały zjawić się z odsieczą. W postaci kończyn braciaka mojego Krzysia i wytrawnego manualisty Jacka Ninjasa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here