Płynność Baumana

0
32

Płynność Baumana
Nie czytałem wcześniej Baumana. Teraz trafił mi w ręce To nie jest dziennik. Cóż, rzeczywiście – wbrew kłamstwu wydawcy,

Płynność Baumana

Nie czytałem wcześniej Baumana. Teraz trafił mi w ręce To nie jest dziennik. Cóż, rzeczywiście – wbrew kłamstwu wydawcy, czyli Wydawnictwu Literackiemu („Najnowsza książka światowej sławy myśliciela wbrew przekornemu tytułowi jest dziennikiem. Dziennikiem osobistym, prowadzonym z perspektywy gabinetu – własnego, intymnego miejsca na świecie” – informuje nas okładka) – to nie jest dziennik. Jest to zbiór kilkudziesięciu esejów, które z grubsza zwać można kontestacją „płynnej nowoczesności”, a ich właściwy tytuł powinien brzmieć „Groch z kapustą”.

Kiedy powiedziałem Natalii i Witkowi, że właśnie biorę się za czytanie Baumana, byli zniesmaczeni: – Nie czytaj go – mówili – on niczego nie tworzy, wszystko zrzyna od innych, on tylko przepisuje. Po takich słowach tym chętniej sięgnąłem po lekturę tego wziętego publicysty.

This is not a diary bez końca bije na alarm naszej cywilizacji. Diagnoza kondycji współczesnego społeczeństwa Baumana ma charakter kasandryczny, dlatego czyta się te eseje w coraz większym przygnębieniu. Wzrastające w zastraszającym tempie nierówności ekonomiczne (a więc i społeczne), osunięcie się idei demokracji i idących za nią umów oraz relacji społecznych w odmęty konsumpcjonizmu, osłabienie państwa prowadzące do zaniku komunikacji między władzą państwową i społeczeństwem, wyniesienie prywatności na agorę powodujące zarazem deprecjację jednostki… Trąb jerychońskich, w które dmie ów poczciwy – acz według wielu kontrowersyjny – staruszek jest zdecydowanie więcej.

Kiedy próbuję ułożyć z kostek jego wypowiedzi jakąś całościową mozaikę, jakiś pełniejszy obraz, pojawia mi się wizja zbliżającej się konfrontacji między odsuniętą od trudów egzystencji klasą bogaczy i zawieszonym w funkcjonalnej próżni aparatem władzy, a znękanym, tkwiącym na granicy wytrzymałości proletariatem. Oczywiście Bauman daleki jest od malowania tak ostrych, wyraźnych obrazów społecznej rzeczywistości i jej rozwoju, daleki jest od jakichkolwiek wskazań tyczących dalszego biegu wypadków. W końcu nawet tutaj jest naukowcem. Bauman wygląda na ten świat zza przydymionej szyby okna akademickiego chlewika i konstatuje ostatecznie: jest źle, panie i panowie, jest źle, ale wszystko płynie, więc może będzie dobrze, tylko gdyby jednak było gorzej, to nie mówcie, że nie ostrzegałem. Owszem, czasem go poniesie i – niczym Chomsky – wyskakuje znad koryta, wybiega przed akademię i macha oskarżycielko jakimś transparentem, zanim się jednak zorientujemy, chowa się już z powrotem w wygodnych pieleszach naukowca.

Jeśli zatem sam Bauman jest cokolwiek mętny, to nie twierdzę jednak, że mnie cytowanie/pisanie w tej jego książeczce nie inspiruje, że nie wywołuje u mnie różnych reakcji, od emocjonalnych począwszy, a skończywszy na czysto intelektualnych. Oczywiście wywołane tematy latają od Sasa do lasa. Nie zamierzam wpuszczać się tutaj w jakiś strumień świadomości, ale zaskakujące bywa, jakie tematy może podrzucać taka lektura.

Więc:
Czytając Baumana widzę, że po raz kolejny mam do czynienia z heglistą. Co ciekawe, prawie wszyscy współcześni myśliciele w mniejszym lub większym stopniu odżegnują się od oświeceniowej i modernistycznej spuścizny, po czym w ich wypowiedziach widać wyraźnie jak bardzo umocowani są w tamtej tradycji. Zgoda, Bauman akurat nigdy nie odszczekał marksistowskiej przeszłości i cała jego późniejsza koncepcja płynnej nowoczesności zakorzeniona jest w równie odległej i dalszej nawet przeszłości, z niej właśnie wyrasta. Bawi mnie w takiej sytuacji powszechnie głoszona „śmierć filozofii”, rozśmiesza mnie swoiste obrzydzenie, z jakim współcześni akademicy podchodzą do jej stęchłego truchła: filozofia jest „be”, bo to nie nauka i nigdy nauką nie była, my zaś jesteśmy naukowcami, mamy stuprocentową legitymację do wygłaszania najprawdziwszej prawdy, a filozofowie wyłącznie konfabulowali.

