Problemy z „th”

0
33

Mój nauczyciel języka angielskiego w Szkole Podstawowej im. Boh. Westerplatte, niejaki Johnny Zieliński (niesamowity jegomość – wciąż widuję go, jak jeździ po zakupy na kolarce, zachowując niesłabnącą dystynkcję, a to już prawie czterdzieści lat przeszło od tamtych lekcji), gdy nie umiałem wypowiedzieć słowa think, tego połączenia th, instruował: – Przyklej język do górnych przednich zębów i powiedz: ZA-RA-ZA.

Jestem radosny, uważny i spokojny.
To moja mantra. Klepię ją w tej chwili, jak buddyjski młynek modlitewny. Nie pomaga.
Kilka chwil temu chciałem wyrzucić przez okno maszynę do szycia marki Singer, linia Tradition. Zupełnie jak mój tatulo, który już w bary wziął telewizor Alga 21 i chciał nim machnąć na podwórko. Tato miał jednak powód: Deyna nie kropnął karniaka Niemcom w błotnistym półfinale Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Był rok 1974. Matka podniosła wskazujący palec i stary odstawił aparat na półkę. Ja wpadłem nieomal w apopleksję próbując uszyć dwie maski przeciw koronawirusowi. Jutro jedziemy z Izą na zakupy a masek brak. Zawiodła maszyna, nici, igła i materiał. Ja byłem przygotowany! Ale to żaden powód! Jest marzec roku 2020. Palec matki pojawił się w mojej wyobraźni chwilę przez nieodwracalnym aktem dewastacji.
Jestem radosny, uważny i spokojny.
Wciąż nie pomaga! Jak, do ciężkiej cholery, nie jestem w stanie uszyć dwóch masek na twarz ze zwykłego obrusu w wiosenne kwiaty?! Ja nic tu nie robię! Leżę tylko i kwarantannuję! Nawet szyć nie potrafię! Już 13 dni odłogiem leżę… Ale zaraz, skoro maski mi nie idą i już nie pójdą, bo cały naród szyje – a myśmy tylko doraźnie potrzebowali się zabezpieczyć – to chociaż niech mi wolno będzie popisać o czasie zarazy. Gęby tym pisaniem nie zasłonię, ale jakoś usprawiedliwię swoje nieróbstwo.

I coś jeszcze przychodzi mi do głowy. Zgoła trzydzieści lat temu jechaliśmy ze Zdanewiczem pociągiem do Stronia, rozmawialiśmy o literaturze. Wprawdzie nie pamiętam o jakiej, ale Zdanek rzekł tamtego dnia, że mógłby czytać książkę o niczym, byle była dobrze napisana. Ten tekst to nie książka, wątpię też, by dobrze był napisany, za to ciekaw jestem czy zdołam pisać o niczym. Bo cóż ja robię przebywając na kwarantannie? Ano nic… A może jednak coś? Może ta codzienność człowieka wypchniętego poza społeczeństwo, odsuniętego od pracy, spotkań towarzyskich i udziału w wydarzeniach kulturalnych wcale nie jest takim nic?

Moją inspiracją stała się złośliwa maszyna do szycia, ale powinniśmy ten obrazek odmalować raczej od apli, tła, trzeciego, potem drugiego planu, inaczej niż czyni to artysta malarz, który wprawdzie widzi całość kompozycji, ale to główny bohater jako pierwszy zostanie rozpoznany przez świat po drugiej stronie płótna.

