Pandemia a kryzys państwa. Po rozmowie z Ewą.

0
28

W pigułce. W moim przekonaniu mamy do czynienia z głębokim kryzysem (chorobą) instytucji państwa (administracji państwowej, systemu państwowego) i bynajmniej nie chodzi o jej niemoc wobec pandemii. Karta całej choroby przedstawia niezwykle złożony obraz, dlatego ograniczę się do opisu kilku tylko jej wycinków.

Pierwszym poważnym symptomem kryzysu toczącego państwo od dłuższego czasu, było pojawienie się w wielu demokracjach u sterów władzy populistów z różnorakim stopniem przechyłu ku ksenofobii, nacjonalizmom i różnym formom zmiękczonego faszyzmu. Pojawienie się tego typu władzy powinno raczej wskazywać na umacnianie się (lub zdrowienie) państwowości rozumianej jako wytwór danej narodowości. Paradoksalnie jednak jest wręcz odwrotnie – mamy do czynienia z pierwszym, bardzo już widocznym paroksyzmem systemu.

Jak wiemy systemy państwowe są wynalazkiem relatywnie nowym (głównie XIX w.), który jednak nigdy nie osiągnął propagowanego w konstytucyjnej autoreferencji sukcesu (równouprawnienie, sprawiedliwość, praworządność, opieka medyczna, oświata itp.); skądinąd nie mógł tego osiągnąć, ponieważ jego celem nie było egzekwowanie konstytucyjnych praw, lecz ukrycie instytucji władzy w przemieszczeniach porządku publicznego. Państwo jednak funkcjonowało mimo przeróżnych perturbacji – kryzysy gospodarcze, wojny itd. – dekada po dekadzie, ponieważ wszelkie jego dysfunkcje dawały się usprawiedliwić zewnętrznymi przyczynami (ostatecznie nawet wewnętrzny wróg na końcu opłacany jest z zewnątrz). I co równie ważne: nie pojawiała się żadna realna alternatywa dla tego systemu społecznego, nic, co by państwu mogło zagrozić. Ale wszystko do czasu, w końcu musiało się znaleźć pierwsze prawdziwe zagrożenie – korporacja ponadnarodowa.

Korporacje ponadnarodowe to żadna nowość, znamy wszyscy opowieści o kapitalistycznych krwiopijcach, o wysysających soki polskiego robotnika i narodu kompaniach niemieckich, francuskich, amerykańskich itd. Nie mam cienia wątpliwości, że było tak przez dziesiątki lat, coś się jednak w tym okrutnym pejzażu zaczęło w pewnym momencie zmieniać. Jestem daleki od generalizacji, ale ponieważ nie mam tutaj miejsca, posłużę się skrótem: właściciel korporacji nie widzi już w jej pracowniku tylko armatniego mięsa: ciała i pracy, którą to ciało musi wykonać, pojawia się „kapitał ludzki”. Oczywiście właściciel korporacji nie zmienił się wcale, dalej jest pazerną świnią, zmieniła się jednak sytuacja, w jakiej się znalazł. Składa się na nią znowu wiele czynników, ale pozostańmy przy dwóch najważniejszych: prawie stanowionym przez systemy państwowe (które ma dbać o interes obywatela) i zmianie istoty kwalifikacji zawodowych pracownika (rosną wymagania specjalizacyjne, więc rotacja pracowników nie jest pożądana z uwagi na koszt ich kształcenia). Właścicielowi, chciał nie chciał, nie pozostaje nic innego, jak pojmowanie pracownika w formie „kapitału” ludzkiego, o który trzeba jednak dbać (trochę jak o swoją własność). I tutaj właśnie pojawia się główne zagrożenie państwa – korporacja zaczyna z wolna przejmować jego obowiązki. „Światlejsze” korporacje (nie mówimy tutaj jeszcze o Chińczykach czy Koreańczykach) najnormalniej w świecie inwestują w posiadany przez nie kapitał ludzki: tworzą fundusze socjalne, wspierają kształcenie, wnoszą dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne itp. Wiemy, że – niezależnie od państwa, w którym działają – na ogół nie są to żadne rewelacje, ale i tak zmienia to wagę władzy państwowej w globalnym układzie. System państwowy, którego wrodzoną cechą jest niewydolność i dysfunkcyjność (różne są tylko ich stopnie natężenia w różnych przestrzeniach podsystemów) jest zastępowany przez instytucję/system, który, o dziwo, jest w stanie o wiele skuteczniej zabezpieczyć jednostkę i rodzinę z wielu różnych stron. W dupie mam każdą administrację, której płacę za usługi niebagatelne pieniądze, a ta nie realizuje owych usług w dostatecznym stopniu. Mam ją w dupie, o ile mam alternatywę.

