Blog Strona 3

„Dla kogo pan śpiewasz?!” – „Dla Ljudzi!”

0

 

„Dla kogo pan śpiewasz?!” – „Dla Ljudzi!”

Wydawałoby się, że odkrywanie mojej Morawki – osiedla w Stroniu Śląskim – nie ma już miejsca

„Dla kogo pan śpiewasz?!” – „Dla Ljudzi!”
Wydawałoby się, że moje odkrywanie Morawki – osiedla w Stroniu Śląskim – nie ma już miejsca. Pozostaje wyłącznie nuda porannych kosiarek i popołudniowych pił motorowych, w lepsze – jak pisała Dąbrowska – dnie, siekieromłotów walących w mohutne kliny, wreszcie pierdzących jak Bawarczycy skuterów. Egzystencjalna szarzyzna. Ale nie, nic z tego. Otóż już w zeszłym roku pod moimi oknami kilkakroć pojawił się pewien społeczny fenomen… który sam nie wiem jak zwać… Ławka Rezerwowych? Opera Kibiców? W każdym razie rzecz polega na tym, że około północy na stojącej przy mojej kamieniczce, zaopatrzonej w wygodny stół, ławeczce – za dnia siadają przy niej nobliwe panie – pojawia się iście operowa ekipa i rozpoczyna wspaniały spektakl muzyczny. W akompaniamencie tubalnych rozmów na nieznane mi tematy, które chór toczy w stylu murmurando, pojawiają się niezwykłe arie solisty.
– Pol! Biał! Cze! Kry! Lu! Pol! Biał! Czerw!
W życiu nie czytałem libretta tej serenady, a jednak znam je tak serdecznie. Słodkości rodzimego patriotyzmu są mi obmierzłe do cna, gdy brzmią z głośników politycznego reżymu, kiedy jednak rozlegają się pod moim domem, otwieram wszystkie okna i słucham z uśmiechem. Nieraz do drugiej w nocy.

Krople rosy

0

Krople rosy
Rankiem wstałem nieszczęśliwy, że wstałem. Nawet się zdziwiłem.

Krople rosy

Rankiem wstałem nieszczęśliwy, że wstałem. Nawet się zdziwiłem. Na ogół wstaję jak tabula rasa, znikąd spływają na mnie melodie starych przebojów Franka Sinatry, Deana Martina, Ewy Bem i Alibabek. Postawiłem czajnik na gaz. Jego szemranie przygłuszyło sąsiedzkie ruszenie z parkingu, który mi burmistrz Łopusiewicz wylał pod oknem. Chyba z pięciu wystartowało jak w Grand Prix Bahrajnu. Uciekłem do łazienki, wysikałem miraże nocy, przemyłem wodą oczy. Dzielnie wróciłem do kuchni, zalałem kawę i postawiłem na blacie. Postanowiłem nie poddać się nastrojowi. Usiadłem do stołu i otworzyłem notes, zdjąłem obsadkę pióra. Tym bardziej, że za plecami miałem otwarte okno, zza którego do mieszkania wlewało się poranne słońce z całym ptasim ambarasem. Ledwie skreśliłem pierwsze słowo, z oddali dotarły do mnie groźne odgłosy wiosennej ofensywy: szwadron kosiarzy z zakładu komunalnego zaatakował trawniki na Morawce. Resztki trawników. Pobłogosławiłem w duchu burmistrza Łopusiewicza, że tak ładnie większość z nich wyłożył asfaltem i wybrukował pięknie betonem. Kosiarze umysłów przeszli bokiem jak wczorajsza popołudniowa chmura, która zlała sążniście Lądek, na Stronie nie zrzucając ani kropli. I tak, pomyślałem, że mam po ptokach. „Dupa z czytaniem, chuj z popisaniem”, jak mawiał defetysta Miauczyński Adaś. Uparcie skreśliłem drugie słowo, uniosłem pióro nasłuchując koniecznego w takich seriach tsunami… Ale nie, nic… Tylko sektor ptasi nadaje niezmordowanie… Poza tym cisza… Piszę…

Każdego dnia zupełnie nieświadomie zaklinam rzeczywistość, wierzę tępo w to, że panuję nad nią, trzymam ją w ryzach umysłu, nie pozwalam jej hasać własnymi ścieżkami. Co więcej, zdaje mi się, że jestem przygotowany na każdy podmuch Chaosu, na każdy obrót koła obłąkanej Fortuny. Od czasu do czasu dociera jednak do mnie, że to nie Chaos, nie Fortuna, lecz ja jestem wariatem. Jestem zupełnie szalony, jeśli choć myślę, że rzeczywistość da się zakląć. Wierzyć w to jest już zupełnym obłąkaniem.

Kawa do połowy wypita zastyga w kubku. Nabieram nagłego rozpędu: łazienka, zęby, ręcznik, krem, pokój, spodnie, skarpetki, przedpokój, buty, bluza, torba, wróć! notes, okulary do torby, do roboty, do pracy, kaszkiet na głowę, wybiegam.

O tej porze na przystanku zawsze czeka kilka osób. Na krawędź pętli podjechał busik Beskidu. Usiadłem, wyjąłem telefon, żeby napisać do Izy. Temat pojawił się nagle. Moja klątwa, skaranie boskie, potępienie niewiernego. Wcale nie żartuję: na dziesięć podróży komunikacją publiczną, trzy z nich odbywam słuchając faceta, który wyje, że pójdzie gdzieś boso. Jakaś cholerna anatema! Schowałem szybko telefon, żeby nie skreślić do Izy całej litanii narzekań, przekleństw, złorzeczeń. Kusiło mnie, ale po co jej moja złość?

Tsunami jednak musi nadejść, myślałem, na kolejnym przystanku wsiądzie zaperzony wierzyciel, porzucona kiedyś kochanka, w najlepszym razie rozmodlony dżihadysta z malutkim detonatorem. Jest kilka osób i nieznośny brak zagrożenia… Ale jest co innego. Na odwyrtkę. Są moje perełki na dnie.

C. i Z. Pierwszy trzydzieści kilka lat, drugi pod pięćdziesiątkę, ale na oko rówieśnicy. Powszechnie znani. Obaj na wytłumiaczach, z obwisłymi nieco ramionami, o twarzach pozbawionych mimiki innej, niż fizjologiczne grymasy. Siadają tuż za mną. Ich rozmowa to zlepek wolno wypowiadanych fraz, które z trudem zamykają się w ledwie czytelną wypowiedź.
– Ale ta pogoda dzisiaj…
– Wczoraj, kurde, wczoraj normalnie siedziałem, a tu jakiś krzyk kobiety słyszę i, kurde, patrzę, a tu gościu jakiś kobiecie torebkę, kurde, wyrywa i ucieka… (Pauza z ciamkaniem i połykaniem pomysłów na rozwój narracji.)
– Ale te ludzie to są…
– To żem się zerwał, kurde (namysł nad kolejną sekwencją scenariusza), pobiegłem i dopadłem gościa, zabrałem mu te torebkę i mówię, co ty, gościu, myślisz, że ja biegać nie potrafię? (Słyszę lekkie pochrumkiwania… świnka wietnamka? młody buldożek francuski?) Gościu normalnie, kurde, myślał, że ja biegać nie potrafię, a ja żem go dogonił i złapał za wszarz, co ty, kurde, gościu, myślisz, że ja szybki nie jestem i cie nie złapię? Żem mu powiedział i żem, kurde, zabrał torebkę.
– Tną te drzewa jedno za drugim…
– I oddałem torebkę, kurde, kobiecie (krótka pauza, bo nie ma czasu na fantazje) a ta szczęśliwa była jak nie wiem, bo w środku i szminki, kurde, i lusterka, pudry jakieś.
– Jak milicjant…
– Pewnie, kurde, bo ja bym chętnie został milicjantem (pauza na wizję wymarzonej policyjnej roboty – biegania za łotrami). Wystarczająco, kurde, szybki jestem (zassanie śliny wymykającej się kącikami ust na brodę), ale cały problem to egzaminy do takiej, kurde, milicji…
– Do gołej ziemi tną (przerwa dla myśli kolebiącej się nad głową). I po co im tyle tego drzewa? Po co?
– Ta pogoda, że nie wiadomo jak się ubrać. Ciepło będzie?
– Też bym do milicji… Dziewczyny milicjantów lubią…
– Patrz, patrz ile tych, kurde, drzew wycieli! Pewno na deski…
– Policjantów lubią… Milicjantów nikt nie lubił…
Wysiadają na tym samym przystanku. Puszczam ich przodem, asystuję im w drodze, bo idziemy w tę samą stronę. W końcu panowie skręcają.

Szedłem do CKIR-u uśmiechnięty, zapamiętywałem zasłyszaną przed chwilą rozmowę. Byłem szczęśliwy, nie bałem się już lawiny codzienności, pod którą zaraz wejdę. W weekend zagram w totolotka, rzuciłem w myśli, wygram te sześćdziesiąt baniek, w końcu, jak widać, w czepku jestem rodzony.

I wygrałbym. Tyle, że zapomniałem zagrać.

Kim, do kurwy nędzy, jest Anna Frank?!

1

Ja to już we wczesnej młodości dokonałem – na własne konto – sekularyzacji wszelkich dóbr kultury; tych już poznanych i tych, które zaocznie skazałem – Biblii nie wyłączając – na wypływy choćby i genialne, to jednak ludzkie, no, arcyludzkie najwyżej. Zgoda, wciąż tam jeszcze ulegałem kolejnym fascynacjom, ale były to miłostki pompowane moją z góry założoną niewiernością i ani mi w głowie stanęło zatrzymanie się, by pobudować komuś ołtarzyk z tabernakulum mieszczącym jego dzieło. Prułem wprzódy po kolejnych truchłach przed chwilą jeszcze wypełnionych życiem książek, filmów, obrazków i rzeźb, wciąż pragnąc czegoś bardziej nowego, bardziej poruszającego, zmuszającego mnie do jeszcze odważniejszych autowiwisekcji, bo w ostateczności tylko to się liczyło, jak głęboko w siebie zdołam za sprawą literatury i sztuki wejrzeć. Gdy jednak teraz wspominam tamte lata, myślę, że najważniejsze wcale nie były autopsychoanalizy wywoływane kolejnymi lekturami, czy filmowymi seansami, lecz te momenty zetknięć z nowym, chwile prawdziwych olśnień, lub tylko euforycznych eksplozji, o które zawsze przyprawiało mnie przekraczanie granicy znanego, wchodzenie w nieznane.

Kilka dni temu, w niedzielę chyba, rozpoczął się XX Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena organizowany przez madame Penderecką. Trochę śmieszna ta świąteczna nazwa, ale pal sześć, bo chodzi o co innego: w trakcie inauguracji festiwalu – czyli fanfar na cześć sponsorów – wybuczany został w najlepsze obecny minister kultury, niejaki Piotr Gliński. Tego samego dnia w internecie radośnie komentowano to wydarzenie, następnego zaś w prasie i innych mediach na różne już sposoby. Ogólnie, rzecz jasna, podkreślano „polityczny charakter” tego wydarzenia, ale znalazł się też jeden wielbiciel sztuki, prawdziwy obrońca kultury. W Natemat.pl czytamy: Nie wszystkim ze środowiska to się podobało. Andrzej Łukasik, wiceszef Towarzystwa Przyjaciół Muzyki im. F. Chopina, takiego zachowania nie zamierza pochwalać i tolerować. – Miejsca tak kulturalne jak teatr czy filharmonia powinny być dalekie od chamstwa. Trochę idę na skróty, ale niektóre rzeczy graniczą z bardzo nie eleganckim zachowaniem. Dlatego nazywam je po imieniu. Istnieją granice, których nie wolno przekraczać – mówi*.

Co do ministra Glińskiego, to za chwilę do niego wrócę, na razie jednak o wypowiedzi prezesa kieleckiego stowarzyszenia.

