Podróże z Beskidem

0
58

Podróże z Beskidem

Kiedy tak sobie rozmyślałem nad tym tekścikiem z niewiadomych powodów przyszła mi do głowy powieść Podróże z Charleyem Johna Steinbecka. Ta historia to zapiski z wojaży, jakie Steinbeck odbył kamperem po Stanach w towarzystwie psa Charleya. Po prawdzie nigdy nie przeczytałem w całości żadnej z książek Steinbecka. Nudniejsi byli już tylko polscy pozytywiści. Inna sprawa, że nigdy też nie skończyłem czytać żadnej powieści Franza Kafki, a ten przecież nie nudził. Notabene on sam nigdy nie skończył tych powieści pisać, niemal w pół zdania je zostawiał.

Zacząłem tak bardziej literacko może dlatego, że autorów tych pamiętam z wczesnej młodości. Z wczesnej młodości pamiętam również czasy PRL i tę jej część, którą nazywam komunizmem magicznym. Wielu z Was z pewnością przypomina sobie niczym koszmar paranoika tamto, posunięte do granic absurdu życie. Życie, które zdawało się pożegnaliśmy byli na początku lat 90. zeszłego stulecia. Niejeden za nim tęskni, roniąc łzy śmiechu nad jego szaloną rzeczywistością. I być może coś przegapiłem, ale zaczynam powoli zauważać, że nasza dzisiejsza, kapitalistyczna rzeczywistość jest mi jakoś dziwnie znana. Oczywiście nie zamierzam mówić o rządzącej partii PIS, której członkowie w kuluarach sejmu i senatu ćpają chyba gaz rozweselający, bo zachowują się jak nadkomisarz Clouseau, który usuwa właśnie zdrowego zęba szalonemu Charlesowi Dreyfusowi; broń mnie Panie Boże!

Firma Beskid Przewozy już niejednokrotnie przewijała się na łamach blogu. Na przykład do końca życia pozostanie mi we krwi serdeczna niechęć do zespołu „Zakopower”, wynikająca z faktu, iż kierowcy Beskida są w większości wielkimi melomanami tandety i wielbicielami najpodlejszych rozgłośni radiowych, zaś redaktorzy tych rozgłośni bezwzględnymi oprawcami mojego muzycznego gustu. Był więc wielomiesięczny okres, kiedy prawie za każdym razem, gdy tylko przyszło mi podróżować Beskidem, jak za pyknięciem czarodziejskiej pałeczki z głośników rozlegały się nuty pieśni o chodzeniu na tamten świat boso. Że zaś melodia to podhalańskiego temperamentu, panowie kierowcy z przekonaniem, że cały świat wielbi zespół „Zakopower”, podkręcali głośność do poziomu dyskoteki. Po przejazdach tych ociekałem adrenaliną, poszukując ofiary dla dokonania rytualnego mordu.

Inną przygodą serwowaną mi przez rubasznych kierowców są przejścia z temperaturą w wiozącym pasażerów pojeździe. No niech mnie świnia powącha, jeśli nie podróżowałem za komuny tydzień w tydzień pociągiem ze Stronia do Wrocławia i w tymże składzie był jeden wagon, który w Kłodzku dołączano na koniec składu warszawskich „Karkonoszy”. Otóż każdej zimy w wagonie tym było jak w kriokomorze. Konduktorzy zawsze wymawiali się faktem, że to przecież oczywiste, iż zimno, skoro to ostatni wagon. Normalka, co nie? Weźmy więc tę piekielną rajzę do stolicy Dolnego Śląska, jaką odbyłem Beskidem jeszcze w zimie. A było to tak, że w piątek po pracy, rozluźniony jak sam Marcellus Wallace, wsiadłem do któregoś z większych pojazdów firmy, takiego na 28, może 30 osób. Byłem zadowolony, czekało mnie dwie i pół godziny czytania książki w prawie pustym autobusie wiozącym mnie na leniwy podwrocławski weekend. A więc wsiadłem na Morawce, czyli pierwszym kursowym przystanku, do Beskida i zorientowałem się, że czeka mnie trening przed tournée po Antarktydzie. Fakt, że nie wybierałem się na ten kontynent nie przeszkadzał przewoźnikowi w przygotowaniu mi zaprawy. Był to przecież bonus w cenie biletu, a darowanemu koniowi… O zdjęciu kurtki nie było mowy, czapka też się świetnie sprawdzała. Jakie jednak było moje zdziwienie, kiedy w Lądku-Zdroju pojazd zapełnił się ludźmi! No, to już był prawdziwy wehikuł czasu!