Pamiętajmy, że jest to tylko pierwszy z wielu punktów listy zagrożeń państwa, tworzonej przez korporację. Za nim idzie odsysanie zysków z państwa, resentymenty historyczne wobec innych nacji, różnice kulturowe itp. Państwo, system państwowy zaczyna nieświadomie puszczać po nogach, drży w obawie przed utratą władzy na rzecz ponadnarodowej korporacji.

Jedną z myśli przyświecających polskim reformatorom w 1989 r. było tworzenie systemu, w którym państwo ingerowałoby w życie obywatela na minimalnym poziomie i wyłącznie w jego interesie. Cóż, dzisiaj mamy kilkaset tysięcy urzędników państwowych, niebywały rozrost biurokracji i biurokratyzacji i tak dalej i tym podobnie. I być może miałoby to sens, gdyby ten system działał. Ale on nie może działać. Czy jednak system jest sprawny, czy nie – nie ma znaczenia, znaczenie ma samo jego istnienie. Drżączka państwa nie jest strachem przed całkowitą atrofią jego wpływów. Rzecz w tym, że państwo nie chce oddać ani piędzi zajętego przez siebie terytorium i zrobi wszystko, żeby gdzie się da legitymizować w każdy możliwy sposób wartość swojej władzy, choć jego obecność niczego prócz gnoju w to miejsce nie wnosi.

Państwo w dzisiejszym świecie jest potrzebne, bo tylko ono może być przeciwwagą dla korporacji, której wrodzoną cechą jest niestabilność. Tylko państwo jest w stanie obronić jednostkę przed zagrożeniami płynącymi ze strony każdego typu pracodawcy i znajdę jeszcze dziesiątki powodów, dla których państwo powinno dalej istnieć, ale już setek ich nie znajdę, choćbym z reflektorem szukał.

Tegoroczna pandemia jest na tym tle zjawiskiem niesamowitym. Oto w całej rozciągłości widzimy niewydolność państwowych systemów, które powinny być przygotowane na tego typu klęski. Nie mam na myśli faszystowskich metod, stosowanych na Dalekim Wschodzie, ale służbę medyczną z potężnym arsenałem, który pozwalałby na natychmiastową diagnostykę i idące za tym metody izolacji przypadków. Państwa po prostu nie radzą sobie z tym problemem, ale nie ma mowy, żeby jebani politycy przyznali, że nie dbają, nie dbali i nigdy nie będą dbać o nasze bezpieczeństwo. Wprost przeciwnie, stosując najróżniejsze metody (w Polsce to taktyka jak najmniejszej diagnostyki, kłamstw w temacie przyczyny zgonów i niesłabnąca propaganda sukcesu ze słomianą tarczą na czele) „pokazują” nam, że robią wszystko, co mogą, byśmy przeżyli, są naszymi wybawcami, patronami, naszą opoką. Tak za pomocą taktyk komunikacyjnych, totalną klęskę przerabia państwo na legitymację do sprawowania władzy. Rzygać się chce.

I jeszcze jedno: kto oberwie całkiem porządnie w wyniku zamknięcia przez państwa granic, zahamowania wymiany handlowej, zatrzymania produkcji? Ci mali przedsiębiorcy – choć realnie to oni „zginą” – to tylko niewinne ofiary w walce wielkich parchów, które wytwarza społeczeństwo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