Pekaesy i Beskidy

0
57

 

Pekaesy i Beskidy

Jestem jednym z niepełnosprawnych współczesnego społeczeństwa. Nie chodzi wszakże o to, że straciłem wzrok, czy urwało mi rękę. Z punktu widzenia społeczeństwa jest znacznie gorzej

 

Jestem jednym z niepełnosprawnych współczesnego społeczeństwa. Nie chodzi wszakże o to, że straciłem wzrok, czy urwało mi rękę. Z punktu widzenia społeczeństwa jest znacznie gorzej – nie posiadam prawa jazdy. Tamtych można zrozumieć, mnie – żadną miarą.

Zdarza mi się spotykać członków tegoż społeczeństwa, którzy dowiadując o moim upośledzeniu, patrzą na mnie z jawnym obrzydzeniem. Jakbym miał co najmniej trąd, a czasami nawet wysypany był czarną ospą. Kulę się wówczas w swej sromocie i wymyślam jakieś niedorzeczne, absurdalne usprawiedliwienia tej mojej ułomności. Na ogół, jeśli kto zna mnie słabiej, łżę mu jak z nut, że nie mam tego cholernego prawa jazdy, ponieważ zostało mi zabrane za brawurową jazdę, wielokrotne przekroczenia dozwolonych prędkości i temu podobne. Ale to rzadko. Na ogół staram się być gorszy.

Nawet teraz, pisząc o tym upokarzającym defekcie, czynię to wyznanie w głębokim poczuciu wstydu i w obawie, że reklamując niniejszy tekst na facebooku, wykluczony zostanę z grona wielu moich znajomych. Doprawdy, z o wiele większą łatwością, a nawet swobodą – wszak tolerancja obyczajowa wobec prywatnych niedomagań jednostki jest znakiem naszych czasów – zaakceptowane zostanie wyznanie przeze mnie posiadania kiły lub rzeżączki, niż objawiony fakt braku prawa jazdy.

Stało się zatem: wyznałem niewybaczalne upośledzenie. Och, nie jest to oznaka mojej cywilnej odwagi, ani desperacki krzyk osoby wykluczonej, po prostu inaczej nie mógłbym wytłumaczyć dlaczego tak dużo jeżdżę środkami komunikacji publicznej, a o tym właśnie chcę dzisiaj opowiedzieć.

O tym, że moje podróże na trasie Stronie – Wrocław stały się moją „cotygodniowością”. Nie dywagując nad powodami moich eskapad Stronie Śląskie – Wrocław (w drugą stronę, co oczywiste, wracam wszakże do domu), muszę przyznać, iż po wielokroć mam wrażenie bycia przedmiotem jakiegoś socjologicznego eksperymentu. Pretekstu ani celu tych badań dokładnie nie rozpoznaję, domniemywam jednak, że zostałem wybrany przedstawicielem polskiego społeczeństwa, na którym testowana jest siła jego nerwów oraz poziom poczucia humoru. Oczywiście byłem już takim laboratoryjnym szczurem w czasach komuny. Okazuje się, że nowy system serwuje mi podobne doświadczenia. System się zmienił, ale środki doprowadzania jego składowych do obłędu są do złudzenia podobne.

Zacznijmy od tego, że nie wszyscy wiedzą, iż do 2004 roku można było dostać się do Stronia Śląskiego koleją żelazną. Wyjątkowe to było połączenie, wydaje się, iż dedykowane wielbicielom naszych górskich widoczków, pociąg bowiem pokonywał trasę Kłodzko – Stronie Śląskie, mierzącą trzydzieści kilometrów, ponad godzinę. Słynne było powiedzenie, że dobrą stroną żółwiego tempa, z jakim żelazny potwór pokonywał przestrzeń, była możliwość wyskoczenia z pierwszego wagonu, pozbierania grzybów i wskoczenia do ostatniego.