Tamto było wczoraj, dzisiaj mamy 27 marca 2020. Dzień 14 samointernacji, dobrowolnej kwarantanny, zamknięcia, więźnia, ancla… Hola, hola! Jesteśmy jak pączki w maśle!
Jeden z 72 polskich Nowych Dworów, ten akurat przy Jelczu Laskowicach. Wieś łańcuchowa, wzdłuż drogi zamiast rzeki idąca, na trochę ponad 100 gospodarstw. Nasza sytuacja bytowa jest porażająco dobra, burżujska: 5 osób, nie licząc kota, psa, świnki morskiej i bandy rybek w akwarium wielkości wanny, na jakichś 240 m kw. domu, stojącego na całkiem sporej działce z lasem. W sumie brakuje tylko sauny. Na przepustki pozwalamy sobie jedynie w przypadku zakupów żywnościowych. Byliśmy dwa razy, w piątki, wydając krocie (z niejakim drżeniem noszę się z nadzieją, że mi pracodawca wypłaci pensję za ten miesiąc – tak, piszę tę sztukę na grudzień! mam już całe dwie sceny i rozwijam w głowie całą intrygę!). Wieczorem, od niechcenia zrobiłem chińszczyznę: sos syczuański (thermomix), makaron ryżowy (ohydztwo) i main course na woku: marchew, seler z brukwi, kalafior, brokuł, bakłażan, cebula, pieczarki, grzyby moon, imbir, czosnek, sos sojowy, liść kafiru, mleko kokosowe, tahini (nie znalazłem w zasobach oleju sezamowego – co za wstyd!), pasta curry, olej rzepakowy; do tego cinsault „Purple Heron” z RPA i polski majstersztyk „Nowa Jagoda” z Michałowic (to kolejne polskie wino nierobione z winogron a tamtym winom dorównujące, polecam gorąco, przepyszne!). To nie dobrobyt, to rozpusta! Żyć nie umierać! Problem jest inny:

Dramatis personae:
Szymcio – lat 13, syn Izy, mojego już wzrostu, głos mu właśnie zmutował, w domu mieszka między 17.00 a 6.00, poza tym Wrocław, w pierwszej połowie lutego byliśmy w Valdi Fassa na nartach, na piąty, przedostatni dzień bujnął się na deskach na skatepark, więc spod ostatniej wysokiej hopki zwieźli go na toboganie z bólami tu i tam, czyli co? – mamo, ja wariat, kup mi komisariat!
Bart – lat 18, syn Izy, najpierw idzie mgła hormonów, później w jej oparach pojawia się Bartuś, na co dzień LO, w domu mieszka jak Szym, z pominięciem weekendów, na które zjeżdża przespać nieprzespane noce; kumple słuchają rapu, ten metalu, stonera, punka i innych szatanistów. Wegetarianin.
Misia (nie rozwijać do Michaliny, tym razem to zdrobnienie od Miriam) – lat 27, córka autora, ostatnie 14 lat jej ojczyzną były Włochy (w międzyczasie krótko Londyn, Berlin, Wietnam i Stronie Śląskie), wróciła do ojcowizny, żeby pójść na wrocławską ASP (malarstwo).
Iza – kha, kha, gospodyni ośrodka internacji, nie była na Antarktydzie, w Australii, Nowej Zelandii, w Kanadzie i na Marsie, na Księżyc latała wiele razy; hiszpański, portugalski, francuski, angielski, włoski, rosyjski – w tych językach mówi (w 4 pierwszych biegle), rozumie jeszcze niemiecki; ma pamięć jak Kroniki Akaszy, czasem się licytują co do faz księżyca przy urodzeniu kolejnych faraonów. Wegetarianka.
Pawlęga – ja.