Jakiś rok temu byłem z ekipą Teatru Stąd w Grójcu na takim maluśkim grójecko-lądeckim festiwalu teatralnym. W ciągu dwóch dni jego trwania widziałem (ale przede wszystkim słyszałem) podczas spektakli m.in.:
– babę ciamkającą mordoklejkę, której celofanem szeleściła mi później z dziesięć minut,  dopóki jej nie opierdoliłem, bo na scenie leciał jakiś monodram i nic nie słyszałem przez to jej miętoszenie; nerwowy jestem w takich razach bardzo;
– babę – siedziała pośrodku widowni w towarzystwie koleżanek chyba – umawiającą przez telefon komórkowy wizytę pacjentki w swoim gabinecie ginekologicznym (na scenie – znowu jakiś wymagający skupienia spektakl);
– dziadka przemierzającego salę w zimowych butach, które skrzypiały jak podłoga w dwustuletnim domu, albo jakby same były z desek tej podłogi sklepane; skądinąd byłem pewien, że dziadzio przed chwilą wyszedł ze stawu, albo urwał się z grupy grającej gdzieś obok Niech sczezną artyści.
O dziwo jednak doszło do tego, że przekroczyłem swoją irytację, gniew i tak zwany wkurw, by w obronie przed zupełnym szaleństwem, przypomnieć sobie, że zaraz, zaraz, przecież teatr w swych pierwocinach wcale nie był żadnym sanktuarium, jakąś świątynią sztuki, namysłu, dumania itd.

I nie mam wcale na myśli prymitywnych plemiennych form, jasełek czy innych jarmarcznych fizdrygałek, wprost przeciwnie, chodzi mi o teatr wysokiej próby: starogrecki, hiszpański i elżbietański. Cóż, wprawdzie moja wiedza w kwestii obyczajów widzów tamtych epok jest niewielka, ale z tego, co wiem, nie byli to zbyt poprawni konsumenci kultury. Trudno się dziwić, nie modlili się przecież w kościelnej nawie, albo bóżnicy czy innej synagodze, bo do teatru szli po solidną rozrywkę z morałem, który mógł być znakomitym pretekstem do dyskusji w gronie rodziny i przyjaciół. A czy opera była inna? Ludzie szli na operowe przedstawienia zaopatrzeni solidnie w wiktuały i gąsiory napojów, zupełnie jak jeszcze kilka lat temu na mecze żużlowe, szli całymi rodzinami.

Oczywiście, teatr i opera znacznie ewoluowały od czasu ich plebejskich, ludycznych, odpustowych początków. Ajschylosa, Lope de Vegę, czy Szekspira był w stanie zrozumieć prawie każdy, a weź teraz i wybierz się do teatru i zrozum takiego Ionesco, zakumaj Becketta, ba, co tam autorzy! Tych możesz w domu sobie poczytać, teraz się idzie na Ionescę Klaty, Becketta Skotnickiego, Dostojewskiego Wajdy, Jelinek Marciniak! No, spójrzmy, na ten przykład ostatni właśnie, bo  poszliśmy niedawno na skandalizującą Śmierć i dziewczyna: człowiek siada gdzieś na balkonie, kurtyna się unosi i zaczyna się przedstawienie, i tak patrzysz i słuchasz i tak próbujesz zrozumieć o co im tam na scenie chodzi, naprawdę chcesz pojąć „kim, do kurwy nędzy, jest Anna Frank?!” Ale że się do spektaklu nie przygotowałeś, nie posiadłeś „odpowiedniej kompetencji”, toś w dupie czarnej. Szybko więc na fali niewiedzy rośnie złość (wypadłem z obiegu czy co? się stary zrobiłem, bo nie pojmuję? czy nie przegapiłem czegoś? itd.) i nie daj Boże, żeby ci ktoś nagle zaczął obok żreć popcorn, paplać przez komórkę, albo podrywać kobitkę z sąsiedniego fotela – lanie w mordę nieuniknione. Dopiero po kolejnym kwadransie orientujesz się, że tutaj o nic nie chodzi, że dałeś się jak byle gówniarz nabrać jakiejś lasce co ma dyplom reżysera i jedyne, co ci zostaje w tej sytuacji, to cieszyć się, że przynajmniej aktorzy unieśli sztangę, że przynajmniej oni dali z siebie ile można, by ten bełkot cię nie zamęczył, no i że drogo cię to nie wyniosło. I w końcu później o spektaklu możesz powiedzieć: – Ty wiesz, byłem na tej Śmierdzącej dziewczynie. – Że jak? – ktoś zapyta na to. – No wiesz Śmierdzi dziewczyna, ha, ha. – I co, i co? Była ta pornografia? Była? – Gówno tam było! – odpowiadasz i ciągniesz z kufelka potężny łyk piwa.

A zatem wszystko płynie. I sam teatr, jak widać, ewoluował, zmienił się również widz i charakter jego uczestnictwa w tym wydarzeniu, zmieniły się powody, dla których do niego chodzimy. Dzisiaj spora część odbiorców teatru, opery, filmu itd., w żaden sposób nie konsumuje ich w ramach jakichś własnych praktyk intelektualnych czy duchowych. Fakt, że po prostu nie posiadają do tego zdolności niczego nie zmienia – ludzie ci uczestniczą w tego typu kulturze z uwagi na jej dystynkcję. To trochę jak z pewnym typem „narciarzy”, którzy kupują najdroższy, najbardziej kolorowy sprzęt narciarski, kostiumy, kaski itd., jadą do kurortu i stoją w tym sprzęcie gdzieś na stoku, robią sobie zdjęcia, przy czym o jeździe mowy nie ma. Mówiąc wprost, to się nazywa snobizm. Konsumpcja pewnych dóbr kultury w mniemaniu pewnych grup społecznych nobilituje, uszlachetnia, podnosi społecznie.

Ja doceniam sztukę i czasami nawet poważnie ją traktuję, doceniam dobry teatr, film, jakiś ładny landszaft czy figurę św. Trójcy na rynku w Lądku-Zdroju. Co więcej, za wspaniały uważam fakt, że istnieje przestrzeń ludzkiej aktywności, w której znikają różnice klasowe, problemy ciężaru kieszeni, pytania o poziom i rodzaj wykształcenia, bo takie możliwości daje współudział w kulturze: literaturze, sztuce, muzyce. Z trudem jednak znoszę, albo raczej nie znoszę wcale robienia ze sztuki świętości, a z teatru czy gmachu opery świątyni. No bo cóż to znaczy – świątynia sztuki? Czy to znaczy, że Andrzej Łukasik, flecista z Kielc, w teatrze lub filharmonii nie sika, ani kupy nie robi, że siku i kupę zabiera do domu, albo do knajpy, do której po spektaklu idzie na kawę, lub wyszukanego drinka (po wizycie w świątyni nie wypada wszak najebać się browarami, albo wódą, lecz Courvoisierem, Lagavulinem, albo Metaxą 12, to jak najbardziej kulturalne)?

Kończąc temat „świątyni kultury”, uważam, że zachowanie kulturalne oznacza tyle, że nie należy przeszkadzać innym w odbiorze dzieła, które ma być w teatrze, filharmonii czy operze prezentowane. Nie widzę problemu w tym, że ktoś kogoś – szczególnie zaś ministra Glińskiego – wybuczał w filharmonii, o ile nie przeszkodziło to nikomu w późniejszym odbiorze Beethovena. Tak samo nie widzę problemu w tym, że posłanka Pawłowicz plecie bzdury o Wisławie Szymborskiej, a rzeczony minister Gliński wypowiada się na temat spektaklu, którego nie widział itd. Sztuka nie może być hermetycznym słoikiem, przestrzenią świętych przywilejów, zoną tabu, na którą nie wolno wpuszczać profanów, wprost przeciwnie – są jej bardzo potrzebni, może nawet niezbędni, taka jest bowiem natura rzeczy na tym padole: istnieje zboże i plewy, które trzeba od niego oddzielać. I myślę, że dla wolności sztuki o wiele groźniejszy jest Andrzej Łukasik, flecista z Kielc, ze swoją dulszczyzną, niż posłanka Pawłowicz ze swoją szczerą, wspaniałą głupotą. Flecista z Kielc szkodzi sztuce o wiele bardziej od słuchaczy, którzy wybuczeli ministra.

Tak oto ze świątynią może i skończyliśmy, ale nie skończyliśmy z klasowym charakterem udziału w kulturze. Niestety, tutaj właśnie pies pogrzebany, bo tu objawia się cały paradoks kondycji, a w zasadzie społeczna paranoja, w jakiej utknęła sztuka i jej rola we współczesnym świecie: z jednej strony jest to przestrzeń niezwykłej wolności, w której rozpływają się nasze role społeczne i przydziały klasowe, z drugiej jednak sam akt wejścia w tę przestrzeń, sam fakt konsumowania jej dóbr wyraźnie określa nas społecznie, wtłacza nas w pewną grupę, wydziela z innej.

Podziału tego nie widać jeszcze tak dobrze w przypadku czytelnictwa – wszak lektury czytamy raczej indywidualnie – jak w przypadku uczestnictwa w wernisażu czyjejś wystawy, szczególnie zaś w przypadku muzyki, o ile bowiem w domu możemy sobie serwować, co nam się podoba, o tyle udział w koncertach i festiwalach jest już publiczną manifestacją przynależności do określonej grupy odbiorców.

W ostatnią sobotę wybrałem się z Izą, jej przyjaciółką Elą, Natalią i Witkiem na koncert pianisty jazzowego Brada Mehlda’u do Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu. Miesiąc albo dwa cieszyłem się z tego pomysłu. Niewielu jest żywych artystów, na których występ wybrałbym się bez narzekania, a tu proszę, taka gratka. Nie byłem na Jarrecie w Köln w 1976., to chociaż będę na koncercie Mehldau’a we Wro w 2016.!

Muzykę „Brad Mehldau Trio” – ze sporą kolekcją ECM Records, dla której wprawdzie sam nic nie nagrał – polecił mi mój Synuś kilka lat temu. Szybko nasyciłem się tym ich koncercikiem z 2008 r. i poczuwszy głód, zabrałem się za słuchanie kolejnych płyt i solowych nagrań pianisty. O! A tak występ Mehldau’a zapowiedziało NFM na swojej stronie:

mehldau do tekstu

Straszne dziecko jazzu, nieźle, prawda? Nie będę się jednak dalej rozlewać nad „postacią” Mehldau’a, który uważany jest obok Keitha Jarrett’a za jednego z największych improwizatorów fortepianu w historii jazzu – osobiście dodałbym do nich Komedę – ale opowiem krótko o samym koncercie.

Nie jestem muzykiem, więc nie powinienem mówić tutaj o profesjonalizmie tego, co Mehldau we Wrocławiu zaprezentował. O tym krótko, lecz sensownie pisze Magdalena Talik:

http://www.wroclaw.pl/brad-mehldau-w-nfm-rewelacyjny-koncert

Jestem za to melomanem, wielbicielem jazzu, który w pewnych jego kanonach jest nieźle osłuchany, co daje mi podstawową kompetencję do odbioru tej muzyki – wybitną przyjemność wynikającą z jej słuchania. Co więcej, jestem całkiem nieźle obyty w różnych wydarzeniach artystycznych, mogę więc z pewnym dystansem spoglądać na całość przedsięwzięcia, nie tylko jego artystyczną stronę.

Była to moja pierwsza wizyta w tym przybytku NFM. Obiekt robi spore wrażenie i wielką frajdą jest przebywanie w nim w chwili, gdy dosłownie pachnie jeszcze świeżością. Już w środku, w wysokim holu, miałem wrażenie, że wsiadłem pod pokład potężnego, oceanicznego statku. I rzeczywiście w pewien sposób była to podróż transatlantycka.

W foyer Sali Głównej KGHM tłum w stonowanych strojach, za to w różnym wieku; choć nastolatków nie widziałem. Publiczność – taki widać był zamysł organizatora, bo wszystkie bilety zostały wyprzedane – wypełniła parter i pierwsze piętro sali, a biorąc pod uwagę, że sala ma 1800 miejsc, przypuszczam, że widownia liczyła ok. 1000 osób. Ponieważ pianista nie odwiedzał w Polsce innego miasta poza Wrocławiem, założyłem, że w NFM pojawili się wielbiciele jego twórczości z całego kraju. Na scenie fortepian, przed nim krzesło. I to tyle. Asceza. Zanim przygasną nieco światła, Witek mówi, że jakiś jego koleżka pracuje w Forum i koleżka ów opowiadał, że przez dwa dni szukali dla marudnego Mehldau’a odpowiedniej dla jego potrzeb… ławy do fortepianu.

Po krótkiej zapowiedzi organizatora, na scenę wychodzi facecik w koszuli w kratę, bordowych spodniach i tenisówkach. Nie wiem czego oczekiwałem, lecz jego skromność trąci mi mocno bufonadą. Ale co tam! Mehldau kłania się, bez słów siada przed instrumentem i zaczyna grać.

