Panoptykon

0
14

Spędziłem prawie 3 godziny na rozmowie z M. dotyczącej obiektywu kamery i aparatu fotograficznego jako determinanta ludzkich zachowań. Dla mnie, foucaultysty, problem ten nierozerwalnie wiąże się z grą władzy.
Zaczyna się od obserwacji w panoptykonie (zakładzie karnym) Benthama, a kończy na kamerach przemysłowych. Po drodze, oczywista, mamy cały melanż, fotografię, kinematografię (nie wyłączając eksperymentów i przemysłu pornograficznego), telewizję, „twórczość rodzinną”, a wreszcie cudo takie jak filmy i zdjęcia robione na telefonach komórkowych. Po drodze w dyskusji mieliśmy Gofmanna, Foucaulta, Luhmanna i kilku innych ludzi znaczących w teoriach społecznych.
Ostatecznie moja teza od kilku lat jest stale ta sama: nasze społeczeństwo dąży do normalizacji, do tego, co Luhmann nazwał państwem bezpieczeństwa socjalnego (czytając go z przerażeniem odkrywałem, że Niemcy niewiele jednak stracili z oświeceniowych koncepcji idealnego systemu, które tak pięknie przepracowali Hegel i Marks; co jest w tym narodzie, że tak dąży wszędzie do ideału?). Aż chciałoby się odnieść do wizji z Nowego wspaniałego świata Huxley’a i w jakimś aspekcie totalności do Roku 1984 Orwella, tutaj jednak zachodzi właśnie różnica między apokaliptycznymi przepowiedniami pisarzy, a wspomnianymi teoretykami.
Dla artystów władza zawsze mieści się jakimś ośrodku zewnętrznym wobec społeczeństwa (to artystycznie o wiele atrakcyjniejsze; po wtóre artysta jakoś tak ufnie wierzy w odwieczny podział na dobrych i złych). Teoretycy są innego zdania: władza już przemieściła się w społeczeństwo, w ciało jednostki. I powoli ją „dyscyplinuje”. Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do coraz większej kontroli, coraz większej ilości regulaminów, nakazów, kodeksów, rozporządzeń (maniakalnym wykwitem jest demokratyczna władza Unii Europejskiej), które zamieniają nasze życie w jakiś funkcjonalny operat działający w ich ramach. Jednostka „ma być” odtąd dotąd, ani mniej, ani więcej. Pragmatyzm, funkcjonalizm, użyteczność. Oto są najważniejsze normy przyszłości. Poza nimi nic się nie liczy.
Chcecie przykładu? Od roku grywam w teatrze amatorskim. To działalność projektowa, gramy proste, krótkie rzeczy. Niekiedy jednak jest to czasochłonne zajęcie, więc rezygnuję z innych planów. I cóż słyszę, kiedy komuś mówię, że nie mogę się z nim spotkać, bo mam próbę? Pytanie: A po jaką cholerę ci ten teatr, co z tego masz? W odpowiedzi wymyślam różne rzeczy. Opowiadam, że to powrót do młodzieńczych marzeń o aktorstwie, albo znów, że jestem uzależniony od adrenaliny, teatr zaś jest dość bezpieczną formą jej wytwarzania i przyjmowania; jeśli mam „specjalnego pacjenta” mówię mu z przejęciem, że to kompensacja ubogiego dzieciństwa, choć nie do końca jestem tego pewien, bo może idzie o głębsze pragnienia, skoro tak lubię się przebierać w różne „kostiumy”. Nic z tego nie przekonuje mojego rozmówcy, nawet tego ostatniego słabo intryguję, to dla niego jakieś dziwactwa, absurdalne chimery i strata czasu. Dopiero, gdy nie mam siły na dalsze tłumaczenia, mówię na odczepnego, że gram dla przyjemności. To jeszcze, jak cię mogę, skutkuje. W końcu żyjemy w epoce życia dla przyjemności.
Ale to nie wszystko. Rzecz w tym, że i ja w ciągu tego roku, najmniej kilka razy, przyłapałem się na pytaniu po co to robię? I pytanie to nie było kwestią artystycznych wątpliwości. Krył się pod nim najprawdziwszy pragmatyzm: nie ma z tego pieniędzy i nigdy nie będzie, nie zrobię kariery aktorskiej. Przyjemność? To blef. Praca w teatrze nie jest wcale przyjemna, przyjemne są udane spektakle zagrane przed publiką. Przyjemni są ludzie, z którymi w teatr się bawię, ale sama praca jest na ogół męcząca i trudna.
Po co zatem to robię? Otóż mimo wieku, uczę się siebie.
A wracając do tematu obiektywu? Czy mnie to tak naprawdę interesuje?
Wychodzi na to, że bardzo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