Dramatis „animale”:
Rybki – nie przyznają się do niczego, milczą.
Gienek – prawie 3-letnia świnka morska Szymona, wdowiec, były homoseksualista – żył z Zenkiem, który kojfnął kilka miesięcy temu, nikt (póki co) nie dostrzegł jego praktyk masturbacyjnych a to ostatnie w tej sprawie, co mu zostało, więc na pewno jest/był ciotą, przemawia dość histerycznie, gdy brakuje mu wody w poidle i gdy widzi łapę Lolka wciskającą się między pręty jego drucianego azylu.
Lolek – ewidentne zdrobnienie od słowa dżoint, kot Bartka, choć rzadko się widują, rasy opłotkowiec, znajda z września łońskiego roku, którego uratowała Iza (było zapalenie płuc i pomniejsze, lecz dla kotków zabójcze schorzenia, które diagnozował niezwykle przystojny hinduski weterynarz, gdyby ten był o stopę brzydszy (czy da się urodę mierzyć na stopy?), kot padłby trupem), przez pierwszy tydzień karmiła go na siłę mlekiem (bezglutenowym) z CBD strzykawką, pamiętam sierściucha, mieścił się wtedy w półzamkniętej dłoni, teraz to wypasiony kocurek, który o ile nie chce mu się żreć ma całą ludzkość w dupie.
Wanda – gryfonik brukselski (na podstawie urody psów tej rasy powstały ewoki do „Gwiezdnych wojen”, choć najbliżej do niej jest partnerowi Hana Solo, Chewbacce) Misi, roczniak wielkości połowy małego jaśka pod głowę z łapkami, rozumu tyle, co połowa kurnika, suczka ma słabość do kabanosów wieprzowych, sera parmigiano i ekskrementów, własnej i innych małych zwierzątek, na dniach okazuje się, że lubi też podgryzać uszy Lolka.
Ile to stado dziwolągów zdoła ze sobą wytrzymać?

Dzień uwięzienia 15.
Minęło południe. Z głośników płynie „Póki co”, duet z Ziemi Kłodzkiej, wcześniej grali nam „Shakin Pork”, też z Ziemi Kłodzkiej. Przed „Póki co” puściłem składankę „Wonderful Jazz Covers II”, CD 1. Właśnie czytam, że wyboru utworów dokonał prześwietny Marek Sierocki. Składanka wyszła w 2018 r. i jest dowodem kompletnego zmanierowania Sierockiego. Słucham z przyjemnością Moyet Love Letters, Franklin Walk on By, by zaraz dostać w gębę The Look of Love Grover Washingtona, Jr. z wokalem tak obrzydliwie napompowanym sztucznością, że robię się czerwony. W kolejnym utworze pretensjonalny Robert Downey Jr. (dlaczego nie może się ograniczyć do wskakiwania w kostium Iron Mana?) cierpi jakby ktoś mu paznokcie kombinerkami wyrywał. Utwór nosi tytuł Smile, jego tekst powinien wspierać słuchacza w ciężkich chwilach. U mnie wprawdzie jest nieźle, ale słysząc zawodzenie Downey’a zbieram się, żeby wyjść po siekierę i porąbać część umeblowania. Później dobija mnie makabrycznie słodki Andreas Weise w oryginalnie przecież pięknym Quiet Nights of Quiet Stars. Kolejna ohydna maniera. Nie słucham dalej, wyłączam. Dla mnie tylko dwaj goście mają prawo śpiewać z dowolną manierą: Tom Waits i Papa Wilk. Jak można w jedno miejsce wrzucić utwory wspaniałe i utwory, których odstręczająca nieszczerość trąci wyuzdaną perwersją? Ale co tam Marek Sierocki, zawsze mogę uciąć wybroczyny skrzywionego gustu.

W sumie kwarantanna nie byłaby taka zła, gdyby nam humoru nie psuł Kaczyński ze swoją bolszewicką La Cosa Nostra. Co za skurwysyny!

Przedwczoraj idziemy z Izą przez las. Iza zmusza mnie co drugi dzień do spacerów, podczas których robimy 6 do 7 kilometrów. Sadystka. Ale idziemy przez ten las i mówię jej tak:
– Chętnie napisałbym książkę o tej całej zarazie, wiesz, opartą na faktach, ale sensacyjną. Jej głównym wątkiem byłaby przestępcza działalność Prawa i Sprawiedliwości, której efektem będzie ukatrupienie tysięcy Polaków za sprawą koronawirusa. Nie sądzisz, że to mogłoby być dobre? Jak nic byłby hit kryminalny i solidny dokument w jednym, gdybym pogrzebał porządnie w sieci, zanalizował statystyki, dotarł do faktów: wypowiedzi i dokumentów. A na końcu byłoby najpiękniej: wsadziłbym większość aparatczyków rządu do pierdla, do nich dorzuciłbym większość parlamentarzystów, nie wyłączając tych nieudaczników z opozycji. Wisienką na torcie byłby Kaczyński na oddziale zamkniętym w Tworkach. Jest tylko jeden problem: nie chce mi się. Skurwysyny!