Artysta podzielił koncert na dwie niejako części, a na żądania publiczności powiększył o cztery bisy. Pierwsza część występu rozczarowała mnie, najpierw dlatego, że sam początek słabo słyszałem (nie wiem czy nie uruchomiono jeszcze nagłośnienia, czy może ja sam nie byłem po prostu wyciszony), po drugie, bo miałem wrażenie, że Mehldau maca się jeszcze z instrumentem, wyczuwa go, że rozpoznaje akustykę sali i energię przyniesioną przez publiczność. Do tego maniera skromności, z jaką wyraźnie się obnosi, aż nadto mnie bawiła. Widać jednak chłop poczuł wreszcie dobrą chemię, bo po krótkiej i niezwykle – a jakże – skromnej wypowiedzi, zrobił mi takie pranie mózgu, że sobie nawet przypomniałem, co realnie oznacza słówko katharsis. Grał po prostu fenomenalnie, a kiedy otwierał się w kolejnych frazach, czułem to, co czuję zawsze zbliżając się do końca dobrej książki: czy to musi się kończyć? Później były jeszcze doskonałe improwizacje na bisach i tak, zamiast 90 minut, koncert trwał 110, co u muzyków tego pokroju nie jest częste.

Z jednej strony wrocławski koncert Brada Mehldau’a był wyjątkowym wydarzeniem artystycznym, które mógłbym porównać do koncertów w ramach Festiwalu Chopinowskiego, z drugiej jednak – podobnie jak one – wymagał od słuchaczy wrażliwości i osłuchania, jakimi nie cieszą się wszyscy ludzie, ba, mało kto takie zdolności posiada. Bądźmy szczerzy, ile znam osób, które słuchają Jarrett’a, albo Mehldau’a?

Pisząc ten tekst, przez cały czas zastanawiam się nad pytaniem: co mi daje prawo do tego, by twierdzić, że udział w sztuce, w kulturze wysokiej – a to przecież tak naprawdę tutaj twierdzę – jest bardziej wartościowy od udziału w innych ludzkich pasjach? Dlaczego idąc do „Domu Klahra” na koncert Ani Rejdy, czuję się lepszy – ponieważ lepiej spędzam czas – od gostka, który w tym samym czasie ogląda na telewizorze mecz Barcy lub Bayernu? W czym jawi się ta różnica, tym bardziej, że pewnie i tak obaj po równi się nawalimy, on browarami przed telewizorem, ja w knajpie śliwowicą, albo zwykła luksusową? Z punktu widzenia społeczeństwa niczym się nie różnimy i nie mam prawa do poczuwania się lepszym, a już szczególnie do wygłaszania takich twierdzeń. A jednak upieram się przy tym…

Podstawowa różnica między nami wynika z potrzeb, dla których doświadczamy, on kibicowania piłce nożnej, ja konsumowania sztuki. On od swojego doświadczenia oczekuje li tylko radosnej przyjemności. Ja również oczekuję przyjemności, ale moje żądania na tym się nie kończą, wprost przeciwnie, tutaj dopiero się zaczynają. Idąc na koncert Brada Mehldau’a oczekuję olśnienia, żądam wewnętrznego przeżycia, którego nigdy dotąd nie dostąpiłem, czytając Podróż do kresu nocy pragnę poszerzenia świadomości, przekroczenia wszystkich dotychczasowych przeżyć w obcowaniu z literaturą. Tak, to znowu jest ta pogoń za nowym, nieznanym, poszukiwanie za pomocą sztuki własnej terra incognita. I kiedy on oczekuje gry w oparciu o znane zasady – których nie wolno przekraczać – to ja oczekuję gry, która przekroczy wszelkie znane mi dotychczas kanony, wyniesie mnie, wyrzuci na obszary obce.

Z pewnością dla większości moich zacnych Czytelników niniejsze rozważania to farmazony, jakich mało, ale i tutaj właśnie – w ich odbiorze tego tekstu – jawi się różnica głębsza i o wiele bardziej fundamentalna od powyższej: ja ze swobodą mogę doświadczać przyjemności kibicowania futbolistom, tego symbolicznego gostka tymczasem nie stać na jakiekolwiek głębsze przeżycie wywołane obcowaniem ze sztuką, literaturą, muzyką. I powiem jeszcze dosadniej, bo już słyszę jego głos: – Też mi coś! Komu potrzebne to twoje pałowanie się, to wymóżdżanie? I co z tego masz, z tego obcowania ze sztuką, lepiej zarabiasz, a może lepiej się bawisz ode mnie, albo co? – I jego głos znakomicie wpisuje się w racjonalnego ducha naszych pragmatycznych, funkcjonalnych czasów. Odpowiem jednak w ten sposób: – Nie mogę ci w żaden sposób wyjaśnić, co mam z obcowania ze sztuką, z wysublimowaną muzyką, poszukującą własnego wyrazu książką, z każdą myślą filozoficzną rozszerzającą świadomość, bo musiałbyś choć raz prawdziwie pokosztować tego wszystkiego, choć raz zanurzyć się w ich fenomenach, by zrozumieć o czym mówię, by pojąć motywy, potrzeby, jakimi się kieruję.

No proszę, chciał nie chciał, dotarłem w ten sposób do klamry, będącej także namową: obcowanie ze sztuką jest jednym z najwspanialszych doświadczeń naszej obecności na tym świecie, ale jest ono możliwe tylko przy czynnym i pełnym zaangażowaniu człowieka. W innym wypadku staje się snobizmem.

Rozpisałem się dzisiaj niemożliwie, normalnie nie wiem kto dotarł aż do tego miejsca, ale nie mogę sobie podarować powrotu do wybuczanego ministra kultury i również politycznego wydźwięku tego, co piszę. Jest wprawdzie osoba – Tomasza Nowickiego – odstająca w moim przekonaniu od tego, co zaraz skreślę, a której nie chciałbym znieważyć, ale ponoć zawsze istnieją odstępstwa od reguły, jakieś marginesy systemowe, cóż, muszę być konsekwentny.

Czytając o incydencie na warszawskim festiwalu rozmarzyłem się ogromnie, wyobraziłem sobie bowiem ministra Glińskiego występującego przed koncertem Mehldau’a we Wrocławiu. I wyobraziłem sobie ministra Glińskiego na innych tego typu przedsięwzięciach, w których udział biorą raczej światli ludzie. I jeśli nawet był to pojedynczy incydent – wygwizdanie tego pana we Wrocławiu było raczej formą reakcji wrocławian na jego postawę wobec Śmierdzącej dziewczyny – to mam wrażenie, że dobrze znamy elektorat PIS i jego zdecydowana większość do bywalców filharmonii, teatru i opery nie należy. Tak czy inaczej, doradcy ministra Glińskiego powinni odradzać mu udział w wydarzeniach artystycznych, na które przychodzą ludzie z wyższym od zawodowego wykształceniem.

http://natemat.pl/174359,musi-byc-zle-skoro-nawet-melomani-sie-burza-pierwszy-raz-widzialam-w-filharmonii-taka-polityczna-demonstracje

Mikro-Pamir

0

Mikro-Pamir
Nie było nas, był las” będzie nie lada gratką czytelniczą dla stronian i wielbicieli Stronia Śląskiego.

Mikro-Pamir
Kilka tygodni temu trafiłem do biblioteki w Stroniu Śląskim i oczekując na kserowanie jakichś papierów nabyłem za dwa złote polskie dwa tomy Dzieł wybranych Henryka Worcella.
Henryk Worcell (1909 – 1982), czyli Tadeusz Kurtyka najbardziej znany jest jako twórca Zaklętych rewirów, które przeniesione zostały na ekran w 1975 r. przez Janusza Majewskiego; świetne role zagrali w filmie Marek Kondrat i Roman Wilhelmi.
Henryk Worcell w latach 1945 – 1957 mieszkał w Skrzynce i Trzebieszowicach, pisząc o tutejszych ludziach. Pisał na tyle „barwnie”, że w 1957 r. w gospodzie w Trzebieszowicach, leśnik Maślanka pojedynczym prawym prostym wybił mu oko, ponieważ odkrył w jednym z opowiadań samego siebie, cóż, odmalowanego w niezbyt pastelowych barwach.

Czytając tom trzeci owych Dzieł wybranych, trafiłem dzisiaj na reportaż Nie było nas, był las, który opowiada o dziennikarskiej wyprawie Worcella do Stronia Śląskiego. Tekst wydał mi się na tyle fascynujący, że nie zdołałem się opanować i przepisałem go żywcem z tomiszcza, by umieścić poniżej.
Pierwodruk tekstu pojawił się we wrocławskiej „Odrze” w 1958 r., natomiast przedruk w zbiorze Nocą, kiedy przychodzi świnia w 1976 r. Zauważyłem, że w tekście pojawia się wyraźny błąd: zapewne redaktor lub zecer zamiast nazwy Bolesławów użył nazwy Bolesławiec.

Nie było nas, był las będzie nie lada gratką czytelniczą dla stronian i wielbicieli Stronia Śląskiego. Serdecznie namawiam również do głębszego poznania twórczości Worcella (może z pominięciem PIS-tafarian, bo to jednak po części socrealistyczna proza), który był jednym z najważniejszych kronikarzy początków polskości na Dolnym Śląsku.

