PKS i spółka

0
111

Czas wrócić do pisania na blogu 🙂
Kilka dni temu (5 lutego), chyba już po północy, uskrobałem tekst tyczący PKS Kłodzko i i nie tylko. Nosiłem się z jego publikacją, bo zdawał mi się nazbyt ostry. Dzisiaj jednak trafiłem na wpis Krystiana Takuridisa na FB (załączam go po moim tekście), który przekonał mnie, że nie powinienem się wahać. No to jedziemy…


Należę do niewielkiej grupy upośledzonych społecznie ludzi – nie posiadam prawa jazda. I choć powtarzam to po raz kolejny, wcale by mnie to znowu nie zajęło, ale jestem w ten sposób uzależniony od komunikacji publicznej, na prywatną mnie przecież nie stać nawet formalnie.

W Dolinie Białej Lądeckiej mamy dwóch usługodawców komunikacji publicznej: Beskid i kłodzki PKS. Pierwszy z nich często niesolidny, oferuje niewygodne, przestarzałe wehikuły, a wielu jego kierowców to prawdziwi melomani, uprzykrzający mi podróże audycjami najgłupszych polskich rozgłośni radiowych. Muszę jednak przyznać, że mu się poprawia w porównaniu z początkami.

Drugi, od chwili przejęcia prezesury przez niejaką Elżbietę Żytyńską stał się jakąś surrealistyczną instytucją, której przeznaczenia i celów nie potrafię rozpoznać. Rzecz w tym, że w przeciągu kilku lat zarządzania tą firmą przez „piękność” (profil na FB bardzo zachęcający) Żytyńską z rozkładów jazdy znikają kolejne kursy, ceny biletów stale rosną, autobusy notorycznie się spóźniają albo w ogóle nie docierają na przystanki, na których zresztą nie można rozkładów jazdy znaleźć. Dodajmy, że z firmy odchodzą dobrzy kierowcy, park maszynowy w wielu przypadkach przypomina zgoła czasy komuny. A ponieważ w ostatnich miesiącach miałem kilka niemiłych przygód z PKS Kłodzko, pomyślałem dzisiaj, że w ramach wolnego czasu w pracy zajmę się pożytecznym społecznie zdiagnozowaniem problemu; tym bardziej, że nad tematem tym ostatnio pracowała również Rada Miejska Lądka-Zdroju.
Sprawa okazała się arcypolska, ba, piekielnie polska!

PKS Kłodzko to spółka akcyjna, której jedynym akcjonariuszem jest starostwo powiatu kłodzkiego, reprezentowane przez starostę Macieja Awiżenia. Spółka ta działa na prawach spółki handlowej, jednak jako instytucja będąca własnością powiatu kłodzkiego posiada statut, w którym czarno na białym stoi, że pełni ona rolę służebną wobec mieszkańców powiatu. Sytuacja zależności jest zatem absolutnie jasna: najwyższą instancją zależności jest starosta kłodzki. Od niego zależy wszystko, co w spółce się dzieje; o ile, oczywiście wie, a z tego, co ja wiem, to wie.

Po przeprowadzonej dzisiaj rozmowie z jednym z radnych powiatowych dowiedziałem się kilku innych rzeczy. Nie jestem ich pewien, bo i źródła nie jestem pewien, ale czy ja piszę artykuł prasowy? Toż to tylko niewinny literacko-społeczny blog.

PKS Kłodzko, za sprawą starostwa, korzysta z największej w regionie dotacji (z EU) na zakup nowych pojazdów – chwali się starostwu. Jest również wspomagane dotacjami z kasy powiatu. Mimo tego, albo stale – co z nieprzyjemnością powtórzę – kasuje kursy, albo okresami pojawiają się relacje tak kuriozalne jak Kłodzko – Sienna lub zupełnie niedorzeczne: Kłodzko – Kamienica.