Żeby zapalić papieroska wychodzę przed dom. Często dzwonię wówczas do wujaszka Ninji. Jako, że Prawo i Sprawiedliwość dokonali ostatniej nocy w parlamencie swoistego zamachu stanu, zwierzam się wujaszkowi z pomysłu ustawy depisującej, która powinna wejść w życie po obaleniu tej mafii.

– Największym, kolego, przestępstwem tych podleców – powiadam przez telefon – jest demoralizacja olbrzymiej części narodu. Jak mogą się utrzymać w społeczeństwie jakiekolwiek autorytety, cokolwiek pewnego, skoro parlament i rząd gloryfikują kłamstwo, obłudę i demagogię, tarzają się w korupcji i aferach…
I tak dalej, jak pisał Vonnegut, i tak dalej.
Znowu z dziką satysfakcją widziałem w kiciu tych wszystkich partyjnych gangsterów, gdy dotarło do mnie i do wujaszka pytanie: Pięknie, ale co, kurwa, dalej?
Głos nam ucichł, posmutniał, zastygł. Jeden i drugi, tracąc wszelką radość z wizji Morawieckiego za kratkami, westchnęliśmy i pożegnaliśmy się do następnego papieroska.
Bo któż miałby zrobić porządek po wymarzonej przez nas narodowej rozpierdusze? Platforma Obywatelska? Chyba kpiny! Wciąż nie mogę dojść czy to nieudacznicy, czy też sprytni manipulanci, ale jedno jest pewne: po tym jak kilka lat temu te gnojki spuściły w kiblu obywatelską petycję ws. jednomandatowych okręgów wyborczych (a występków innych mają na koncie co niemiara), powinni zmienić nazwę partii na Platformę Antyobywatelską; może w tym akcie szczerości znalazłbym ziarno nadziei na szczerość ich intencji. A co z resztą naszych patolskich parlamentarzystów? Partia Razem? Konfederacja? PSL? Kto tam jeszcze w tym parlamencie siedzi? Sami popaprańcy, jak nie nawiedzeńcy, to faszyści i mizogini. Dzisiaj powinien zjawić się Diogenes, który wpadłby na wypełnioną posłami salę obrad przy Wiejskiej i niosąc lampkę oliwną szukałby człowieka. A później lałby wszystkich kijem gdzie popadnie. Skurwysyny.

Idzie na pierwszą w nocy. Skurwysyny, użycie tutaj tego słowa nie jest moim pomysłem. Pewnego dnia, jeszcze w czasach Halo, Radzik przyszedł do pracy i co kilka minut powtarzał to słowo. Byłem, przyznaję, nieco zdziwiony jego zachowaniem, ale nie pytałem w czym rzecz. W końcu sam się przyznał: – Skurwysyny, czy to słowo nie działa oczyszczająco? Jest tak skrajne, tak ostateczne, że oczyszcza.

Na koniec dnia zaczęliśmy oglądać niemiecki serial „Freud”. Bezgranicznie durny, wręcz debilny produkt grafomańskiej psychiki. Nie rozumiem w jaki sposób dochodzi do tego typu produkcji, kto to przepuszcza i po co, bo rozrywka z tego naprawdę licha. W sumie szkoda mi tylko aktorów, scenarzysty i operatorów, bo całkiem nieźle sobie radzą pływając w tym rynsztoku. Dobrze, że w odwodach do snu mam serbski numer „LnŚ”, w którym pierwszy tekst jest dziełem geniuszu Bory Ćosića i tłumacza. Idę czytać.