Henryk Worcell
NIE BYŁO NAS, BYŁ LAS

    – Czyście zauważyli, że leśnicy, to ludzie przyjemni. Widocznie wpływ lasu…
    – Diabła tam przyjemni! Wszyscy dranie i tyle!
    – Czemuż to?
    – Dranie, kawałka drewna żałują, a najgorsi ci nowi, co teraz nastali.
    – Ależ oni muszą pilnować lasu, bo inaczej…
    – Do diabła tam muszą! Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las.
    – Będzie lasek, a nie las.
    – No, widzę, że pan coś za bardzo za tymi gajowymi. Jak panu wybiją drugie oko, to się pan przekona.
    Tu już się wtrącił mój towarzysz od stołu – Luśniak:
    – Ej ty… Hamuj się! Uchlałeś się, to się siedź spokojnie.
    – A co, może ci się nie podoba? Za swojem wypił, ty się odpieprz, bo ci mogę…
    – Możeś taki mocny jak ten, co tego inżyniera wczoraj kropnął? No to chodź, spróbuj!
    Siedziałem w towarzystwie dwóch robotników leśnych, a tamten przy drugim stole wtrącił się do naszej rozmowy. Znaliśmy się z czasów, kiedy to mieszkałem we wsi Skrzynka, a teraz spotkaliśmy się osiemnaście kilometrów dalej, w Stroniu Śląskim. Przy dalszych stołach siedzieli robotnicy z „Kryształówki” i z tartaku.
    – Panie Gabryś – zwróciłem się do zadziornego chłopa – o co tyle szumu? Przecież Luśniak was nie zaczepiał.
    – No to może pan zaczepi?
    – Ja nie mam o co. A inna rzecz, że wiem, o co panu chodzi. O tę swoją działkę leśną.
    – A co, może mi się nie należy?
    Wyprzedził mnie Luśniak:
    – Co pan będzie z nim gadał! On by chciał wyrąbać całą działkę i tylko maliny zostawić. Jak by tak każdy chciał…
    – Słuchaj pan – zwrócił się Gabryś do mnie. – Jest prawo własności, czy nie ma?
    – Oczywiście, że jest.
    – No i co mi to za własność, kiedy nie wolno mi jej używać! To jest sprawiedliwość?
    – Ale co pan z nim gada! – zirytował się Luśniak. – On ma fisia na tle tej działki. Leśniczy już mu sto razy tłumaczył, a on ciągle swoje: własność, własność. A pole to nie własność? Ma siedem hektarów, to co roku gnoi, orze, sieje. A z lasu to chciałby ino brać. Niech ptaki sieją.
    Ktoś przy sąsiednim stole skinął głową przytakująco i to zmitygowało Gabrysia. Zrobiło się spokojniej, pomyślałem: „Rozeszło się po kościach”.
    Natomiast na dworze działy się rzeczy niesamowite. Wprawdzie nie pamiętam, aby kiedyś w Stroniu wiatr nie hulał, ale to, co dziś wyprawiał, to już były harce niedozwolone. Z siłą huraganu zlatywał ze zboczy Śnieżnika, rozpylał się po szerokim płaskowyżu, owym mikroskopijnym Pamirze, jakim jest Morawka ze swymi zabudowaniami szpitala psychiatrycznego, i stąd jakby wessany, w ciasną dolinę Stronia. Szalał. Słyszeliśmy, jak za oknem gospody łomotało raz głośno, raz jeszcze głośniej – wijjuuu – gwizdało po ścianach. Nikomu nie chciało się opuścić przytulnej izby.
    Ludzie ze Skrzynki czekali na pociąg, a mnie też się nie spieszyło.
    Luśniak, od kiedy go znam, pracował w lesie przy zrywce i obróbce drzewa. W zeszłym roku dwa miesiące koczował ze swymi towarzyszami pod samym szczytem Śnieżnika, na pograniczu świerka i kosodrzewiny. Mieszkali w szałasie, posiłki gotowali nad ogniskiem, raz w tygodniu schodzili na dół po zakupy – w połowie września mróz zaglądał im pod koce. To były taakie czasy! I premia też. Bo raz przyjechali tam delegaci z ministerstwa i widzieli jaka to robota. Ubocza takie strome, że ścięte drzewa razem z gałęziami leciały w dół. Wyciąganiem to już się trudnili sezonowi górale ze swymi końmi. Oni też ściągali w dół stare drzewa, które tam leżały od roku 1950, a było tego ponad tysiąc metrów. To był zastrzyk ponad plan! O, tu jeszcze, w tych dzikich ustroniach, znajduje się trochę grubizny. W przyszłym sezonie Luśniak przerzuca się w okolice rezerwatu 26 – tam jeszcze będzie robota.
    A później?
    Luśniak zdaje sobie sprawę, że i w tych dzikich stronach wkrótce grube drzewa zostaną wycięte. Wie o tym że są to resztki, ale nie zdaje sobie sprawy, że w skali ogólnokrajowej są to resztki żałosne. Zdziwił się, gdy mu powiedziałem, że już teraz kopalniak i papierówkę musimy sprowadzać z zagranicy.
    – Jak to? Przecież widzę, że od nas idzie papierówka za granicę. Sam widziałem, jak jeden Anglik w Trzebieszowicach grymasił, że okrąglaki sękate, czy coś takiego.
    – Tak, Anglia bierze od nas papierówkę pierwszej klasy na produkcję papieru luksusowego, ale na podlejszą sortę jest u nas zapotrzebowanie tak wielkie, że musimy sprowadzać z zagranicy. Bo przecież nie możemy ciąć młodego lasu.
    – No to co będzie, jak my tu, w górach, wydłubiemy te resztki?
    Ha, co będzie… Tysiące głowią się nad tym zagadnieniem, szukają ratunku, ale z drugiej strony ciągle mamy do czynienia z milionami takich oto jak ten Gabryś: „Nie było nas, był las…” Ciekaw jestem, co mi na ten temat powie nadleśniczy Stachurski, którego mam odwiedzić.
    Chcąc nie chcą musieliśmy opuścić gospodę i wyjść na wichurę – moi znajomi ruszyli ku stacji kolejowej, ja w przeciwną stronę. Na drodze mokra, ubita ślizgawica. Gdzieś górą na zalesionych zboczach huczy nieustannie, jakby tam sunęły eskadry bombowców, a rzadko rozstawione lampy elektryczne drgają alfabetem Morse’a – jedna zgasła zupełnie. Mimo woli spoglądam na przydrożne drzewa – obawiam się, czy któreś nie zwali się na mnie pod naporem wiatru.
    Tu gdzieś, za Stroniem, łupnięto żelazem w głowę inżyniera z kamieniołomów, zrabowano 6000 złotych i zegarek. Stało się to wczoraj. Cała okolica jest pod wrażeniem tego wypadku i ja też czuję się nieswojo. Na płaskowyżu Morawki budynki szpitala psychiatrycznego grają harmonijkami świateł – tu już wiatr nie huczy, lecz świszcze w polu.
    Leśniczówka – istny pałacyk. Brama zamknięta, ogromny pies szczeka barytonem – musiałem odczekać długie minuty, zanim mnie wpuszczono do środka. Bardzo się ucieszyłem zastawszy Stachurskiego w domu. Wiedziałem, że jest on członkiem Związku Łowieckiego, toteż zdziwiłem się, gdy zastałem go majstrującego przy drucianych wnykach, których używają kłusownicy.
Szczury – wyjaśnił mi głosem niemal płaczliwym.
    Plaga szczurów. Pobliski budynek szpitalny to kuchnie i magazyny żywnościowe. Stamtąd właśnie szczury urządzają dobrze zorganizowane wycieczki na leśniczówkę. Lubią ciepło stajenne i pewną odmianę w monotonnym jadłospisie szpitalnym. Trudno je stamtąd przepędzić. Do pułapek, szelmy, nie chcą włazić, trutka więcej szkodzi kurom niż szczurom, więc Stachurski zakłada wnuki, a nagle spłoszone bestie, wskakując do dziur, same sobie zakładają stryczek na szyję i giną straszną śmiercią. Ale ta kłusownicza akcja jest beznadziejna, gdyż baza wypadowa szczurów pozostaje pod ochroną zarządu szpitala, tego – jak to określił mój znajomy – „państwa w państwie”. Nikt nic wyraźnego o tym „państwie” nie chcę powiedzieć, przeważnie tylko półsłówkiem lub wymownym uśmiechem, a jeżeli już ktoś wypowie zarzuty i żale pod adresem dyrekcji to: „Na Boga, niech pan o tym nie pisze i mnie w to nie miesza”. Ale dobrze, nie będę pisał. Ani o tym, co jedzą pacjenci, a co powinni jeść, ani o tym, co się dzieje w szpitalnym folwarku w Trzebieszowicach. Nie ma głupich – ja przeciw państwu nigdy nie występuję. I pan Stachurski też nie – gwarantował mi, że w sprawie tych szczurów nie sprowadzi komisji sanitarnej, bo nuż się okaże, że te szczury są potrzebne do doświadczeń wiwisekcyjnych i wtedy co?
    Zresztą ten 40-letni człowiek ma ważniejsze zmartwienie. Mając za sobą dwadzieścia lat praktyki leśnej porwał się na wyższe studia leśne. Spalono go przy egzaminie, więc zabrał się do nauki po raz drugi i w grudniu ubiegłego roku egzamin zdał. Teraz przydałby mu się odpoczynek, ale sam twierdzi, że jego pragnienie wypoczynku jest złudne, bo taką już ma naturę, że nie wytrzymuje bezczynności i kontemplacji – i prawdopodobnie po śmierci wolałby pełnić ciężką służbę w piekle, niż trwać w błogiej nirwanie.
    Jak wszyscy w Stroniu, jest on pod wrażeniem wczorajszego napadu rabunkowego.
Ja nieraz wiozę z Kłodzka nie sześć, a dwanaście tysięcy. O terminie wypłaty wie wójt i cała gromada. Nie mam przy sobie żadnej broni, konwojenta mi nie przydzielają. W pociągu czy na ulicy – pół biedy, ale tu, na tym ustroniu…
   Podczas kolacji gościnny Stachurski stwierdza to, co już wiem: różne resorty naszego przemysłu i budownictwa wyżyłowały las do ostatka. Kto tu najwięcej zawinił, to raczej sprawa nieaktualna, bo nikt nikogo do odpowiedzialności za to nie pociągnie. Chodzi o najbliższą przyszłość lasu. Bo las się kończy – o tym trzeba nie tylko wiedzieć, trzeba szukać środków ratunku. Ogólnie przyjmuje się dwie koncepcje: 1) Techniczną rewolucję w przemyśle drzewnym, tzw. przejście z technicznej obróbki drzewa na techniczno-chemiczną; 2) Zastosowanie ścisłej oszczędności w gospodarce drzewnej.
    Jedna i druga koncepcja teoretycznie jest możliwa do urzeczywistnienia. A praktycznie? Jeżeli chodzi o rewolucję techniczną, budowę fabryk produkujących płyty pilśniowe, miazgę drzewną, celulozę, ligninę, cukier, alkohol, terpentynę, kalafonię, różne fenole, krezole i sto innych, ubocznych, pochodnych produktów – jest to problem zbyt rozległy, trudny, byśmy mogli na ten temat powiedzieć coś istotnego podczas przygodnej pogawędki.
    A jeżeli chodzi o oszczędność… Zgadzam się ze Stachurskim, gdy twierdzi, że łatwiej nam przyjdzie zrewolucjonizować przemysł drzewny, niżeli zdyscyplinować ludzi, nauczyć ich oszczędzania majątku narodowego.
    Pokazał mi kilkanaście egzemplarzy „Lasu Polskiego”.
    – Widzi pan, tu są ciekawe artykuły. Rzeczowe, mądre. Ale to są „głosy wołające na puszczy”. Na przykład sprawa bezpłatnego zbierania jagód i grzybów. Drogo nas kosztował ten piękny gest wobec ludności. Bo ludność się rozwydrzyła. „Las jest własnością Polski Ludowej. Polska Ludowa – to ja. Las jest moją własnością”. Stanowczo powinniśmy pobierać opłaty za zbieranie grzybów i jagód. Niechby tylko dwadzieścia groszy. Chodzi o to, aby zbieracz miał poczucie, że las nie jest krainą bezpańską, że jest majątkiem narodowym, i żeby leśniczy wiedział, kto dziś jest w lesie i co on tam robi.
    – Strasznie nie lubię bić się w piersi, ale… Mieszkając w Trzebieszowicach sam trzebiłem las. Całe lato zbierałem grzyby i ani razu nie spotkałem leśniczego. Upatrzyłem sobie całą kolonię świerkowych suszek, bez wiedzy leśniczego ściąłem je i całą furę przywiozłem do domu. Ja się zadowoliłem żerdziami 10-centymetrowej grubości, ale grubi gazdowie… Kto obliczy, ile grubych kloców w całym kraju idzie do pieca?
    – Nie wiem, dlaczego nadleśniczy Stachurski podczas rozmowy często spoglądał w kierunku szpitala psychiatrycznego na Morawce. Czyżby był to odruch zgoła niewytłumaczalny?
Tylko proszę, niech pan nie pisze o tych sprawach w moim imieniu. To nie są moje sugestie, ja tylko przytaczam opinie tych autorów.
    – Hm….
    – A druga sprawa: czy leśniczy może skontrolować choćby raz w tygodniu 1500 hektarów lasu? Wykluczone. Przecież on musi w biurze wypisywać kwity, sprawozdania, wykazy statystyczne, musi dopilnować robotników leśnych, zwózki drzewa, musi co kilka dni przyjeżdżać do nadleśnictwa, itd… Prawdę mówiąc, jego w terenie nie ma, las jest zdany na łaskę i niełaskę społeczeństwa. Ale na szczęście zaczynami przydzielać każdemu leśnictwu gajowych. Tak, jak to było przed wojną.
    – Z bronią palną czy bez? – zapytałem.
    – Bez broni… Aha, pan myśli, że taki gajowy będzie bezpieczny? Nie, tego bym nie powiedział. On będzie miał pod opieką kilkaset hektarów lasu, będzie stale na swoim rewirze. Ale już sama świadomość, że gdzieś tam niedaleko jest drugi, trzeci gajowy, doda mu odwagi wobec leśnego złodzieja czy chuligana.
    Rzeczywiście. Tak to będzie. Przynajmniej na terenie lasu jakiś porządek. Przyszło mi jeszcze na myśl pytanie, kto będzie pilnował gajowych, tych z bronią czy bez broni, ale dałem spokój. Byłem już śpiący. Gawędziliśmy jeszcze chwilę spoglądając w okno, za którym straszył sudecki wiatr jak młyński czart w filmie Igraszki z diabłem. Umówiliśmy się, że jutro jakimś sposobem ściągniemy tu leśniczych spod Śnieżnika, a jeśli się nam to nie uda, to pojadę autobusem do Bolesławca, a stamtąd na piechotę dotrę do budy leśniczego Oleszewskiego. I dobranoc.
    W gościnnym pokoju na piętrze ciepło i jasno. Gdzieś tam na dworze cienkie gałęzie chroboczą o rynnę i dach, a dalekie światła mikro-Pamiru zdają się drgać w podmuchach wiatru. W siedzibie Dalaj-Lamy służba jeszcze nie śpi, okna jeszcze się jarzą. Któż wie, co się tam kryje poza murami pałacu i w pomroce legend krążących po okolicy?
    Prawdopodobnie to samo, co w innych pałacach tak licznie rozsianych po kraju, tylko, że te inne, zamieszkałe przez znanych już gubernatorów – nie mają w sobie tyle egzotycznego czaru, co ten na Morawce.