Sprawa cała toczy się od lat: prezes Żytyńska robi (ponoć w anturażu jej argumentów najmocniejszym jest jej czar osobisty), co jej się żywnie podoba, zlewając z góry na dół sikiem prostym andegaweńskim mieszkańców Hrabstwa Kłodzkiego, mieszkańcy – ja również – trochę się awanturują i piszą na nią skargi do starosty, starosta zlewa sikiem krzywym ziemiokłodzkim mieszkańców hrabstwa, wobec czego za mieszkańcami stają samorządowcy i radni powiatowi, którzy zlewani są zestawem tych samych strug. Dlaczego Awiżeń nic nie robi? Ponieważ madame Żytyńska jest przewodniczącą RM miasta Kłodzko, a koneksje władz Kłodzka i władz powiatu są olbrzymie, choć pozostają tajemnicą prywatnych relacji tych ludzi.

W sumie – po rozpoznaniu tematu – w dupie mam to, co łączy starostę Awiżenia z prezes Żytyńską, a ją z burmistrzem Kłodzka. To ich żenująca, publiczna farsa. Ostatecznie mogę też zrobić sobie to cholerne prawo jazdy i kupić jakiegoś kaszlaka, by dojeżdżać gdziekolwiek.

Problem w tym, że nie jesteśmy, jako mieszkańcy powiatu kłodzkiego dymani tylko z czasu, który spędzamy, oczekując pekaesów, które nie nadjeżdżają, nie jesteśmy dymani tylko z forsy za bilety i aury części raczej zadowolonych niegdyś pracowników PKS, nie jesteśmy dymani tylko z braku możliwości dostania się w niedzielę po 16.05 ze Stronia i kolejnych siół po drodze do Kłodzka. Z tego można zrezygnować. Problem w tym, że jesteśmy okradani podatkami na utrzymanie pasożytów, którzy nas chcą dymać i dymają.
Strasznie mnie denerwuje polski parlament i rząd. I jakoś tak myślałem po cichu, że u mnie, na Ziemi Kłodzkiej jest inaczej. Tym bardziej, że znam Maćka Awiżenia od lat i przez te lata miałem o nim w sumie dobre zdanie. Fajnie, kiedy ma się dobre zdanie o kimś, kogo się utrzymuje. Widać jednak, że układy PO nie różnią się od układów PiS…

Tymczasem coraz lepiej brzmi sentencja: Ceterum censeo powiat kłodzki esse delendam.

A oto relacja Krystiana Takuridisa, który skarżył PKS Kłodzko przed jedną z komisji powiatu kłodzkiego:

Już po spotkaniu na komisji skarg, wniosków i petycji w Starostwie Powiatowym w Kłodzku. Pani Prezes PKS w stylu pełnym pychy i arogancji stwierdziła, że się nie znam i ona tą firmę ratuje. Na moją uwagę, że jeżdżę PKSem od 20 lat, a od 5 obserwuję powolny upadek firmy zarzuciła mi brak kultury i dobrego wychowania. Stwierdziła, że nie mogę jej oceniać. Do tego dołożyła argumenty w stylu, ze to PKP odebrał klientów na trasie do Wrocławia (nie przejęła się argumentem, że pociągi do nas od lat nie jeżdżą). Na zarzut, że rozkłady jazdy są nieaktualne powiedziała, że wszędzie są nieaktualne (z całym szacunkiem, ale średnio mnie interesuje np. PKS w Pszczynie). Dodała jeszcze, że te 382 osoby, które podpisały skargę to nie wiedzą co podpisały. I z pewnością nie jeżdżą PKSem, bo jakby jeździły to nie generowano by straty. I jeszcze miała mi za złe, że gmina nie dopłaca za kursy. Wg. P.Prezes informacja o likwidacji kursu do Wrocławia była skuteczna, bo umieszczona w Internecie i na FB (sic!).
PKSowi pod jej skrzydłami to idzie coraz lepiej, bo są nowe kursy, np. na Czarną Górę. Niestety musi zlikwidować ten kurs, bo narciarze nie jeżdżą (niewdzięcznicy).
Dyskusja była długa, większość to samozachwyt p.Prezes nad sobą podlany dużą ilością arogancji, pychy i bezkrytycznego podejścia.
Podsumowanie:
Skarga w zakresie kursów Stronie-Wrocław niezasadna, rachunek ekonomiczny jest nieubłagany, kursów nie będzie.
Skarga w zakresie informacji, aktualności rozkładów jazdy, odwoływania i łączenia kursów uznana została za zasadną.
Tyle mojej relacji.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułJa lokales
Następny artykułPandemia dezinformacji

ZOSTAW ODPOWIEDŹ