Albo:
Zanim wziąłem się za pisanie tego tekstu, walczyłem w sobie z pytaniem czy w ogóle powinienem się wypowiadać na temat Baumana i jego książki. Kiedy uświadomiłem sobie przyczynę tej wewnętrznej rozterki, byłem bardzo zaskoczony. Otóż moja konfuzja wynikała z respektu dla uznanego socjologa, światowej sławy myśliciela i publicysty. Czy będąc zupełnym lamusem w dziedzinie socjologii i w ogóle jakimś tam wsiokiem klepiącym polepę gdzieś na zadupiu Europy, powinienem brać się za krytykowanie, co by nie rzec, sporego jednak tuza współczesnych nauk humanistycznych? Na takie dictum podnosił się we mnie natychmiast głos oporu, głos anarchii, które chyba wyssałem z mlekiem matki, by stały się jakąś składową moich kości i już do końca moich dni zmuszać mnie będą do brania wszystkiego pod ostrzał krytyki, nie dostrzegam bowiem na tym świecie żadnej treści świętej, której nie można by wziąć pod lupę swego własnego osądu. Ale i znowu impast myśli szedł w drugą stronę: zachowaj w końcu jakąś postawę! Psioczysz bez końca na zanik autorytetów, na obmierzłą demokrację, w której byle troglodyta może przypiąć łatkę jakiejś wybitnej postaci, więc czy powinieneś w takim razie kusić się na kreślenie czegokolwiek o Zygmuncie Baumanie i puszczanie tego w eter?… I tak w koło Macieju…

Lub:
Bauman pisze sprawnie, z wdziękiem, niekiedy z miłą kokieterią i być może rzeczywiście jego rola polega na adaptacji, na przełożeniu na prostszy, na ludzki język trudnych dzieł naukowych, skomplikowanych myśli i koncepcji. Być może jego zadaniem nie jest kreacja oryginalnej koncepcji, lecz translacja – cóż, nazwijmy to po imieniu – eksperckiego bełkotu socjologiczno-filozoficznego na strawniejszy język.  Kto bowiem jest w stanie czytać ze zrozumieniem wypływy Bourdieu, Foucaulta, Giddensa, Luhmanna czy Habermasa? A Baumana jako tako się rozumie. I być może taka jest właśnie natura kontrowersji, jakie wywołuje: szary zjadacz chleba może ujadać bez końca na wszystko, kiedy jednak podgryzać zaczyna autorytet, pojawia się problem. Bauman mówi nam wprost: tkwimy, szanowni państwo, po uszy w szambie. Burzy w ten sposób, to co tak skrzętnie każdy z nas z osobna próbuje tworzyć, burzy nasze poczucie bezpieczeństwa.

Ewentualnie:
W szkicu o facebooku Bauman opowiada o ogólnospołecznym przeniesieniu ściśle prywatnych zachowań jednostki w sferę publiczną, do pewnego stopnia oburzając się na taki stan rzeczy. Oczywiście, analizując ten fenomen, dociera do kolejnych smutnych konstatacji. I nie mówimy tutaj o udziale w telewizyjnych talk show, lecz społecznościowym portalu internetowym. Dziwi mnie to, ponieważ co najmniej od romantyzmu podobne publiczne autowiwisekcje dokonywane są w literaturze i sztuce nieustannie. Czyżby zatem istniał jakiś przeznaczony dla artystów „przywilej kleru”, do którego dostępu nie powinni mieć profani? I bądźmy szczerzy, ukuwanie na tę okazję pojęcia społeczeństwa konfesjonalnego, które można wrzucić w obszar charakterystyki społeczeństwa konsumpcyjnego, jest niczym więcej jak próbą konceptualizacji zjawiska, którego przyczyny nie da się ot tak sobie uogólnić. Twórca płynnej nowoczesności powinien to wiedzieć.

A nawet:
O! I proszę: wyszedł mi groch z kapustą.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