POTH w MBTM

0
34

W niedzielę przed kamerami polsatowskiego Must Be The Music wystąpili People of The Haze.

POTH w MBTM
W niedzielę przed kamerami polsatowskiego Must Be The Music wystąpili People of The Haze. Występ był lekko zaskakujący. Wiele obiecujący po wcześniejszym występie zespół wyskoczył na estradę, zagrał w punkowskim stylu protestsong, rozpirzył dwie gitary i po ocenie zacnego grona jurorów zakończył swoją obecność w tym popularnym programie. To niewielkie przedstawienie wywołało jednak pewne kontrowersje.

Otóż o ile po wcześniejszej prezentacji sędziowie nieomal piali z zachwytu, o tyle tym razem wyglądali na skonsternowanych, co potwierdziły dwie negatywne noty. Delikatna jak przebiśnieg Kora stwierdziła, że to nie czasy dla podobnych manifestów i protestów, a poza tym jak możecie traktować w ten sposób swoje instrumenty, bo przecież taka gitara to jak dziewczyna, więc co, dziewczynę tak samo traktujesz? Sztaba stwierdził, że się nawrzeszczeli, nakrzyczeli i tyle. Ten z wąsem, że kawałek z pierwszej tury był lepszy (notabene teraz zagrali kompozycję własną, wcześniej cover). Okularnica, może na szczęście, nic nie powiedziała, choć na jej fizjonomii malowało się lekkie zdziwienie; ale ona chyba z natury ma taką twarz.

Ostatecznie otrzymaliśmy medialny pasztecik.

Gdyby People of The Haze wykonali swój kawałek w ten sam sposób w jakimś klubie, czy na innym koncercie, wszystko byłoby dobrze. Co tam! Byłoby wspaniale! Tymczasem w Polsacie wywołali u niektórych ludzi (ponoć nie tylko u jurorów) jakąś formę zniesmaczenia, szczególnie zaś u Kory, która jest już w takim wieku, że nie pamięta zupełnie czym jest młodość i co to jest rockandroll. Słowem, jak napisałby Kurt Vonnegut, gówno walnęło w wentylator!

Po prawdzie wcale bym o tym nie pisał, bo ostatecznie obchodzą mnie te wszystkie telewizyjne fanaberie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Rzecz jednak w tym, że znam chłopców (w moim wieku mogę sobie pozwolić na podobny protekcjonalizm) z POTH i wiem, że po występie swoim czuli się rozczarowani, byli zawiedzeni, bo raz, że coś im podczas występu nie zagrało muzycznie, a dwa, że się na nich poobrażali ludzie za te zniszczone gitary. Źródeł swojej wiedzy nie zdradzę za żadne skarby!

Postanowiłem wobec tego – a skandalik ten naświetla pięknie różne problemy – wystosować niniejszym w tym miejscu coś jakby list otwarty do członków zespołu People of The Haze.

Szanowni Panowie,
faktem pozostaje, że obok bycia wielbicielem dodekafonistów wiedeńskich, włoskiej opery, fortepianu Keitha Jarreta i prozy Marcela Prousta, jestem Waszym fanem. Nie zmienia to jednak mojego zimnego oglądu sytuacji, w jakiej w ostatnią niedzielę się znaleźliście, a który prowadzi do przekonania, że jeśli jesteście zawiedzeni własnym występem, to samiście sobie tego zawodu winni. A już z pewnością Wasze poczucie zawodu po stworzonym przez Was wydarzeniu (ja sam bowiem biorę Wasz występ za teatralną całość, jakiś minidramacik, czy inny performance) świadczy o Waszym buractwie, tchórzostwie i demoralizującej potrzebie akceptacji całego świata. Rzecz w tym, że jeśli zdecydowaliście się wystąpić w takim programie i zrobić coś więcej od „profesjonalnego” wykonania jednego z Waszych utworów, słowem, posunąć się do „przedstawienia” protestsongu, to powinniście być bezczelnie, arogancko, impertynencko i zuchwale dumni. Udało się.
Jeśli jednak certolicie się, bo Wam coś nie pykło wedle wyliczeń i jesteście rozczarowani niezadowoleniem tego płatka świeżości, jakim jest Kora oraz szalenie taktownego, poprawnego i ułożonego niczym Emmanuel Kant, Adama Sztaby, to – jak rzekłby Andy Kaufmann – kij Wam dupę i kamieni kupę!
Jestem już na tyle stary, że gdybym wykonał gest, który wyście wykonali, naraziłbym się na śmieszność, zarazem jestem na tyle stary, by móc gesty podobne pochwalać, bo tym samym pochwalam młodość, która w swej naturze ma bunt, ma nieskalaną naiwność wiary w zmianę, w wyjście poza kanon. A kanonem dzisiaj jest grzeczność, poprawność, profesjonalizm, adekwatność i reszta podobnych zachowań sprowadzających wszystko do łono chwalebnego pragmatyzmu. Oczywiście byłbym durniem, gdybym żądał oryginalności artystycznej w świecie, w którym wszystko już zostało powiedziane, mogę za to cieszyć się ze świeżości, mogę żądać szczerości, która być może pozostaje jedynym ważnym dzisiaj aktem tworzenia.
A zatem bądźmy szczerzy: trafiliście do telewizji w nadziei na rozwój kariery muzycznej i wszystkiego co za tym idzie. To chwalebne. A jednak widać w Was przekorę, krnąbrność, ignorancję, która się przeciwstawia kanonom i konfliktuje głęboko. Cóż, taki jest koszt kreacji. Nie da się gładko i łatwo… Dość amoralitetów. Zakrzyczany kawałek? Połamane gitary? Nieznaczący protestsong? Parę tygodni temu byłem na koncercie The Exploited i znakomicie się bawiłem, to prawda, że muzyki w tym za grosz nie było, nie połamali też gitar, ale wiem na pewno, że kiedy mam smaka na Verdiego, idę do opery, gdy chcę odczłowieczenia, mogę jechać pod Siemiatycze na koncert zespołu Weekend, zaś kiedy potrzebuję młodego, rockandrollowego wigoru, wybieram się na koncert People of The Haze.
Ps. A w nocy mi się śniło, że jestem z Wami w zespole i gram podczas występu w Polsacie na trójkącie. Poza zakończonym numerze rozbijacie gitary, Guma zjada mikrofon, Radzik łamie pałki na kolanie, ja nadziewam trójkąt na łeb i nie czekając na nic – a szczególnie opinie wspaniałych jurorów oraz komentarze na backstage’u – wybiegamy ze sceny i z budynku Polsatu. Na papieroska. No i na samochodzie Olgi Jackowskiej nad literką „o” w słowie Kora dopisujemy kreseczkę.

I teledysk na koniec:

https://www.youtube.com/watch?v=JyWFSD3KG2E

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here