Ja sam byłem świadkiem takiego oto zdarzenia: skład, ciężko niczym tuwimowska lokomotywa, wyruszył z lądeckiego dworca, by pomknąć do Stronia Śląskiego, lecz kiedy przemierzył już jakieś dwie długości pasażerskiego wagonu, ujrzałem biegnącą z naprzeciwka – po równoległej do torów drodze – parę spóźnialskich, zapewne małżeństwo, gdyż mężczyzna pchał dziecięcy wózek. W chwili, gdy zauważyli, że pociąg odjeżdża już z peronu, przystanęli a kobieta zaczęła nieśmiało machać ręką, dokładnie tak jak to czynimy chcąc zatrzymać na stopa nadjeżdżający samochód. Poczułem nagłe hamowanie pociągu i minutę później spóźnialscy, zdyszani, lecz szczęśliwi siedzieli wewnątrz stalowego węża.

Pociągi ze Stronia Śląskiego wyruszały głównie do Kłodzka, był jednak i taki, którego ostatni wagon podłączany był na Kłodzku Głównym do pociągu kudowskiego do Wrocławia, tam zaś łączył się ze składem jeleniogórskim, by tworzyć „Karkonosze”, który wiózł pasażerów aż do dworca Warszawa Wschodnia. Chyba w „Rychtalskiej” pisałem nawet o czterech Czechach, nie licząc psa, którzy po krótkiej wyprawie do Wrocławia wsiedli w „Karkonosze”, ale zamiast wylądować w Lądku-Zdroju, znaleźli się w Jeleniej Górze. Wiadomo – czeski film.

Ale pociągi już nie jeżdżą. Zostały tylko pekaesy i od zeszłego roku konkurencyjna firma „Beskid – Przewozy”. I taki mam też wybór.

Beskid to prywatny przewoźnik. Pekaesy, tak je tutaj będę zwał, należą do PKS Kłodzko S.A., którego właścicielem jest Powiat Kłodzki. Między firmami toczy się cicha konkurencyjna wojenka; groteskowa, a jednak poważna. Częściowo służy ona klientom, częściowo im szkodzi. Normalka. Kiedy Beskid wszedł na rynek zrobiło się sympatycznie: bilet do Wrocławia w pekaesie kosztował 26 zł, a w Beskidzie 20 zł. Spora różnica i spora radość z tak niskiej ceny, bądź co bądź nieczęsto się zdarza, żeby nam coś staniało, prócz lumpów w posezonowej wyprzedaży, przeterminowanych serków i happy hours w barach mlecznych. Nic jednak nie ma za darmo. Za dobrze by było.

Z nieskrywaną radością postanowiłem korzystać z usług Beskidu, klepiąc się już przy tym po kieszeni i tych pieniążkach, które zaoszczędzę. Czar szybko prysł. Po pierwsze na trasie Stronie Śląskie – Wrocław jeżdżą busy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby człowiek jechał czymś takim ze Stronia do Kłodzka, ale siedzenie w tej ciasnej puszce przez dwie i pół godziny może przyprawić o klaustrofobię, której nie powstydziłby się nawet Woody Allen. I nic nie pomaga, że busy te bardzo rzadko zapełnione są pasażerami.