Remik

0

Remik Sławik,
Mogę w końcu, po nieco zajmującym weekendzie,

Remik Sławik,
(na marginesie naszych swar: https://www.facebook.com/remikslawik/posts/998109003583542?comment_id=998671390193970&reply_comment_id=999273920133717&notif_t=mentions_comment

Mogę w końcu, po nieco zajmującym weekendzie, usiąść i skreślić odpowiedź na Twój długi wpis tyczący mojego blogowego artykułu.

Usiadłem więc i przeczytałem dzisiaj Twój elaborat po raz drugi (pierwsze czytanie było zaraz po jego publikacji, kolega do mnie zadzwonił z pytaniem kim jesteś), przeczytałem też piorunującą dyskusję, jaką przeprowadziłeś z Tomkiem Huzarem (dochodząc do wniosku, że mnie to nie dotyczy), a na koniec raz jeszcze mój artykuł. I nie wiem czy jestem gotowy do skreślenia satysfakcjonującej mnie odpowiedzi, ale muszę ją poczynić, bo raz, że szanuję Twoje reakcje (nikt, do cholery, nie odpowiada na moje nędzne wypociny!), dwa zaś dlatego, że pojutrze temat może stracić datę ważności.

Tak na dobry początek, to myślę, że Obrońcy Częstochowy nie powstydziliby się tak dziarskiej akcji defensywnej z elementami ataku w postaci (prób) personalnego walenia interlokutora po jajach. Niczym Rejtan w odrzwiach sejmu rozpostarłeś swe szaty z wrzaskiem: no pasarán! i zapewne trwasz teraz w poczuciu dobrze wypełnionej partyjnej misji. Chwali się! Ale i w tym problem, że Twoja wypowiedź jest misyjna, a jej argumentacja opiera się na dogmatach partii. Obawiam się więc, że dyskusja z Tobą nosi znamiona polemiki z sekciarzem. Nie podjąłbym się zatem odpowiedzi, gdyby nie fakt, że naszą wymianę zdań obserwują osoby z nieco szerszymi horyzontami.

Do rzeczy zatem.
Nie życzyłem i nie życzę źle Twojej partii, nie życzę Wam żadnych upadków, ani potknięć, które źle wpłynęłyby na los obywatela naszego państwa. Wynika to z prostego rachunku: życząc źle PIS-wi, źle życzyłbym demokracji, która z wolna zakorzenia się w naszym społeczeństwie. PIS został wybrany podczas ostatnich wyborów i ma pełne prawo do wprowadzania „swoich porządków”; i wierz mi, nie przekonują mnie gostkowie, którzy twierdzą, że PIS nie wygrał tych wyborów, bo głosowało nań tylko tyle a tyle procent uprawnionych do głosowania Polaków – PIS wygrał te wybory czy się to komuś podoba, czy nie. O ile jednak Platformie Obywatelskiej przestałem wierzyć w cokolwiek po czterech latach jej rządów, o tyle PIS przekreśla moje nadzieje na dobre rządy po stu dniach ich sprawowania.

Ufam, że kwestię uprawianej przez PIS retoryki mamy za sobą, spójrzmy więc na dokonania tych stu dni… Uj! Czy poza unijnymi wystąpieniami premier Szydło i nad wyraz sprawnym usadowieniem własnych dup na ciepłych posadkach znajdziemy cokolwiek sensownego pośród Waszych dokonań w ciągu tych trzech miesięcy? Oj, no nic! No wszystko, co do tej pory zdołaliście zaprezentować nie jest warte funta kłaków.

Program 500+. Wielkie hasło, które w praktyce niewiele wniesie. Szczerze mówiąc, sam nie wiem czemu – w wymiarze narodowym – program ten ma służyć, bo z pewnością nie podniesieniu stanu demografii Polaków.

Podatki od sklepów wielkopowierzchniowych. Nie mam do czynienia z ludźmi z tej branży, mogę Ci jednak powiedzieć, co się dzieje w przemyśle. Otóż wyobraź sobie, że zyski w tej branży wahają się na poziomie 3-4%, 5% to wielki sukces przedsiębiorstwa. I dotyczy to całej Europy, nie tylko Polski. Z drugiej strony masz kraje słabiej rozwinięte, np. w Ameryce Południowej, gdzie zyski takie wynoszą minimum 20%. Tam też zaczyna się przenosić coraz więcej światowej produkcji. Nie twierdzę, że Rumunia czy Mołdawia pozwoli na zyski osiągane w Meksyku lub Brazylii, ale każde zmniejszenie zysków w Polsce stawia pod znakiem zapytania dalsze prowadzenie w naszym kraju inwestycji. Każdy, pozostający przy zdrowych zmysłach inwestor, po przekroczeniu minimum rentowności spierdoli stąd w podskokach; sytuacja taka pojawi się już wkrótce na Węgrzech, gdy idzie o składalnie samochodów. Powtarzam: nie wiem jakie zyski osiąga handel detaliczny, nie sądzę jednak by były one wyraźnie większe od tych wypracowanych w przemyśle. Na marginesie: Tesco w Polsce ma się bardzo dobrze, w odróżnieniu od jego sytuacji w GB.

Podatki jeszcze inne. Cytat z Remka Sławika: „Piszesz, że za te zmiany zapłacą Kowalscy i to nawet by się zgadzało bo zawsze płacą, chodzi tylko o to że mają również zapłacić ci co dotychczas nie płacili. I proszę Cię, naprawdę są sposoby na to żeby to oni ponieśli koszty bez przerzucenia ich dalej. Po prostu mniej popłynie do centrali gdzieś tam…” Remek, kiedyż poznamy te sposoby, żeby płacili ci, co nie płacą? Obydwaj dobrze wiemy, że jeszcze się nie zdarzyło w historii Polski po 89., żeby nie było dziur w prawie podatkowym przygotowanych dla cwaniaków lobbujących w Warszawce. Co zaś do płynięcia mniejszej forsy do „centrali gdzieś tam”, napisałem już wyżej. Słowem, taki sloganami możesz mydlić oczy szczeniakom, którzy wierzą jeszcze w św. Mikołaja lub w to, że człowiek nie jest istotą z natury chciwą.

Program Morawieckiego (idąc za Twymi słowami) Młodego. Remek, gdybym miał zajady, to by mi popękały przy czytaniu streszczenia tego planu. Były kiedyś takie tanie wina „Patykiem pisane”, wywoływały podobne wizje jak to czytanie: chciałaby dusza do raju… Zwrócę Ci uwagę na jeden zaledwie aspekt tego wielkiego projektu: Morawiecki Młody zaplanował, że 480 mld w tym planie będzie pochodzić z Unii i wkładów własnych do kwot pozyskanych. Zdradź mi jakim cudem Unia, która – ku Waszej wielkiej radości – za kilka chwil się rozpadnie, wpompuje w Polskę jakieś 70-80% tej kwoty? Czytałeś zapewne opinie ekspertów na temat tego programu: wielkie życzenia. Co do samego Morawieckiego Młodego: w istocie – dla mnie jest to Pan Nikt i nie imponuje mi żadną miarą, że zarabiał 300 tysiów miesięcznie (wprost przeciwnie, jestem z tego powodu oburzony!). Co zaś do jego wielkiego poświęcenia dla Rzeczpospolitej, to Ci zdradzę, że bywam dorywczym aktorem i znam smak bycia na szkle, znam fenomen tej energii, więc wcale mu się nie dziwię, że zechciał zostać ministrem.

Cóż nam jeszcze pozostaje z pozostałych sukcesów?

Skok na TK – brawo! Wspomniana wymiana przy korycie z kolesi na kolesi, w tym 10 tysięcy partyjniaków w biurach politycznych – bosko! Wydupczenie z roboty prezesów najważniejszych polskich stadnin koni – cudo! Dymnięcie podatników na ponad 20 baniek dla nędznej uczelni padre Rydzyka – rewelacja! Pomoc „frankowniczom” – ulala!  Utworzenie i eksperckie gaże dla komisji ds. badania zamachu smoleńskiego – tadam!

Wszystko ok, tylko to są sukcesy Twojej partii, a nie Polaków.

A teraz inne tematy.

Niemce i Ruskie.
Raz jeszcze cytat z Ciebie: „Niemcy i Rosja to zawsze będą nasi wrogowie i każdy średnio zorientowany w historii wie że to już dawno nie nasza sprawka. To Rosja się zbroi na potęgę i tutaj Kaczyński nic nie wymyślił,po prostu jesteśmy z jej strony zagrożeni. Może nie wiesz, ale panowanie nad Polską to jedna z najważniejszych doktryn polityczno-militarnych w Rosji. Od stuleci”.
Zadziwiające: ja, w odróżnieniu od Ciebie, nie czuję tego zagrożenia!… Ostatnie dwa zdania mogłeś sobie darować, bo „najważniejsza doktryna Rosji” jest po prostu mesjanistycznym infantylizmem, ale nie będę z tego kpić. Spróbuję Ci – wybacz, że skrótowo – wytłumaczyć dlaczego uważam, że się mylisz.

Wychodzę z dość prostego założenia, którego Ty nie chcesz pojąć: świat półkuli północnej się zmienił. Dla wyjaśnienia pojęcia półkuli północnej: zostało ono ukute w latach 90. zeszłego stulecia jako efekt zmian, które zaszły w naszym ogólnoświatowym społeczeństwie, w którym znikł podział na Wschód i Zachód, zastąpił go natomiast podział na kraje wysoko i nisko rozwinięte: „Większość krajów na półkuli północnej to kraje wysoko rozwinięte (18 krajów z 20 pod względem najwyższego krajowego produktu brutto wywodzi się z półkuli północnej), czyniąc półkulę północną o wiele bogatszą od południowej” (wikipedia.org). Poza neoimperializmem amerykańskim i rodzącym się – mam nadzieję na chwilę – neoimperializmem rosyjskim, mamy zatem do czynienia z innego rodzaju relacjami władzy. W cywilizowanym świecie wojny militarne – które tak w ogóle nie znikną dopóki nie zniknie przemysł zbrojeniowy i oby szlag go jak najszybciej trafił – obróciły się w wojny ekonomiczne; oczywiście byliśmy w latach 90. świadkami wojny jugosłowiańskiej, jednak jej kanwa miała tło religijne i to nieco inny temat. Wojny te – użyjmy go, choć to za mocne słowo – nie są już jednak prowadzone na poziomie państw, lecz na poziomie ponadnarodowych korporacji. Przedmiotem tej walki nie jest powierzchnia państwa, nie jest ziemia, lecz rynki: produkcji i zbytu. Wojna militarna w tym zmienionym świecie jest kiepskim interesem, to chyba oczywiste. Staliśmy się społeczeństwem konsumpcyjnym, naszym celem jest wyrabianie norm produkcyjnych i konsumowanie dóbr. W obliczu takich zmian zagrożona staje się idea państwa narodowościowego. I ja byłbym nawet zdecydowanie za tym, żeby państwowość narodowa zanikła, gdyby nie fakt, że tego typu aparat jest w chwili obecnej jedynym „urządzeniem społecznym”, które stanowić może przeciwwagę dla rządów korporacji, nie tyle wszakże, by jej szkodzić, lecz by dbać o interes pojedynczego człowieka – obywatela państwa, w chwili w której korporacja przestaje dbać o niego jako pracownika. Rzecz w tym, że aparat państwowy powinien być elementem stabilizującym, w odróżnieniu od korporacji, która – tkwiąc w „płynności wolnego rynku” – stabilna być po prostu nie może, bo jest stale w stanie wojny z innymi korporacjami.

Mamy zatem, w moim przekonaniu, dwie wiodące dzisiaj siły i władze: korporację i aparat państwowy. Chciwość korporacji dotyczy zysku, celem aparatu państwowego – czyli grupy rządzącej – jest utrzymanie władzy oparte na głosach – czyli dobrobycie – wyborców.

Chcesz czy nie, problem terytoriów w takiej sytuacji znika. A już szczególnie znika problem terytorium Polski, ponieważ prócz absolutnie cudownej przyrody, nie posiadamy żadnych wyjątkowo dochodowych kopalin czy innych złogów drogich dobrodziejstw. Owszem, posiadamy jedną w najwyższych myśli na świecie, ale nie trzeba podboju Polski, by kupić polską myśl technologiczną, humanistyczną, czy jaką tam chcesz.

