Panie Tomaszu, morfinę? Nie, książkę poproszę…

0
48

Panie Tomaszu, morfinę? Nie, książkę poproszę…

Przypominam sobie jak ponad 20 lat temu starałem się być świadomym obywatelem. Uważałem wówczas, że swoistym obowiązkiem mieszkańca ludzkiego świata jest wiedzieć, co się na tym ludzkim świecie dzieje. Czytywałem „Rzeczpospolitą”, zaglądałem do Koszernej, od czasu do czasu brałem do ręki poczytniejsze tygodniki. Co do tych ostatnich szybko zorientowałem się, że niewiele tam się zmienia: wystarczy kupić taki tygodnik raz do roku, by przekonać się, że tematy są dokładnie takie same, zmieniają się daty i personalia opisanych delikwentów. Co do dzienników, to zdawałem sobie sprawę, że często trudno jest interpretować świeże fakty w sposób jednoznacznie odpowiadający linii politycznej pisma. Stąd dawało się wyssać więcej informacji o tzw. realnym świecie.

Dzisiaj dotarliśmy do miejsca, w którym nie ma sensu oglądanie telewizji, warto machnąć ręką na gazety. Zdawało się, że w odwodach informacyjnych mieliśmy jeszcze internet, ale i na jego łamach zrobił się taki syf, że nie warto strzępić sobie nerwów na czytanie tego chłamu, nie warto szukać z w tym wielkim bełkocie faktów; nawet zdjęcia nieustannie kłamią. Bądźmy szczerzy: media osiągnęły absolutne dno. Jeśli narkotyków używamy po to, by wejść w jakiś nieistniejący świat fantasmagorii, to dzisiaj zamiast wydawać kupę forsy na dragi, lepiej poczytać, co piszą media – takie samo, a może i bardziej kacowe ogłupienie.

Ponoć pewnego razu Jan Himilsbach namawiany był do występu w anglojęzycznej produkcji filmowej. Warunkiem była umiejętność mówienia po angielsku, w jego wypadku nauki angielskiego. Himilsbach odmówił, a pytany, co nim kieruje, odrzekł: – Już ja was znam, filmowcy, produkcję szlag trafi, a jak z tym angielskim jak głupi chuj zostanę.

Na drodze socjalizacji nauczyłem się czytać i nawet szczerze pokochałem tę czynność. Czytanie informacji biegnących do mnie ze świata jest czymś ważnym, tworzy moją więź z innymi ludźmi. Kiedy więc zrozumiałem, że tych informacji nie da się dalej czytać, poczułem się jak Himilsbach po fakcie, którego ofiarą wszakże nie padł. On dał się wyłgać, ja zostałem z umiejętnością czytania jak ten głupi chuj.

Szybko jednak opanowałem emocję ofiary. Nic nie straciłem. Wprost przeciwnie, uwolniłem się od medialnego szamba, by iść do najpiękniejszej, najczystszej, pierwotnej chyba funkcji czytelnictwa: czytania książek. Nie muszę już czytać książek w tych krótkich impastach życia, pojawiających się gdzieś między obowiązkową lekturą wypływów central informacyjnych, gdzieś w czasie do poduszki i na muszli klozetowej. Mogę bezczelnie czytać, kiedy chcę i zarazem lektury najbardziej oburzające – klasykę literatury.

W jakiś radosny sposób przeczuwam także, że upadek roli mediów jest bliski i zaprocentuje coraz większym powrotem do czytania książek, do tego, co jest na papierze i nie znika po godzinie emisji, nie jest kasowane po kwadransie publikacji w sieci, co będąc na papierze – ze względu na rodzaj papieru – nie nadaje się nawet do palenia w piecu, albo wytarcia dupy.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZ życia kaowca
Następny artykułFejsbuk srejsbuk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