A tak na marginesie, na początku ze dwa razy wybrałem się w podróż tym kursem z wujaszkiem Ninją. Tym, którzy wujaszka Ninjasa nie znają powiem tylko, że za wysoki nie jest, ale delikatnie mówiąc, grubej kości. Pewnie dlatego któregoś dnia, gdy przechodził w Stroniu koło warsztatu „Artgum” (wulkanizacja dętek i tej podobne) Artka Misiaka, został wzięty za oponę, chłopaki dorwali go i napompowali tak, że do dzisiaj wygląda jakby piłkę do koszykówki połknął. Do tego, lato nie lato, zima nie zima, przewidując, że człowiek nie zna dnia ni godziny i nie wiadomo, gdzie mu przyjdzie noc spędzić, Ninja na cebulę się ubiera i w podróży za nic nawet kurtki nie zdejmie, żeby mu kto jej nie buchnął. Dodajmy jeszcze, że plecak ma zawsze taki, jakby się na Mount Everest przymierzał… Dobrze, niech będzie, że na Matterhorn. I, oczywiście, tam gdzie Ninjasek, tam jego kula; swoją drogą widać po niej lata służby, to prawdziwa kula weteran, lekko koślawa, obdarta, mocno podniszczona. I wyobraźcie sobie teraz, jak niewidomy mężczyzna, przypominający jakiegoś wędrującego po królestwie szekspirowskiego kramarza z regałem precjozów na plecach, przedziera się przejściem między fotelikami busa firmy Beskid. Już widzę jak zrywacie boki, ale ja z nim, do cholery, jadę! Jako przewodnik, opiekun… Ok, chciałem was nabrać, bo ja też mam niemiłosierny ubaw, wierzcie mi, wyglądamy na swój sposób… ekscentrycznie, że nie wspomnę o korowodzie wymiany zdań, instrukcji, napomnień, irytacji i tak dalej. Po tych wesołościach zaczyna się mój drobny dramacik: nijak nie mogę się pomieścić z Ninją na tych dwóch siedzonkach. Kiedy siedzę przy oknie, wyglądam jak glonojad przyklejony do szyby, gdy natomiast usiądę od przejścia, pół dupy wisi mi w powietrzu. Mógłbym wprawdzie usiąść z tyłu, albo z przodu, obaj jednak bywamy przygłusi, więc zrobiłoby się w tej płynącej po szosie dziupli, jak w ulu. Ostatecznie pieklę się, ale jakoś wytrzymuję.

Nie jestem ułomkiem, ale w sumie kurduplem jednak, a to chyba coś znaczy, gdy Wam z metra cięty gość mówi, że gdzieś mu tam ciasno. Znaczy to: jest ciasno.

Drugim mankamentem podróży busikami firmy Beskid jest fakt, że ich kierowcami są, jak jeden mąż, prawdziwi melomani. Być może powtarzam się w tym miejscu, bo już gdzieś opisywałem ten zjawiskowy temat, ale ufam, że jakoś przez to powtórzenie przebrniecie.

Ilekroć wsiadam do pojazdu Beskidu trafiam na takiego właśnie zagorzałego wielbiciela muzyki, którą nazwijmy śmiało, radiową. Najczęściej owi zaciekli entuzjaści rozgłośni radiowych grają mi rmf fm, radiem eska, albo radiem zet. Dobrze, przyznaję się od razu: nie słucham radia (kolejny krzyżyk do prawa jazdy, przy okazji wyznam jeszcze raz, że od 5 lat nie mam telewizora = nie oglądam telewizora). Gdybym miał już słuchać radia, to puszczałbym pewnie program drugi polskiego radia, może jedynkę, bez bólu wrocławskie radio ram, w ostateczności trójkę, pod warunkiem, że redaktor Niedźwiedzki jest po robocie, albo ma potężne rozwolnienie i nie może się zjawić w studiu. Jednak rmf fm, zetka, eska i każda inna sreska przyprawiają mnie nieomal o spazmy, płaczę jak bóbr, płaczę rzewnymi łzami, gdy słyszę te najpopularniejsze polskie rozgłośnie i myślę: Boże! Mój Wielki, Wspaniałomyślny Boże, w jakich to czasach przyszło mi żyć!

Nie wiem, czy jestem takim pechowcem, czy też melomani z Beskidu mają jakoś zalupowane nagrania z tych stacji, ale mniej więcej w czasie jednej na trzy podróże zostaje mi objawione największe credo polskiego artysty śpiewaka z zespołu „Zakopower”, który wyznaje wszystkim słuchaczom, że gdzieś tam pójdzie boso. W następnej kolejności trafia mi się Pati Markowska, którą uwielbiałbym jak nie wiem co, gdyby tylko nie udawała rockmana i nie wyła jakby jej ktoś paznokcie wyrywał. Później płyną bieżące wypływy cudownej polskiej estrady i niezastąpieni redaktorzy radiowi. W przypadku tych ostatnich dostępuję nawet poczucia pewnego rodzaju szczęścia: chwała Bogu nie znam żadnego z nich i mam nadzieję, że nigdy nie poznam.

