Raketa padła

Raketa padła
Dwa lata temu kupiłem sobie u zegarmistrza Staszka w Lądku-Zdroju radziecką Rakietę. Zegarek szykowny wielce: ostentacyjnie ascetyczny dizajn blatu, za to pozłotka cyferek rzymskich i koperty zuchwała, wiadomo, klasycznie zerżnięty – podobnie jak Poljoty – z Atlanticów, mniejszy jednak, nie tak szpanerski jak tamte. Tak sobie myślę, że z lat 70., nie dalej niż 80. XX w. Zapomnijcie więc o bateryjce, milczcie gdy idzie o automat, zegarek nakręcany jest tą śrubinką zwaną koronką, no klasyk, panie. Gdybym miał 30 lat mniej pewnie bym się irytował, że stale go muszę nakręcać. Tymczasem odkryłem w tym dwie subtelności: za smarka też tak nakręcałem posiadane zegarki, a na mnie już z wolna cień pada wspomnień o sztubackich latach, a dwa, że to doskonałe, bo nieszkodliwe publicznie antidotum na wszelakie natręctwa psychiczne, których ofiarami są dłonie… Nie muszę dłubać przy naskórkach, czochrać bródki, gładzić łysiny, skrobać karku. Oj, dłubię wokół paznokci? no wiecie co, wstyd! lepiej nakręcę Raketę, o! już nakręcona?! co tam, tym szwunglem, dzyndzlem do kręcenia tylko tak się pobawię!
Oczywiście, w odróżnieniu od dizajnu, złośliwą cechą Rakety jest fakt, że nie trzyma kindersztuby. Szwabi zawsze o kilka minut w którąś ze stron. Jeszcze nie odkryłem skąd ta zależność, że raz spieszy, innym razem – późni. Ciśnienie atmosferyczne działające na sprężystość sprężyny, a może poziom jej naciągnięcia? Nie wiem. Dwa dni temu odkryłem za to, że nie mogę szwungla wydłubać w koperty, żeby oszukańczy czas zmienić, spowolnić go lub przyspieszyć, ot, utknął psztymucel na amen.
Poszedłem więc wczoraj do tego samego speca, który mi opylił cacko i powiadam no słuchaj Stachu, bo nie mogę tego dżingla wyjąć w zegareczku, żeby czas zmienić, ratuj, człowieku. I unoszę dłoń, na której zegarek złotem żywym błyska, ale koronki do kręcenia jakoś nie ma. Usprawiedliwieniom moim nie ma końca.
Szpenio bierze chronometr, otwiera kopertę i coś tam chrząka, więc oświadczam, że wrócę za kilka minut, bo sobie zapalę i na witryny sklepów zerknę, a gdy wracam zegarmistrz wyciąga mnie ze swej sympatycznej norki i do światła prowadzi. Wręcza mi sikora i patrzałkę zegarmistrzowską; ciekawe skąd wie, że mi wzrok siada? – Patrz – mówi. Biorę z pewnym przerażeniem – czyżby chciał mnie zaadoptować do cechu? – precjoza w dłonie i patrzę w bebechy Rakety, ale nic nie widzę, prócz obrazka w stylu steampunk. Zdejmuję lupkę i czekam na jakieś wyjaśnienia, werdykt, takie, rozumiecie: ale o co chodzi?
W końcu słyszę: – Widziałeś ten brud?
Faktycznie, werk cały poruszał się w takim nabrzeżnym kożuchu brudu, w takim wianuszku siwo… brązowawym?
– Dużo palę – odpowiadam w skrusze i już z przerażeniem myślę o swoim laptopie, który lata dzień osiągnie wiek przedszkolny. Ten to się nałykał nikotyny i substancji smolistych…
– Muszę go rozebrać – klaruje mi ignorując absurdalne tłumaczenia i dodaje twardo, że: – To będzie kosztować.
– Ile? – pytam i już czuję, że mi gęsina po plecach wyrasta.
– Pięćdziesiąt złotych – powiada. – I wiesz rozumisz, to jest prowincjonalna cena. W mieście dwa razy tyle biorą.- Jakoś dam radę – odpowiadam ochryple, ukradkiem spuszczając parę, bo wyrok nader niski.
– Ale jakiś tydzień potrzebuję – mówi, kiedy wracamy do jego sadyby.
Pada na mnie okrutne pytanie: i co ja, tak tydzień będę jak typ gadający do siebie, zaglądać na pusty nadgarstek?
Ale mój zegarmistrz to prawdziwy psycholog. Wyjmuje z gabloty jakieś sześć złachanych sikorów i powiada:
– Głowa do góry! Dam ci natenczas pożyczaka! Wybieraj!
Wybieram pancernego elektronika z czterema pstryczkami. Największy sznyt z polskiej połowy osiemdziesiątych lat. I wychodzę.
Pod kamienicą sprawdzam: działa tylko jeden pstryczek, reszta po to, żebym szpanował nowoczesnością!