Dzień 16. Niedziela po zmianie czasu na letni, 29 marca.
Skoro to notatki z czasów zarazy, włączmy licznik (10.35):
JHU:
Total confirmed: 665 616 (US – 124 686, It – 92 427)
Total death: 30 857.
Wp.pl:
Zarażeni: 1717,
Zgony: 19.

Z tych dobrych rzeczy. Zebraliśmy się wczoraj z Bartolinim w sobie i przelaliśmy winko z balonów do flaszek. To pierwsze zrobione przeze mnie wino i nie żadne tam z róży czy porzeczki, tylko wino z winorośli. Szkoda, że tatulo tego nie doczekał. Ten lubił eksperymentować.
Kiedy jeszcze mieszkaliśmy przy Dolnej ojciec każdego roku nastawiał balon i produkował swoje specyfiki. Najczęściej z dzikiej róży, później pojawiły się eksperymenty, bo z jakichś zbóż rodzimych, chyba też z ryżu. Sądzę, że wszystkie te produkty nie miały w winem nic wspólnego. Raz, może dwa razy spróbowałem ojcowego rękodzieła, którego stałym amatorem był kolega Tomek, późniejszy ojciec chrzestny Misi. Było ohydnym ulepkiem cukru i smaku sfermentowanego właśnie owocu. Sądzę również, że mało miały wspólnego z alkoholem, wnoszę raczej, że konsument musiał tracić przytomność nie od procentów lecz od toksyn w napoju zawartych.
Najpiękniejsza jednak historia miała miejsce w moim i mego brata wczesnym dzieciństwie. Tego popołudnia na ulicę Dolną dotarł ksiądz w asyście dwóch smarków w komeżkach. Tradycją było śledzenie przez nas toru, którym się posuwał i czasu, jaki spędzał z różnymi rodzinami. W tym czasie matula szykowała stół w kuchni. Kładła obrus na codziennej ceracie, wystawiała kryształowe lichtarze i jakiś modlitewnik. Potem wrzucała waryńskie do kopert, osobno dla klechy, osobno dla jego asysty. My, niczym szpiedzy dobiegaliśmy od czasu do czasu z raportem: – Matka! Jest u Pertkiewiczów! Matula! Jest u Iskrów!
Ostatnią stacją tranzytową księdza w drodze do naszej świętej rodziny była kamienica, w której mieszkali Plesy, Nowakowskie i Woźniaki: – Mamuśka! Jest u Woźniaczki! – Brzmiał ostatni komunikat, po którym pozostało już tylko mycie rąk i usmolonych gąb (chyba, że przychodził w sobotę – wtedy byliśmy czyści, bo po kąpieli).
I stało się pewnego roku, że doszło do tragedii. Rodzic, nie pamiętam który, dokonując ostatniego szlifu w estetyce naszego mieszkanka, strącił z gwoździa, ciężką jak cholera deskę do krojenia. Gdzie poleciała deseczka? Runęła niczym bomba na balon!
Trzydzieści litrów jakiegoś czerwonego wina na linoleum pokrywającym podłogę, ojciec rzuca kurwami, matula rwie kudełki z głowy, my z braciakiem latamy wokół nich nie wiadomo po co. Trzeba było przyznać, że spisaliśmy się wtedy jako rodzinka. Zebraliśmy wino i księżunio trafił już tylko do lokalu o zapachu cieńkosza z głogu, czy innego na pół dzikiego krzewu.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem: moje wino powstało z niemieckiego szczepu regent. Szczep to popularny chyba na Dolnym Śląsku, ja sam winogrona dostałem od Remika, z jego przydomowej winniczki. Później zaczął się żmudny proces produkcyjny. Żmudny, ponieważ czasochłonny, owszem, nie siedziałem tygodniami przed butlami, obserwując pracę tych cudownych owoców z niewielką domieszką cukru i drożdży, ale pewne roboty trzeba było wykonać. Zrobiłem nastawę moszczu, później to wyprasowałem (chyba najprzyjemniejsze zadanie), wczesne wino znowu nastawiłem, kilka tygodni potem przelałem dla usunięcia drożdży i jeszcze raz przelałem. Wszystko to po dokładnych instruktażach darczyńcy Remika. I stał ten cały ambaras miesiącami u Izki. Przyznaję, że widząc balony zacierałem ręce, ale raczej dla podtrzymania ducha, bo ile to człowiek nerwów zeżarł, słów szkoda. A czy nie skwaśnieje, a czy nie za dużo drożdży, nie za mało wody, cukru, czy temperatura odpowiednia itd., itd. I całkiem by mnie to wino gotowe uszczęśliwiło, gdybym nie kombinował z procenturą, którą – a jakże – chciałem podkręcić cukrem. Przesłodziłem. Na szczęście nie na tyle, by utracić walor wina wytrawnego lub co najmniej półwytrawnego. Mnie jednak i Bartkowi smakuje. Nawet Iza dobrze się o nim wypowiada!