Problem zagrożenia Polski przez siły niemieckie lub rosyjskie rozbija się całkowicie o brak interesu w „posiadaniu” terytorium Polski. Po wtóre oba te państwa mają zupełnie inne dylematy.
Niemcy się nie chcą się ruchać dla prokreacji i to ich główny problem. Ruskie mają ustawiczne draki z własnymi kompleksami kulturowymi, które próbują leczyć podbojami oligarchii i mafii.
Wróg urojony przez PIS. Cóż, taka doktryna.

Temat ostatni: mój komunizm.
Nie wiem jak pojmujesz komunizm. Ja go pojmuję jak Wasz „intelektualny filar” (z pewnością zmieniło się to po jego awanturze smoleńskiej) profesor Wolniewicz: uszczęśliwianie ludzi na siłę. Szczególnie uszczęśliwianie na modłę władzy. To trochę jak z PIS-em, który chce mnie uszczęśliwić, bo wie, że jestem z pewnością katolikiem, że jestem konserwatystą i tradycjonalistą. A już na pewno Polakiem.

Otóż, Kolego, ja jestem Tomaszem Pawlęgą. Jestem ciut komunistą, gdy widzę krzywdę (komuniści tak mają; ideowcy są), na ile mi rozumu starcza jestem intelektualistą, jestem wytrawnym chrześcijaninem, ale już katolicyzm, poza świniną, jest mi obcy, choć uwielbiam się modlić, bardzo niechcący jestem demokratą, jestem też tradycjonalistą – i to głęboko wierzącym w tradycję, choć nie Twoją – każdego drobnego gestu szacunku wobec komedii ludzkiej, która mieści się w dawnej polskiej rozmaitości; ja biorę, zważ, najlepsze odium polskości – tolerancję.
Co do polskości, w ogóle o nią nie dbam. Głęboko w dupie mam swoją polskość. Jestem Polakiem. No, takim jak Ty, Remik.
Zdrówka życzę!

Jak PIS przywraca nas na łono komunistycznej retoryki

0

Jak PIS przywraca nas na łono komunistycznej retoryki
Po pierwszym kwartale rządów PIS możemy już zauważyć wyraźniejszy obraz tego, co reprezentuje zwycięska partia ostatnich wyborów parlamentarnych

Jak PIS przywraca nas na łono komunistycznej retoryki

Po pierwszym kwartale rządów PIS możemy już zauważyć wyraźniejszy obraz tego, co reprezentuje zwycięska partia ostatnich wyborów parlamentarnych. Niestety, obraz ten nie przedstawia „dobrej zmiany” na lepsze rządzenie Polakami od tej, którą przez wcześniejsze 8 lat raczyli nas PO i jej PSL-wski koalicjant. Trudno dzisiaj ocenić ile straci zwykły Polak na „realizacji” populistycznego programu, pod którego sztandarami PIS zdobył tak olbrzymią władzę. Każdy rozsądny człowiek zdaje sobie jednak sprawę, że nawet na fasadowe wykonanie wymyślanych przez tę partię projektów pójdą grube miliardy złotych, których w skarbcu państwa po prostu nie ma. Kto zapłaci za te fanaberie? Z pewnością nie banki, nie wielkopowierzchniowe sklepy, ani też wielkie korporacje, które posiadają w Polsce znaczne interesy, a już z pewnością nie zapłacą za to politycy PIS. Zapłaci za to zwyczajny, ciężko pracujący Polak. Zapewne można by tutaj wyznaczyć granicę ekonomicznej wydolności eksploatowanego do cna narodu, jesteśmy jednak w tym zakresie niemożliwie twardzi, skoro tylko w ostatnim okresie byliśmy w stanie znieść ponad 40 lat komunistycznej nędzy. Wydaje się więc o wiele bardziej prawdopodobne, że kres takiej polityce gospodarczej pojawi się wraz z krachem wspomnianej retoryki i wizerunku, którymi posługuje się dzisiaj PIS.

Retoryka totalitaryzmu
Charakterystycznym działaniem propagandy komunistycznej – nie tylko w Polsce – było nieustanne wmawianie narodowi, że istnieje jakiś śmiertelny wróg, który nastaje na wszystkie zdobycze ludowej ojczyzny. W zależności od potrzeb lub trendów bloku socjalistycznego był to niedawny niemiecki okupant, amerykański imperialista, a także jak najbardziej nasz własny ekstremista; w pewnych okresach metoda ta stosowana była także w państwach kapitalistycznych, np. w USA w okresie makkartyzmu.
Dokładnie tym samym dwubiegunowym, monochromatycznym modelem retoryki posługuje się Jarosław Kaczyński i jego propagandyści. Zmienił się, co oczywiste, wróg, bo dzisiaj są nim „postkomunistyczni” beneficjenci Okrągłego Stołu i bliżej nieokreśleni wrogowie narodu, lecz styl propagandy pozostał. Posłuchajmy tylko wypowiedzi Prezesa PIS z 70. miesięcznicy Katastrofy Smoleńskiej:
– „A o tę wolność, o tę suwerenność trzeba ciągle walczyć, bo są tacy, tu wewnątrz Polski, a także na zewnątrz… są tacy, którzy podnoszą na nią rękę. Im musimy powiedzieć: nie! Być może przyjdzie czas, być może będzie to wiosna, że będziemy się musieli zmobilizować, by nasze nie zabrzmiało mocno”.
Czy słowa te nie przypominają metody, którą posługiwali się wszyscy aparatczycy od Bieruta po Jaruzelskiego? Przerażające, prawda? A co najmniej groteskowe, ale w retoryce tej jawi się swoisty geniusz polityczny Kaczyńskiego i jego przybocznych. Propaganda używana przez komunistów znajduje „dobry” odbiór w innych przestrzeniach życia społecznego.

Siła utopii
Jarosław Kaczyński doskonale wyczuwa, że olbrzymia część polskiego narodu po 25 latach od wejścia w życie kapitalizmu odczuwa coraz głębsze zagubienie i rosnącą frustrację. Kapitalizm obiecywał dostatnie, nawet komfortowe życie, gdy tymczasem trudno jest połączyć przysłowiowe końce miesiąca. Nic się zatem nie zmieniło w porównaniu z życiem w komunie, co tam, za komuny było lepiej, ponieważ tamto życie było proste: był naród i była znienawidzona komunistyczna władza. Prostota tego życia była też adekwatna do etyki chrześcijańskiej z jej podziałem na dobro i zło. Co więcej, była spójna z tradycją narodu ciemiężonego wcześniej przez zaborcę i okupanta.
Teraz natomiast Polak nie wie nawet do kogo może mieć pretensję za nędzę, w której tkwi. Jego dezorientacja rośnie też z powodu dezinformującego szumu mediów atakujących go nieustannie z każdego źródła. O zagubieniu przeciętnego Kowalskiego niech świadczy fakt, z jak olbrzymią swobodą PIS zdołał mu wmówić, iż „Polska jest w ruinie”, choć gdyby Kowalski zmusił swoje szare komórki do pracy i przypomniał sobie jak realnie wyglądało jego życie i kraj Lachów za komuny, to stwierdziłby, że dzisiaj żyje mu się znacznie lepiej, Polski zaś nie musimy się wstydzić przed żadną inną nacją.
Kaczyński wyczuwa doskonale oparte na sentymencie splątanie Polaka i oferuje mu to, czego pragnie: wspólnego wroga. Siła tej oferty jest potężna, z jednej bowiem strony świat staje się na powrót prosty, z drugiej pojawienie się wspólnego wroga prowadzi do jednoczenia się narodu, zauważmy, w oczach Kaczyńskiego, narodu wielkiego, wspaniałego, wyjątkowego.
Powiedzieliśmy po części kim według Prezesa PIS jest wróg: to „postkomunistyczne” grupy, które żerowały i żerują na polskim narodzie od upadku PRL. W ich skład wchodzą byli aparatczycy z ich potomstwem, ale także sitwa sprzedawczyków, która dogadała się z komunistami przy Okrągłym Stole. Zgodnie z metodą totalitarnej propagandy do sterowania narodem wróg wewnętrzny jednak nie wystarczy, potrzebne są również wrogie siły na zewnątrz naszego państwa. Te mamy pod ręką od wieków: Niemcy i Rosja.
W istocie Kaczyński posługuje się tutaj oczywistą utopią, a sukces tej metody opiera się na wykorzystaniu sentymentalizmu Polaków i wpajanego im od czasów romantyzmu przekonaniu o wielkości tego narodu. Ta klasyczna metoda użycia w wypowiedzi mglistego spisku wrogich wobec narodu sił należy do demagogii chętnie używanej przez polityków pod każdą wysokością geograficzną. Celem wszakże tych polityków nie jest walka z wyimaginowanym wrogiem, lecz zdobycie i utrzymanie władzy.

Funkcjonalność nienawiści
Kolejny geniusz retoryki Jarosława Kaczyńskiego i jego ekipy opiera się na użyciu w polityce treści nacechowanych silną emocją, oczywiście, emocją nienawiści. W ten sposób partia ta doskonale wpisuje się w powszechne dzisiaj tendencje „hejtowania” wszystkich i wszystkiego. W ten sposób partia ta jest bliska narodowi polskiemu: i ona i on nienawidzą. Naród, czy raczej przeciętny Polak, hejtuje, bo jest sfrustrowany swoją materialną sytuacją lub odczuwając zagrożenie, np. ze strony syryjskich uchodźców. Dlaczego jednak hejtuje Jarosław Kaczyński?
Bezpośrednim powodem hejterstwa Kaczyńskiego jest „zamach smoleński”, w którym stracił rodzinę i wielu przyjaciół. Nie miejsce tu, by oceniać prawdziwe uczucia Prezesa PIS, patrząc więc chłodno na całą sytuację, widzimy, że katastrofa smoleńska z osobistej tragedii wielu ludzi przekształciła się w narzędzie perfidnej demagogii polityków PIS. Każdy zdrowy umysłowo człowiek stający w obliczu dramatycznej straty bliskich – niezależnie od jej okoliczności – po upływie pewnego czasu godzi się z nią i w końcu pozwala jej odejść w odległe rejony pamięci; wszak nikt normalny nie cierpi z własnej woli. Jeśli zatem przyjmiemy, że politycy PIS pozostają przy zdrowych zmysłach, to teoria „zamachu smoleńskiego” nie jest niczym innym, jak narzędziem obrzydliwej manipulacji politycznej. Narzędziem doskonale nadającym się do wzmocnienia przekazu o nastających na Polskę wrogich siłach.
Oczywiście poza zamachowcami z 2010 r. PIS nienawidzi socjalizmu, a od czasu do czasu także Niemców, Rosjan, salonów polskiej „postkomuny” i Unii Europejskiej.

Kuźnia frazesów
Postawa narodowo-patriotyczna – na którą wciąż jeszcze nabiera się spora część elektoratu – jest następnym narzędziem demagogii politycznej w rękach PIS. Jakżeż bowiem polityka taka miałaby się realizować w naszej obecnej sytuacji? PIS zachowuje się jak amerykańskie feministki, które walczą o prawa, które… od dawna posiadają.
Może PIS chciałby bronić nas przed napływem uchodźców z Bliskiego Wschodu? Co za pech: fale tych uchodźców omijają nasz kraj szerokim łukiem, a EU jakoś się nie kwapi do wysłania nam kontyngentów „naszych uchodźców”. A kiedy go wyśle, to nie PIS będzie miał strupa na głowie, tylko podatnicy, samorządy, na terenie których leżą ośrodki i społeczności tych samorządów. PIS jedynie na tym zyska dając robotę kolejnym swoim partyjniakom przy podziale i kontroli pieniędzy przeznaczanych na utrzymanie uchodźców.
W takim razie może będzie nas bronić przed niemieckimi korporacjami wysysającymi krew polskiego ludu? Znowu kula w płot: 70% polskiego rynku jest w rękach zagranicznych firm i korporacji, w takim razie podobna ilość z ogółu zatrudnionych – z pominięciem armii polskich urzędników i sfery budżetowej, którzy są przez tamtych utrzymywani – pracuje w tych firmach i korporacjach. Biadolenie, że to efekt postkomunistycznego Okrągłego Stołu niczego konstruktywnego nie wnosi. Fakty są takie, że jakiekolwiek szkodzenie działającemu u nas obcemu kapitałowi przyniesie szkodę przede wszystkim Polakom w nim zatrudnionym. Obce korporacje wybudują nowe fabryki w Rumunii czy Mołdawii i tam wyniosą cały zaplecze, pozostawiając tysiące polskich pracowników na zielonej trawce. Zamiast więc krzyczeć bzdury o postkomunie, PIS powinien znaleźć drogi skutecznego wsparcia polskiego kapitału w Polsce, o tym jednak mowy najmniejszej nie ma.
To może chociaż PIS postawi się imperialistycznej Rosji? Znowu nic z tego: problem w tym, że Polska dla Rosji nie jest żadnym poważnym partnerem, ani w wymiarze gospodarczej współpracy, ani antagonizmów. Polska dla Rosji to jakiś malutki kraj dzielący ich od Niemców, który w razie ochoty lub potrzeby może zgnieść jak pluskwę, tak, jak to robi z częścią Ukrainy.
W obecnej sytuacji hasła narodowościowe i patriotyczne są pustymi sloganami, dobrymi jedynie do ogłupiania tej części narodu, która w żaden sposób nie rozumie zależności ekonomicznych, w ramach których funkcjonują państwo i naród. Na państwo polskie ani na polski naród nikt nie nastaje, a polski patriotyzm może interesować co najwyżej kibiców sportowych innych narodowości.