Kiedy tylko busik wyrusza z ulicy Dawida we Wrocławiu, albo z Morawki w Stroniu, jak za pyknięciem czarodziejskiej różdżki pan szofer sięga do gałki potencjometru i pompuje głośniki do granic rozsądku. Przez pierwsze pół roku walczyłem zaciekle z tą przypadłością kierowców – doskakiwałem do nich z nadętą miną i prosiłem uniżenie o ściszenie radia – lecz ostatecznie wymiękłem, bo choćbym bardzo nawet chciał, to nie jestem Don Kichotem.

Tak oto cała moja oszczędność w gówno się zamienia, bo zyskując sześć złotych, tracę całe pokłady mojego stoickiego spokoju, buddyjskiego opanowania, chrześcijańskiej pogody ducha, a tych nigdy przecież nie miałem za wiele i wskazane jest bym je raczej pielęgnował, niż marnotrawił na lamenty, bez których nie da się znieść objawień polskiego mainstreamu muzycznego i wigoru kierowców.

Po roku działalności Beskidu stałem się świadkiem Cudu na Nysą Kłodzką: pekaesy zaczęły jeździć ze Stronia do Wrocławia za 22 złote polskie! Wolnorynkowa konkurencja przyniosła efekty. Mogłem wrócić do podróży pekaesem bez większego bólu serca; do tego więcej w nich miejsca i kierowcy tego przedsiębiorstwa nie atakują tak podróżnych radiowymi decybelami. Wreszcie, jakoś w lecie usłyszałem od jednego z kierowców kłodzkiej spółki, że bilety na pekaes do Wro będą jeszcze tańsze. I rzeczywiście, w październiku chyba, PKS Kłodzko obniżył cenę do 20 zł. Tak się jednak złożyło, że ostatnimi czasy za dużo nie jeździłem pekaesem, ot, godziny odjazdów mi nie pasowały. I w końcu w popołudnie Święta Zmarłych padło i na mnie. Uiściłem owe dwie dyszki za bilet i usadowiłem się z myślą o podróży, która miała trwać dwie godziny i czterdzieści minut.

A tak w ogóle, wsiadłem do pekaesu bardzo nieprzygotowany. Nie wolno sobie pozwalać na taką swobodę mając w planie podróż pekaesem, oj, nie wolno. Moja wina, nie zauważyłem, że już jesień, że godziny przesunięte i tuż po siedemnastej zapada zmrok. Rzecz jasna, wziąłem ze sobą ze dwie książki, ale żadnej lampeczki nad głową w autobusie nie znalazłem, a o czołówce nie pomyślałem. Tablet, jak na złość, zostawiłem w domu. Za Kłodzkiem było już po czytaniu. Za to trafiła mi się inna atrakcja: owszem, zapłaciłem za bilet tylko 20 zetków, ale okazało się, że nie jadę już pekaesem pospiesznym, lecz zwykłą patatajką. Stawaliśmy w każdej przydrożnej miejscowości, przy każdym przystanku, przy którym stali ludzie. Zamiast po dwóch godzinach i czterdziestu minutach, na dworcu wrocławskim wylądowałem po trzech godzinach i pięciu minutach podróży. Jej ostatnie pół godziny zajęła mi afektacja pełna wstrząsających myśli, które zamierzałem skreślić, by przesłać na ręce starosty kłodzkiego i pani prezes PKS Kłodzko S.A. Było naprawdę nieźle, kiedy podszedł do mnie na głównym jakiś żulik i poprosił o datek. Zanim zdążyłem się odezwać, uciekł szybko i daleko.

Dwadzieścia pięć minut dłuższa podróż. Niby nic, a jednak jest różnica. Po wtóre, w ostateczności klient w takim wypadku jest nabijany w butelkę, ja jestem nabijany w butelkę, bo wprawdzie płacę mniej, ale jadę zdecydowanie dłużej. 120 km w ponad 3 godziny.

Cóż, nie pozostało mi nic innego jak poprosić kolegę budowlańca, żeby mi z roboty przyniósł wiadro stoperów do uszu – wracam do podróży Beskidem.

Tak, wiem. Wszystko wiem: mea culpa, mea culpa, po trzykroć moja wina, że nie mam prawa jazdy. Zrobię je na pewno. W przyszłym roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here