Na wieczór zobaczyliśmy „Pana T.”, film ponoć już otoczony jakimś smrodem autorów z rodziną Tyrmanda. Przeczytałem teraz kilka recenzji na Filmweb.pl i pomyślałem, że co mi tam, też Wam powiem, co sądzę.
Wielokrotnie powtarzam, że nie przepadam za współczesnymi polskimi filmami. Unikam ich, bo tyle już razy się naciąłem, że raczej bardzo dziękuję. Tego też bym nie obejrzał, gdybym nie widział trailera z Fedorowiczem, Balcerowiczem i Kutzem. I nie żałuję, że obejrzałem, bo film jest prawie świetny.
Ta czysta groteska – trochę w stylu Mrożka – odnosi nas do absurdów epoki stalinizmu. I nie obchodzi mnie czy jest to opowieść o Tyrmandzie, czy o kimś, za kogo dzieło producenci nie będą musieli bulić od praw autorskich. Skądinąd w jakiejś poważnej analizie uznałbym, że to nie tylko historia autora „Złego”, ale może przede wszystkim opowieść o Filaku. Ten bohater reprezentuje coś, czego w innych filmach nie znajdziemy: prostego człowieka peerelowskiej wsi, który po zorientowaniu się w sytuacji, w której się znalazł, zachowuje się niezwykle, bo nie tylko nie donosi na pisarza bezpiece, ale widząc jego wielkość, rezygnuje z dziennikarskiej kariery, ponieważ rozumie, że nie osiągnie nigdy poziomu Pana T.
Dawno tak dobrze się nie bawiłem. To przezacny zbiór skeczy i anegdot, wykonany przez wspaniałych aktorów; polscy aktorzy zresztą, w moim przekonaniu, są obecnie ostatnią chlubą rodzimej kinematografii. Obawiałem się nieco, w trakcie seansu, że Krzyształowicz przeskoczy na jakiś poważny ton, że będzie psioczyć na komunę, na szczęście jednak się konsekwentnie.
Zastanawiam się na ile ktoś za młody, by posiadać pamięć o PRL-u zrozumie cokolwiek z tego filmu, czyli że będzie rechotać jak ja? W końcu ja sam nie mam dość dystansu do epoki, by to ocenić.
Oczywiście, żeby nie było za słodko, to nie bardzo wiem po cholerę wprowadzona została w tym filmie druga narracja. Historia jest słaba, jej realizacja tak samo. Niczego to nie wniosło, a tylko spowolniło kolejne żarciki. Ale nawet z tym felerem, film jest wart obejrzenia. A jeśli kto nie ma poczucia humoru, to jego sprawa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