Idealizm somnambuliczny
Poprzez slogan „dobra zmiana” PIS deklarował i deklaruje realizację programów mających naprawić Rzeczpospolitą, nawrócić ją na drogę państwa, którego obywatele rządzeni są prawo i sprawiedliwie. Jak wiemy oba te pojęcia mają konotacje mocno idealistyczne, słowem, takie też powinno być postępowanie większości członków tej partii: przyświecającą nam ideą jest dobro każdego Polaka.
Polacy, by przetrwać ponad sto pięćdziesiąt lat niewoli, musieli nieustannie oddawać się wyższej idei, jakimś snom o wolnej Polsce. W idei tej hodowane były inne wartości, składające się ostatecznie na sny o państwie idealnym dla swych obywateli, powtórzmy, państwie opiekuńczym, prawym i sprawiedliwym. Dzisiaj, po 25 latach od odzyskania niepodległości, zamiast trzeźwo patrzeć na polskie realia, my wciąż śnimy o idealnym państwie, zachowujemy się jak somnambulicy, nie doceniając tego, co zdołaliśmy w ciągu minionego ćwierćwiecza osiągnąć. Cóż jednak począć, wszak przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Tymczasem to śnienie o wielkości, które stało się naszą cechą narodową, skrzętnie wykorzystuje PIS.
Pod sztandarami idealistycznych haseł, które mają nas utrzymać w malignie patriotycznych marzeń, PIS prowadzi trzeźwą, wyrachowaną politykę wydzierania każdego skrawka władzy i idących za nią pieniędzy, które da się wydrzeć. Zauważmy, jak w swej filozofii nienawiści gardzi wszystkim, co reprezentowali jej przeciwnicy, nepotyzmem, kolesiostwem, układami partyjnymi. Nie przeszkadza to wszakże PIS-owi postępować dokładnie tak, jak jego adwersarze: łupić wszystko, co się da, w tym wypadku stwierdzając, że PO robiła przecież tak samo.

W konsekwencji po trzech zaledwie miesiącach od przejęcia rządów przez PIS, widać dokładnie, że mamy do czynienia z ekipą wcale nie różniącą się od PO/PSL. O ile jednak tamci byli aroganckimi cwaniakami, o tyle PIS przywraca nas na łono dobrze znanej z czasów komuny demagogii, pod którą kryje się klasyczna prywata przyjaciół i kumpli. Jej głównym celem jest nachapanie ile się da z koryta, na które przymusowo zrzuca się prawie każdy Polak.
W ciągu najbliższych miesięcy zrealizują się tylko dwa możliwe scenariusze, oba zaś doprowadzą do zdemaskowania polityki PIS. W pierwszym przypadku partia ta w końcu uzna, że tak krawiec kraje, jak mu materiału staje i przestanie się miotać w realizacji swych nonszalanckich, nieodpowiedzialnych projektów. Okaże się wówczas, że partia ta nie ma Polakom nic do zaoferowania, a „dobra zmiana” była kolejnym przedwyborczym kitem. I oby ten właśnie scenariusz się zrealizował, w drugim bowiem przypadku dojdzie do wprowadzenia autokratycznych rządów Kaczyńskiego. To zaś oznacza, że w krótkim czasie staniemy w obliczu konfliktów z Niemcami, Rosją, Unią Europejską, a w konsekwencji dojdzie do poważnego kryzysu gospodarczego w naszym kraju. I choć można się pocieszać, że rządy takie szybko upadną, to stracimy długo wypracowywany, wprawdzie powolny, lecz stabilny wzrost gospodarczy.
W ciągu minionego kwartału Prawo i Sprawiedliwość, prócz szargania własnej opinii, niewiele jeszcze zdołała zepsuć. I oby tak pozostało.

Posłanka Pawłowicz – prawdziwy Styrlitz wśród towarzyszy Prawa i Sprawiedliwości

0

Posłanka Pawłowicz – prawdziwy Styrlitz wśród towarzyszy Prawa i Sprawiedliwości
Bez wątpienia Krystyna Pawłowicz jest w ostatnich tygodniach moją faworytą na polskiej scenie politycznej

Bez wątpienia Krystyna Pawłowicz jest w ostatnich tygodniach moją faworytą na polskiej scenie politycznej, wielkim fenomenem wybuchającym raz po raz jak fajerwerk nieznanego pochodzenia. Wcześniej myślałem, że to taka tępa, jak przysłowiowy kafar sztuka, ale myliłem się. Chciałem nawet użyć względem Krystyny Pawłowicz mojego ukochanego porównania branego czasami (wszak niewiele jest kobiet podobnego autoramentu) od Pana Bogumiła, w którym unosiłaby się w swej głupocie wyżej nawet niż sam Duch Święty w swej niepokalanej świętości, ale się – psiakrew – pomyliłem. Staje się bowiem jasne, że Krystyna Pawłowicz to prawdziwy dywersant, genialna sabotażystka i nieustraszony szpion wrzucony w szeregi towarzyszy z naszej przewodniej partii i rzesze poddanych padre Rydzyka, duchowego capo di tutti capi obojga do kupy wziętych.

Ta prawdziwa geniuszka destrukcji odżegnała już od czci Wisławę Szymborską (bo jako noblistka to wprawdzie Polka, jako poetka zwykły bolszewicki konfident), nauczała nas prastarych, zacnych reguł polskiej gramatyki (słynne wziąść), nie wspominając o trudnej sztuce edycji tekstów (którą, jak z wrodzoną szlachetnością przyznaje, ma głęboko w dupie), wyrzucała ze spotkania francuskich dziennikarzy (z jednej z ważniejszych stacji francuskiej tv), niestrudzenie każdego tygodnia prze Krystyna Pawłowicz naprzód z nową opinią, nowym zachowaniem, które zmusza obserwatorów do refleksji nad kondycją Prawa i Sprawiedliwości, jedynej słusznej – w ich własnym mniemaniu – siły narodu polskiego. Ostatnio przeszła jednak do działań już na wskroś niebezpiecznych, udało się jej bowiem – poprzez szkalowanie obu instytucji – wpłynąć wydatnie na darowizny składane Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, ale także, a co w perspektywie przyszłości może ważniejsze, wesprzeć Watchdog Polska, organizację niezwykle istotną w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Chwali się! Towarzyszko posłanko Pawłowicz!

I nie mamy jeszcze pojęcia jakież to potęgi wysłały Krystynę Pawłowicz na tę trudną dywersyjną robotę, bez wątpienia jednak sprawdza się w niej doskonale, dołączając do innych agentów, w tym Macierewicza i Kurskiego, których praca już wkrótce przyniesie skutki. Pewne jednak źródła donoszą, że prezes Kaczyński nie wytrzymał i zadzwonił ostatnio do Krystyny Pawłowicz ze słowami:
   – Więc kimże w końcu jesteś?
    Posłanka Piotrowicz odpowiedziała nieco mrocznym głosem:
   – Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.

Cóż to za siła? Nie wiemy jeszcze i z pewnością nie wie tego Prezes, który słysząc powyższą odpowiedź oniemiał, a chwilę później usłyszał sygnał przerywany na łączach. Jeśli więc nie uda się niczego wyjaśnić, to wiemy chociaż, że Krystyna Pawłowicz to autentyczny Max Otto von Stirlitz zaszczepiony w ciele Prawa i Sprawiedliwość, Krystyna Pawłowicz to wcielony Hans Kloss pośród najpopularniejszej w Polsce partii: towarzyszu Prezesie, towarzysze PIS-ióry, drżyjcie!… Oj! Chwila!!!

Ale! Zaraz! Moment! Czekajcie chwilę! Mam telefon… nieznany numer… Odebrałem…
Z pewnością nie był to telefon do mnie. Może do Prezesa?
– Cóż to za siła? – Usłyszałem w słuchawce dziwny głosik. – Jam ci jest Szaleństwem…

Człowiek z Księżyca

0

 

Człowiek z Księżyca
Od dłuższego czasu przyglądam się fenomenowi Janusza Korwina-Mikke

 

Od dłuższego czasu przyglądam się fenomenowi Janusza Korwina-Mikke, mam nawet kilku kolegów, którzy są jego wyznawcami, co tam, jeszcze lat temu kilka niektóre jego pomysły i mnie samemu przypadały do gustu. Wybaczam sobie wszakże ten moment słabości.

Ostatnio jednak nie wytrzymałem i usunąłem wszelkie powiązane z nim profile i fanpejdże z mojej strony głównej FB. Wiem doskonale, że politykowania tego człowieka nie należy traktować poważnie, ale nie mogłem już zdzierżyć poziomu agresji w jego hejterstwie, w tym charkaniu we wszystkie strony. I w równym stopniu jego megalomanii. Dzisiaj jednak znowu mi Korwin-Mikke wyskoczył na FB. To wziąłem i zajrzałem. Najpierw na jego sensacyjne wystąpienie w parlamencie, potem na materiał z youtube w stylu „mamo, chwalo nos, a kto? wy mnie, a ja wos”. Zajrzałem i teraz zdecydowanie lepiej widzę z czym mam tutaj do czynienia.

Każde społeczeństwo, każda większa grupa społeczna posiada swoiste obrzeża, na których znajdziemy pariasów, wykolejeńców, somnambulików, ale też dziwaków i radykałów. Wielu z nich jeszcze do niedawna trafiało do przybytków dla obłąkanych, a nawet do pierdli, lecz na szczęście czasy te minęły. Nie twierdzę też w żadnym wypadku, że to źli ludzie, ot, po prostu margines społeczny. Jeśli taką społeczną grupę tworzą elity polityczne, a jest tak bez wątpienia, to i ona posiada swoje antypody, swoich outsiderów. I do takich właśnie politycznych rzezimieszków należy Korwin-Mikke, człowiek „o poglądach tak ekscentrycznych i nieodpowiedzialnych, że już w 1980 r. niedopuszczony został do solidarnościowej komisji eksperckiej”.

I rzeczywiście poglądy tego „polityka” wyciągnięte są z jakichś sennych marzeń o powrocie świata do XIX w., w którym monarchizm mieszał się jeszcze z krwiożerczym kapitalizmem. Niech Was to jednak nie zmyli, bo gdyby Korwin-Mikke żył w XIX w., byłby zawołanym demokratą i komunistą, wystawiającym pierś w pierwszym szeregu jakiegoś radykalnego ugrupowania. Nie dajcie się na to nabrać, bo Korwinowi-Mikke nigdy nie chodziło o nic innego niż Janusz Korwin-Mikke. Reprezentowane przez niego poglądy nie są funkcją jakiejś możliwej w realizacji doktryny społecznej, lecz efektem najzwyczajniejszej w świecie megalomanii. Gdyby istniało coś takiego jak „ja-izm”, to wzorcem do zdefiniowania tego pojęcia byłby król Janusz Korwin-Mikke I. Jednym z elementów tej definicji byłoby chorobliwe parcie na szkło, nawet kosztem bezczelnej obłudy, która pozwala mu zasiadać w PE i czerpać z tego przyzwoite korzyści, przy jednoczesnym szkalowaniu tej instytucji (dywersant się znalazł!). Innym elementem egocentryzm na tyle wyniesiony, by partię nazywać własnym nazwiskiem. Ekipki najętych natenczas fagasów sprzedają produkty z napisem Korwin: t-shirty, bluzy, szorty, kubki i co się da opylić niskim kosztem przez internet. Fabryka Korwin działa przy reklamie płynącej z parlamentu EU.