Stanęło w końcu na tym, że siedziałem jak śledź między oknem a barczystym facetem, próbując czytać książkę, a z sufitowych głośników w najlepsze napierdalały taneczne przeboje. Co tam! Najważniejsze, że gnaliśmy na mój leniwy weekend!

Już przed Kłodzkiem zaczęło się robić ciepło a zapowiadało się jeszcze goręcej, bo na Łużyckiej dosiadło się kilku ludzi, w sumie dostało, bo nie było już miejsc siedzących. Po kilku kolejnych kilometrach zorientowałem się, że gorąc nie bije wcale od ludzkich bateryjek, ale z okolic mojej lewej nogi, gdzie umieszczony jest grzejnik. Szybko też zorientowałem się w prostej zależności: o ile jechaliśmy krętymi drogami Doliny Białej Lądeckiej, grzejnik pozostawał zimny jak Łazarz, kiedyśmy jednak wyjechali na proste odcinki S8 i wesoły kierowca odnalazł w sobie brak wyobraźni i fantazję Niki Laudy – czemu towarzyszył nieustanny rytm radiowych hitów – czułem się jak żeberka na grillu… No dobrze, jak połeć tłustego boczku w aluminiowej folii. Kiedy wielbiciel „Zakopowera” przyspieszał, robiło mi się nieznośnie ciasno między gorejącym kaloryferem a gladiatorem, który przyciskał mnie do szyby. Że zaś nie zawsze lubię dramat w stylu Rejtana, to siedziałem wciąż w kurtce puchowej, wzdychałem i miałem ten upiór – książkę uniesioną nad kolanami.

Ale to była sztampa. Kąsajcie teraz.

Ze dwa tygodnie temu wsiadam rankiem za pasażerami do Beskida. Rutyna codzienności: wsiadam, ruszamy, jedziemy prze kolejne trzy, czasem – jeśli ludziska stoją na czacie – cztery przystanki, wysiadam na lądeckim zdroju i śmigam w towarzystwie licealistów do roboty. Tego dnia jednak nie możemy wyjść z busika! Rzecz w tym, że nie da się otworzyć drzwi, bo nie działa klamka, na zewnątrz ma nikogo, kto przycisnąłby ją z zewnątrz. Interwencja kierowcy przynosi skutek: odkręca korbą szybę okna i otwiera drzwi zewnętrzną klamką. Cóż, zdarza się awaria.

Następnego dnia kierowca nawet nie drgnie, bo na zewnątrz są ludzie, którzy na pewno otworzą drzwi. Następnego dnia nie ma nikogo na przystanku i leje deszcz, więc okno zamknięte, a typ, który chce wysiąść nie wiem o co chodzi, bo drzwi nie działają. Następnego dnia stoję na przystanku i widzę ludzi, którzy chcę wysiąść, ale nie potrafią. Zaczynają się humorystyczne komentarze, które w latach osiemdziesiątych XX wieku były jedynym „lekiem na całe zło”.

Cudowna komedia!

Wsiadam wreszcie na koniec tygodnia w ten większy, autobusowy pojazd, wybieram się bowiem na leniwy weekend w okolice Wrocławia. W nim nie ma już klamek, drzwi rozsuwają się z pomocą hydraulicznych mechanizmów. Ciepły, miły dzień. W Żelaźnie drzwi nie chcą się zamknąć. Kierowca wstaje chwyta za rury ich mechanizmu i machając ich tarczą zamyka je. Czytam kolejną powieść Stanisława Lema.

Mechanika jest złośliwa. Z materią już tak jest, że zawodzi. Ale duch winien trwać.

1 maja zaplanowałem powrót Beskidem z Lądku-Zdroju do Stronia Śląskiego. Sprawdziłem kilka razy sprawdzoną stronę internetową, która zapewniła mnie, że mam o tej godzinie Beskida. Na przystankach rozkłady jazdy wisiały bez uwag. Wyszedłem, znając nonszalancję kierowców tej firmy, zdecydowanie wcześniej, dobre 10 minut, by mi nie uciekli. I psu na budę to poszło! Pies z kulawą nogą nie zajrzał pod wiatę zdrojowego przystanku, musiałem dzwonić do Słoneckiego, w upokorzeniu zajmowania mu czasu prosić o transport.

2 maja wsiadłem do Beskida z pytaniem do kierowcy: – Mieliście wczoraj awarię? Ten wskazał mi kartkę wiszącą na podsufitce:

1 i 3 maja na trasie Stronie Śląskie – Cokolwiek Beskid nie kursuje.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