Oczywiście ten starszy pan ma do tego wszystkiego pełne prawo. Ponieważ mamy demokrację, której tak bardzo nienawidzi. W ramach demokracji ma także prawo do stosowanej przez siebie metody przyciągania wyznawców, metody na wskroś populistycznej: bądź jak największym skandalistą, bo skandale najlepiej się sprzedają. Krytykuj, obrażaj, szkaluj, hejtuj gdzie tylko możesz, bo to najlepsza metoda do zaistnienia w mediach. Media kochają agresję, nienawiść, każdego rodzaju przemoc, bo one sprzedają się znacznie lepiej niż jakiekolwiek inne zjawiska, wydarzenia, fenomeny. Korwin-Mikke porusza się i czuje w każdego rodzaju „jebaniu z góry na dół” doskonale, porusza się w tym szlamie nie gorzej niż Jerzy Urban; ten ostatni o tyle jednak jest poważniejszy, że się do własnej niepowagi, własnego pajacowania przyznaje otwarcie. Sam nie wiem czy Korwin-Mikke nie powinien muszki wymienić na pieszczochę, zafarbować i nastroszyć resztki włosów i nosić t-shirt z wielkim napisem fuck you! Nie! Mylę się! W życiu nie będzie kimś innym!

Gombrowicz napisał kiedyś o Lechoniu coś w ten deseń: poeta marny, ale cóż za życiorys!
Podobnie można o Korwinie-Mikke: polityk z niego żaden, ale cóż za gwiazdor!

I na koniec: gdyby Janusz Korwin-Mikke przeczytał niniejszy tekst – co pewnie nie nastąpi – sądzę, że zgodziłby się z nim bez dwu zdań. Choć zapewne na osobności. Zgodziłby się z tym, że on sam jest najważniejszy, największy, najmądrzejszy itd. na świecie. Miałbym na to odpowiedź jedną: – Pan łże jak pies, pan chyba spadł z Księżyca, bo to ja jestem najważniejszy, największy, najmądrzejszy i stawać za panem nigdy nie będę, ale też stroszyć się publicznie nie zamierzam!

Posłuszeństwo wobec władzy

0

„Posłuszeństwo wobec władzy”
„Eksperymentator” Michaela Almereydy. Wreszcie jakaś odmiana w narracji amerykańskiego kina

„Eksperymentator” Michaela Almereydy. Wreszcie jakaś odmiana w narracji amerykańskiego kina i jeden z niewielu z 2015 r. obrazów godnych polecenia każdemu, kto poświęca choć chwilę namysłu nad sobą każdego dnia, każdemu, kto choć raz na jakiś czas „główkuje”.

Film opowiada o Stanleyu Milgramie, amerykańskim psychologu eksperymentalnym, który w 1961 r. wykombinował badanie zwane „posłuszeństwem wobec władzy”. Kanwą eksperymentu było pytanie, które nieustannie nurtowało Milgrama: w jaki sposób mogło dojść do aktów bezprzykładnego ludobójstwa, które miało miejsce podczas II wojny światowej?

Nie jestem psychologiem, choć w latach 80. zeszłego stulecia miałem ten przedmiot w rozkładzie zajęć szkoły pedagogicznej, do której uczęszczałem. O Milgramie usłyszałem jednak, i poczytałem, dopiero dzisiaj.

Całkiem przyzwoicie eksperyment opisany jest na Wikipedii
dlatego nie zamierzam go tutaj wyjaśniać.

W trakcie oglądania filmu zadzwoniła do mnie Iza. Opowiedziałem jej o przedsięwzięciu Milgrama, o którym – jak ja – nie słyszała wcześniej. Była wstrząśnięta wynikami eksperymentu. Zapewne jej – jak i mnie – cisnęło się na myśl pytanie: czy doszedłbym do ostatecznej granicy zadawania bólu drugiemu człowiekowi?

Film niczego nie ocenia, nie piętnuje, nie broni, nie krytykuje. Eksperyment Milgrama powtórzono później kilkakrotnie, ostatni raz w 2010 r. Wyniki były jeszcze bardziej przerażające. Film ukazuje w jak nieubłagany sposób jednostka pozostaje pod wpływem „władzy”, jak bardzo mocno tłamszona jest przez władzę, jakkolwiek byśmy jej nie nazwali: szef, etos, religia, drugi człowiek. Będąc narzędziami władzy – kierownika, brygadzisty, dyrektora, księdza, posła, filozofa, artysty – nie dostrzegamy, że jesteśmy zarazem sami władcami – władcami własnych decyzji wobec wymagań tamtych suwerenów.

Polecam pod namysł.

Ale też pod obejrzenie znakomitych kreacji Petera Sarsgaarda i Winony Rider.

Obłąkani

0

Proszę, druga tutaj recenzja o filmie przedstawiającym szaleństwo, pierwsza tyczyła Silver Linings Playbook.

Obłąkani

Proszę, druga tutaj recenzja o filmie przedstawiającym szaleństwo, pierwsza tyczyła Silver Linings Playbook. Dzisiaj kilka słów o Obłąkanych Brada Andersona z 2014 r.

Z filmami jest jak z książkami. Wspominałem już tutaj o tym: czytasz czasami wielki tom, by odnaleźć w nim jedno inspirujące zdanie. Zdarza się jednak trafić rozdział: tak miałem z nudną jak flaki z olejem Lalką i tym jak Prus opisywał warszawskich Żydów. Podobnie jest z filmami, często zdarza mi się oglądać coś zupełnie słabego, wystarczy jednak jeden gag, jeden slapstick, a już jestem zadowolony. Kiedy znajduję w filmie coś więcej, jestem wprost zaskoczony. Filmy, które mnie oczarowują zdarzają bardzo rzadko. Jeden, może dwa w roku.

Obłąkani nie należą do tej ostatniej kategorii, ma jednak film ten coś, co czyni go wyjątkowym – pomysł. Film powstał na motywach znakomitej humoreski Edgara Alana Poe’go System doktora Smoły i profesora Pierza. Koncept Poe’go został jednak przez scenarzystę filmu – Joego Gangemi – mocno przerobiony: z groteskowego absurdu opowiadania wyłonił się całkiem znośny thriller.

Po obejrzeniu Obłąkanych z ciekawości zapoznałem się z recenzjami umieszczonymi na Filmweb.pl. Cóż, nigdy nie rościłem wielkich pretensji do poziomu intelektualnego i kultury osobistej internautów i teraz też nie będę. Warto jednak odnieść się do nich symbolicznie. W większości komentarzy Obłąkani porównywani są do Wyspy tajemnic z DiCaprio. Myślę, że filmy te da się odnieść do siebie jedynie bardzo ogólnie, ponieważ historie w nich pokazane dzieją się w przybytkach szaleńców. Na tym podobieństwa jednak się kończą. Film Scorsese’go to ostatecznie dość męczący thriller psychologiczny, ażurowa historia terapii pacjenta z głęboką traumą, która osnuta jest w aurze wczesnych lat 50. XX w. Wyspa tajemnic o wiele bliższa jest Pięknemu umysłowi Rona Howarda, choć ten ostatni uważam za znacznie lepszy. Tak na marginesie: jedynym, co mnie ujęło w scenariuszu Wyspy tajemnic, były ostatnie subtelne sceny, kiedy bohater uświadamia sobie, że jednak nie zdoła zaakceptować swojej tragedii i decyduję się na poddanie lobotomii.

Obłąkanych nie da się porównać do Wyspy tajemnic, ani do Pięknego umysłu. Wydaje mi się, że w jakimś ideowym kontekście najbliższym dla niego obrazem jest Lot nad kukułczym gniazdem Formana. Ale dość tych porównań.

Obłąkani pogrywają na kilku płaszczyznach narracji. Mamy tutaj zupełnie trywialną opowieść o miłości, mamy chorobę psychiczną jako efekt wojennych przeżyć, mamy opowieść o barbarzyńskich metodach „terapii” psychiatrycznej (wcale nie tak odległej, elektrowstrząsy były stosowane jeszcze w siedemdziesiątych latach XX w.!). Można też wyjąć kilka pomniejszych tematów, lecz dla mnie najważniejszym wątkiem jest „odwrócona rzeczywistość” instytucji totalnej, jaką jest szpital psychiatryczny: pacjenci stają się personelem, ten zaś zostaje uwięziony i do pewnego stopnia traktowany jak wcześniej kuracjusze szpitala. W Obłąkanych w pierwszych sekwencjach filmu jesteśmy też przekonani, że oglądamy personel szpitala, by wkrótce zorientować się, że ludzie ci są szaleńcami.

Pomysł odwróconej rzeczywistości jest genialny w swej prostocie. Na czym polega jego fenomen? Otóż przyglądając się takiej hipotetycznej sytuacji mamy jak na talerzu wyłożone inne pytanie: jaka jest granica między normalnością a szaleństwem? Z pozoru pytanie to wydaje się błahe, bo niby któż na co dzień, do cholery, zastanawia się dzisiaj na problemem szaleństwa? A jednak, to właśnie tylko pozór.

Z szaleństwem stykamy się każdego dnia. Zastanówcie się ilu Waszych znajomych chodziło, chodzi, będzie chodzić na terapię, ilu z nich nie chce się przyznać (bo tylko część się przyznaje), że jest na granicy wytrzymałości psychicznej i leci na prozaku, xanaxie, innych antydepresantach i psychotropach. Co tam depresje, spróbujcie przebywać dłużej ze swoimi kolegami świeżo wcielonymi do korporacji, którzy nawijają jak zapętleni o wspaniałościach oferowanych przez nich produktów, są na prostej drodze do dewiacji. Najlepszym jednak świadectwem cywilizacyjnego szaleństwa są internetowe portale informacyjne, poziom amoku przedstawiany przez nie jest wręcz bezgraniczny, od pojedynczych tragedii po zbiorowe akty paranoi. Oczywiście w przypadku portali takich, jak np. Wirtualnapolska.pl, obłęd ten jest dodatkowo podkręcany przez pseudodziennikarzy i osoby odpowiedzialne za redakcję, którzy w swoim szczurzym wyścigu już nie tylko ocierają się o niepoczytalność, ale tkwią w niej w najlepsze.

Stworzyliśmy społeczeństwo, którego osnową i udzielnym bogiem w trójcy jedynym stały się rozum – rozsądek – racjonalność. W opozycji do tego boga, jego antytezą, istnym szatanem naszych czasów jest szaleństwo, brak rozsądku, lekkomyślność. Bóg ów, niczym religijni bogowie toczy nieustanną walkę z szaleństwem, która dzisiaj nie ma już dawnego obrazu: dzisiaj szalony – po regularnym przyjmowaniu określonej dawki leku – przysposobiony został na powrót do społeczeństwa, żyje w nim do pewnego stopnia zresocjalizowany. Rozum przecież nie może sobie pozwolić na to, by diabelskie szaleństwo pałętało się po świecie, szaleniec przecież jest bezużyteczny, co więcej jest groźny, bo nie wiadomo nigdy, co uczyni, jest więc elementem, dla którego nie ma miejsca w społeczeństwie.

Widzimy jednak coraz wyraźniej, że im dalej oddajemy się temu bogu w trójcy jedynemu, coraz bliżsi jesteśmy szaleństwa.

Dobrze, nie miejsce to na rozważania głębsze w temacie. Chcę się pokusić o jeszcze jedną, marginalną uwagę. Otóż od lat chodzi mi po głowie średniowieczna tradycja zwana świętem głupców: mieszkańcy ówczesnych miast przez kilka dni w roku pogrążali się w owej rzeczywistości odwróconej. Mężczyźni udawali kobiety i na odwrót, bogacze grali żebraków, mędrcy idiotów; co robili idioci, nie mam pojęcia. I zapewne Obłąkani najlepiej korespondują z tą tradycją. Święto to było nie tylko formą zabawy, ale przede wszystkim swoistym wentylem społecznego bezpieczeństwa. Wcielając się w inne, na ogół przeciwstawne społecznie postaci, uczestnicy święta głupców przez kilka dni spoglądali na świat z innej, rozszerzonej perspektywy. Zapewne to świadome otarcie się o szaleństwo, to zbliżenie do niego stawało się swego rodzaju oczyszczeniem ze sprawowanej na co dzień roli społecznej, ale też formą akceptacji faktu, że szaleństwo w życiu człowieka jest stale obecne i bliskie. Myślę, że tego nam stale brakuje, rozum już jednak nie pozwoli na to powtórne zbliżenie.

Co zaś do filmu… Polecam serdecznie.